„Gwiazdeczki” to jeden z najgorętszych tytułów filmowych opublikowanych na platformie Netflix. To za sprawą kontrowersyjnego plakatu z twerkującymi dziewczynkami, który zdaniem niektórych nawołuje do seksualizacji dzieci. Czy rzeczywiście tak jest z tym filmem?

Martyna Harland: Netflix wydał oświadczenie: „Plakat filmu nie jest reprezentatywny dla treści tego filmu”. I słusznie, bo nie jest. To nie jest przykład „złego” filmu, tylko nieudanej promocji mijającej się z prawdą. Tak jakby powiedzieć widzom: „Zapraszamy na kolejną komedię romantyczną Wojciecha Smarzowskiego”. Myślę, że „Gwiazdeczki” nie tylko nie promują seksualizacji dzieci, ale wręcz krytykują to zjawisko. Stawiają pytanie, w którą stronę to wszystko zmierza.

Film może być bolesny, zwłaszcza gdy jest się matką dziewczynki. Dlaczego wzbudza tak silne emocje?

Sama jestem matką i zastanawiam się, jak może czuć się dziewczynka dorastająca w kulturze, w której mówi się: „W piekle może być więcej kobiet niż mężczyzn, dlatego musimy się stosować do słów Allaha”. „Gdzie się chowa zły duch? W nagich ciałach kobiet. Musimy się zachowywać przyzwoicie i być posłusznie mężowi”. Bycie kobieta seksualną jest tu zakazane.

W dodatku kiedy „Gwiazdeczka”, jedenastoletnia Amy, która jest główną bohaterką filmu, przyjeżdża z Senegalu na Zachód, widzi, że kobiecość jest tu równie opresyjna, bo popkulturowa. I jak w tym wszystkim może odnaleźć się jedenastolatka? Głównym problemem „Gwiazdeczki” jest brak samoświadomości. I rozmowy. Ona jest w tym kompletnie samotna.

Co się dzieję z główną bohaterką filmu?

Źle jest dziś być grzeczną dziewczynką. Niegrzeczną też niedobrze. To jakie mamy w końcu być? Co to znaczy być dzisiaj kobietą? Właśnie to pytanie zadaje nam reżyserka filmu. Babcia Gwiazdeczki mówi: „Dzisiaj nauczę cię, jak być kobietą. Ugotujemy jedzenie dla twojego ojca na wesele”. No i tyle wie dziewczynka. A z czym wiąże się dojrzewanie i otwieranie na seksualność? Filmowe „Gwiazdeczki” żyją na niebie w chmurach, zupełnie oderwane od swoich ciał i emocji. A przecież nasze ciało i emocje to jedność. Jeśli tego nie rozumiemy, nie będziemy w kontakcie ze swoją cielesnością i budzącą się seksualnością.

Ja, oglądając film, momentami czułam duże skrępowanie. Chwilami zwyczajnie bałam się o dziewczynki. Trochę je rozumiałam, bo sama dorastałam w środowisku, w którym każda chciała być niczym gwiazda z teledysków MTV. Co ty poczułaś, oglądając ten film?

Niesmak, dezaprobatę, współczucie, irytację. Ale przede wszystkim odnalazłam w sobie wstyd i poczucie winy. Przypomniałam sobie, że kiedy dowiedziałam się o swojej ciąży, ucieszyłam się, że to będzie jednak chłopiec. Dlaczego? Bo okres dojrzewania u dziewczynki, córki, wydawał mi się… no przerażający. Wiem, i to z doświadczenia, że kobiecość to potężna siła. I nie w jej ujarzmianiu tkwi sens, lecz w uświadamianiu sobie, czym jest, co oznacza i co nam, kobietom, daje.

Mówię o tym otwarcie, żeby dać sobie samej lub prawo do odczuwania emocji, bez ich oceniania. W tym właśnie tkwi siła filmoterapii.

To o czym właściwie jest ten film?

To nie jest film instruktażowy, propagandowy, edukacyjny, tylko film o dziewczynce, w której rodzi się kobiecość. Podobnie jak „Maryjki” Darii Woszek o kobiecie pięćdziesiąt plus, dziewicy, która otwiera się na swoją seksualność, dbając o ciało i emocje (pod koniec tego roku w kinach). Pytanie, jak nam się ogląda takie filmy. Dlaczego jest nam tak niewygodnie?

Trzeba też wspomnieć o cudownym tureckim „Mustangu”, który pokazuje, że nie da się tych młodych, dojrzewających i otwierających się na własną kobiecość dziewczynek nijak ujarzmić. A to dla niektórych z nas jest przerażające. Ta kobieca siła, którą dzisiaj czujemy coraz bardziej.

Często emocje, które pojawiają się w trakcie oglądania filmu, prowadzą nas do ukrytych i nieświadomych przekonań, które w sobie nosimy. Tak jak u mnie w przypadku „Gwiazdeczek”.

Czy to, jak odbieramy dany film, powinno nas zastanowić? Wzbudzać refleksję nie tylko nad, tym o czym on był, ale też dlaczego postrzegamy go w jakiś konkretny sposób?

Dokładnie. Jeśli reagujemy na „Gwiazdeczki” alergicznie i emocjonalnie, to zastanówmy się, skąd w nas tyle emocji. I jakie to emocje? Jakie są ich dopływy i źródła? Co się tak na prawdę w nas burzy? Skąd biorą się w nas: niesmak, złość, strach, lęk, wstręt? Wszystkie te emocje prowadzą do naszych ukrytych nieświadomych przekonań, które często nie należą do nas, a które nabywamy w procesie socjalizacji.

W filmoterapii chodzi właśnie o to, że każdy z nas odbiera filmy inaczej – to OK, jeśli oglądając Gwiazdeczki lub ich taniec, jesteśmy oburzeni albo nie oburza nas to wcale – jako widzowie zawsze wypełniamy film sobą, projektujemy na niego własne emocje doświadczenia i wiedzę. Ja ten film uważam za głęboko terapeutyczny, bo nie daje nam czarno-białego przekazu, tylko pozostawia przestrzeń dla widza i jego emocji. A to najważniejsze. Pytanie, czy jesteśmy na to gotowi.

Ja film oglądałam momentami jak dziecko – zasłaniałam oczy dłońmi. Finałowa scena tańca była wręcz dla mnie bolesnym doświadczeniem.

Bolesnym nawet fizycznie. To tylko znaczy, że to kino nie jest anorektyczne, ale bardzo mięsiste i zmysłowe, bo porusza nasze ciało, emocje i przekonania. Reakcje ciała prowadzą nas do emocji. Ten film wywołuje niewygodny, ambiwalentny stan, w którym trudno przebywać, bo łatwiej, jak wszystko jest czarno-białe. A jednak „Gwiazdeczka” przeszła swoją drogę. Czegoś doświadczyła. Coś zrozumiała. A życie jest jak taka lina z supełkami-problemami, które są po to, żeby nam, kobietom, łatwiej było wspinać się po nich do góry.

Dlatego odczepmy się od tych dziewczyn. Odczepmy się od reżyserki. Przyczepmy się raczej do tego opresyjnego świata. I spójrzmy dzięki „Gwiazdeczkom” głębiej w samych siebie.

Źródło: WysokieObcasy.pl