Czy dobrze być chłopcem?

26 stycznia 2021 


Możesz biegać, ale nie rozrabiać. Okazuj uczucia, ale nie płacz – takie komunikaty chłopcy słyszą już od małego. Nic dziwnego, że ich ruchliwość idzie w stronę agresji, a rozwój emocjonalny się zatrzymuje. Jak to naprawić? Pytamy psychoterapeutę Marcina Grudnia. Rozmawia Martyna Harland.


Co jest dzisiaj najważniejsze w wychowaniu syna?
To, żeby stał się w przyszłości szczęśliwym mężczyzną. Czyli żeby potrafił doceniać i realizować siebie z szacunkiem dla innych, by był samodzielny i autentyczny, w kontakcie z potrzebami i emocjami oraz by potrafił je komunikować. Bo jak pisze Steve Biddulph w książce „Wychowanie chłopców”: „świat nie potrzebuje już tylko siłaczy, którzy potrafią pokonać bizona, ale przede wszystkim wrażliwych i empatycznych mężczyzn”. Wychowanie synów powinno się opierać na pomocy im w zintegrowaniu w sobie biologii oraz tego, co siedzi w ich głowie i sercu. A do tego trzeba rozumieć etapy rozwoju chłopca, czyli wiedzieć, co się z nim aktualnie dzieje, i być przy tym obecnym. Bo większość problemów wychowawczych, ale też męskie depresje czy konflikty z prawem wynikają z tego, że potrzeby chłopca na różnych etapach rozwoju nie były zaopiekowane ani zrozumiane.

To czego potrzebuje chłopiec na tym najwcześniejszym, pierwszym etapie rozwoju?
Świetnie pokazuje to książka „Dziesięć rozmów, które musisz przeprowadzić ze swoim synem” Tima Hawkesa, który zadaje osiem pytań, ważnych z perspektywy życia chłopca i mężczyzny. W czasie niemowlęctwa najważniejsze jest pytanie: „komu mogę ufać?”. Czyli czy ojciec jest obecny w moim życiu, czy jestem przez niego akceptowany i czy nie zamyka się na świat emocji. Potem, w okresie do mniej więcej trzeciego roku życia istotne staje się pytanie: „czy dobrze jest być chłopcem?”. Czyli czy jestem akceptowany ze swoją potrzebą ruchliwości i eksploracji, ale też z tym, że wolniej się rozwijam i nie komunikuję tak sprawnie jak druga płeć. Przedział 3–6 lat to – „co mogę robić?”. Czyli pozwolenie na eksplorację i samodzielność chłopca. W tym okresie wyręczanie dziecka i mówienie: „zrobię to za ciebie” jest niebezpieczne. Moim zdaniem to prosta droga do gabinetu psychoterapeuty. Z kolei na etapie 6–12 lat wkracza pytanie: „czy dam sobie radę?”. Chłopiec odchodzi od mamy w stronę ojca. Co nie znaczy, że matka ma być wycofana lub nieobecna, powinna pokazywać synowi, że jest dla niej ważny, bo w ten sposób buduje się u niego poczucie własnej wartości. W tym wieku zaczyna się też nauka męskości. Dlatego warto, żeby ojciec potrafił wyznaczyć synowi granice.

A wiek nastoletni?
To pytanie: „kim jestem i kim zostanę?”, czyli pytanie o tożsamość. Z perspektywy ojca wymaga to otwartości na różnego rodzaju pasje i zainteresowania syna. To zresztą czas, kiedy mężczyźni nagle budzą się zdziwieni, że nie mają relacji z synem. Taki niepokój dotyka szczególnie ojców, bo mają silniejszą potrzebę kontroli. To na pewno nie jest dobry czas na to, żeby machnąć ręką na syna, nawet jeśli odrzuca naszą chęć pomocy – wbrew pozorom właśnie wtedy on potrzebuje większej uwagi. Jednocześnie w tym czasie w życiu chłopca jest pora na pojawienie się męskich mądrych mentorów, którzy mają szansę uzupełnić perspektywę męsko-chłopięcych relacji albo dać chłopcu możliwość ich zanegowania. W dorosłym życiu mężczyzny pojawiają się jeszcze trzy pytania: „czy potrafię kochać i być kochany?”, po czterdziestce – „czy to, co robię, ma sens?”, a na emeryturze: „czy postępowałem w swoim życiu słusznie?”. Odpowiedzi na nie są już tylko konsekwencją tego, co działo się z chłopcem wcześniej i jakie odpowiedzi dostawał w pierwszych etapach rozwoju fizycznego, intelektualnego, społecznego i emocjonalnego.

Kiedy urodziłam syna, wiele starszych koleżanek mówiło mi: „Chłopcy są łatwi w obsłudze, wystarczy, że go nakarmisz i wybiegasz”. Albo: „Stosuj proste komunikaty, często powtarzane”.
Chłopcy nadal postrzegani są głównie przez pryzmat ruchu i aktywności, a ich socjalizacja idzie w stronę „okiełznania”. To bardzo stereotypowe myślenie, przez co nadal nie skupiamy się na świecie chłopięcych emocji. Zapominamy o tym, że na początku życia mężczyźni są bardziej emocjonalni od dziewczynek. Badania pokazują, że mali chłopcy częściej od nich płaczą, boją się, mają niższą tolerancję na napięcia i frustracje różnego rodzaju, szybciej się denerwują i ulegają gwałtownym wahaniom. Ale też wolniej się rozwijają i trudniej nawiązują kontakty z innymi ludźmi. Tymczasem mówimy im: „opanujcie się, nie rozrabiajcie, nie bądźcie tacy!”. Jednocześnie nie pokazując, jacy mają być.

Mówisz teraz głównie o szkole?
Ale też o rodzicach. Ostatnio czytałem tekst profesora Jerzego Mellibrudy o specyfice męskiej emocjonalności, który świetnie oddaje tę rzeczywistość. Matki nadal najwięcej wysiłku wkładają w zapanowanie nad swoimi synami, dbając głównie o to, by kanalizować ich ekspresję emocjonalną. A w relacji z córkami okazują większą gamę emocji. Z kolei ojcowie nie zachęcają synów do okazywania uczuć bezbronnych, czyli np. smutku czy strachu. Przekonanie, że „chłopaki nie płaczą”, jest nadal silnie obecne.

Myślałam, że w temacie męskiego wyrażania emocji wiele się zmieniło.
Niestety, jako psychoterapeuta widzę, że zmieniło się niewiele. Cały czas natrafiam na odojcowski komunikat: „nie możesz płakać, jesteś przecież dużym chłopcem”, za którym tak naprawdę kryje się taki: „jeśli płaczesz, to ja jako ojciec nie bardzo wiem, co z tym zrobić i jak się zachować”. Kiedy chłopiec przewraca się na przykład, jadąc na rowerku, to nie słyszy: „gdzie cię boli?” tylko: „wstań, nic się nie stało”.

Mówię tak samo. Bo jeśli naprawdę nic się nie stało, to nie chcę być lękową matką. A jestem przecież psycholożką i myślałam, że dość samoświadomą osobą, jednak dalej podświadomie kieruję się stereotypami.
Poza tym zmiana dzieje się na poziomie dużych miast, wzrost samoświadomości nie jest wcale powszechny. Owszem, współcześni ojcowie są obecni i zaangażowani, a jednak mają trudność z uczeniem synów nazywania swoich emocji. Dlatego, że sami mają z tym problem. Nie chodzi mi teraz o to, żeby wywoływać w ojcach poczucie winy i wstydu. Wiem, że to nie jest łatwe i nie przychodzi samo. Ale można się tego uczyć.

To jak możemy pomóc dzisiaj chłopcom? Zdawać sobie sprawę z różnic międzypłciowych? Wspomniany Steve Biddulph pisze, że do trzeciego roku życia, o ile to możliwe, nie powinniśmy posyłać chłopców do żłobka. A ze względu na opóźniony w stosunku do dziewczynek rozwój mózgu, chłopcy powinni iść do szkoły o rok później.
Dzisiaj od wszystkich wymagamy tego samego, co z perspektywy chłopca budzi napięcia, które próbuje kanalizować większym ruchem i aktywnością. Co znowu nie jest akceptowane, bo słyszy: „możesz biegać, ale nie rozrabiać”, cokolwiek to rozrabianie znaczy. Faktycznie też chłopcom już od małego trudniej jest się komunikować i wyrażać, co myślą i czują. Nie mają też na to tak naprawdę przyzwolenia, więc wszystko zaczyna być chowane i kanalizowanie w stronę złości czy agresji. Chłopiec nie czuje się rozumiany, więc pojawia się w nim frustracja. Osobiście chciałbym widzieć więcej świadomych mężczyzn w szkołach i w różnych instytucjach związanych z edukacją, którzy staną się przewodnikami dla tych chłopców, dlatego, że dobrze rozumieją, co się z nimi dzieje. Tymczasem szkoła jest mocno sfeminizowana, a kobiety, mimo dobrych chęci, nie zawsze rozumieją potrzeby chłopców, bo nie przeżywały świata tak jak oni.

Znam organizacje, które aktywizują dziewczynki w dziedzinach matematyki, chemii czy fizyki. Nie znam jednak takich, oprócz Fundacji Masculinum, które pomagają chłopcom w rozwoju obszarów językowych, wysławiania się czy czytaniu emocji.
Męskość, oprócz tego, że jest dzisiaj w kryzysie czy pewnej transformacji, jest także na cenzurowanym. Płaci cenę za różnego rodzaju rzeczy, które mężczyźni zgotowali temu światu. Może dlatego mniej się dzisiaj nad męskością pochylamy, zajmując się raczej wsparciem kobiet. Jednocześnie ciągle mówimy o tym, jak fajnie by było mieć na świecie więcej wrażliwych i empatycznych mężczyzn. A to samo się nie zrobi. Od jakiegoś czasu intensywnie o tym myślę i chciałbym przeszczepić do Polski różne projekty, które są obecne w Stanach Zjednoczonych czy na zachodzie Europy. Chodzi o warsztaty z pracy nad emocjami dla nastoletnich chłopców, widzę ich ogromną potrzebę.

Mam wrażenie, że dzisiaj kastrujemy chłopców z agresji, i to zarówno z jej negatywnych przejawów (przemoc), jak i dobrych (sprawczość). Młodzi mężczyźni mają problem z tym rozróżnieniem, więc na wszelki wypadek w ogóle nie sięgają po agresję. Psychoterapeuta Jesper Juul mówił, że dobrze siłować się z ojcem, bo daje to ujście nagromadzonej energii i pomaga w nauce kontrolowania agresji.
Z punktu widzenia psychologii procesu męskość rozgrywa się pomiędzy progiem siły a progiem przemocy. Chodzi o świadomość tego, w którym momencie używam siły idącej w stronę działania, rozwoju i realizowania potrzeb, a kiedy stosuję formę przemocy. Myślę, że ta umiejętność rozróżnienia jest dzisiaj w regresie. Mężczyźni przychodzą do mojego gabinetu i nie wiedzą, kiedy znajdują się w którym progu. Gdy siłuję się ze swoim synem, wszystko jest w porządku. Natomiast kiedy syn robi coś, czego nie akceptuję, to w którym momencie moja energia przesuwa się w tę przemocową stronę? Gdy go ośmieszam, krytykuję? Czy tu już jest nadużycie siły? Nie ma na to prostej odpowiedzi, za każdym razem trzeba odkryć tę granicę w sobie. Dlatego najlepszym rozwiązaniem w relacji z synem jest samoświadomość ojca. Tego, co się z nim w danym momencie dzieje. Mam wielu pacjentów, którzy denerwują się na swoich synów, kiedy oni nie okazują im szacunku lub nie chcą ich słuchać. Przed nimi praca nad odkryciem źródeł swojej złości. Bo często noszą w sobie złość na ojców, jeszcze z czasów dzieciństwa. I zamiast spróbować zrozumieć syna, skupiają się na złości.

Współcześni ojcowie chcą być czasem inni niż ich ojcowie i niechętnie stawiają granice swoim dzieciom. Nie chcą pełnić roli złego policjanta.
Warto spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie: na czym polega moja trudność z postawieniem granicy synowi? Co się ze mną wtedy dzieje? Czy mam poczucie winy? Jeśli nie do końca mam przemyślane, jak to było ze stawianiem granic przez mojego ojca, to trudno mi przyjrzeć się sobie. Wtedy pierwszym krokiem jest odpowiedź na pytanie: w jaki sposób mój ojciec stawiał mi granice? Czy czułem jego zrozumienie i miłość, a może złość i agresję? Bo jeśli mój ojciec był przemocowy, to ja za wszelką cenę nie chcę powtarzać jego błędów. Współczesny ojciec słyszy od partnerki, że powinien wyraźniej stawiać granicę synowi. A gdy już to zrobi, to dostaje komunikat, że za szybko się złości. Dlatego czuje się zagubiony.

A co powiedziałbyś dziś sam do siebie jako chłopca? O co chciałbyś, żeby zadbał?
Na pewno zachęciłbym go, by miał częstszy kontakt ze swoim ojcem. By więcej czasu spędzał z rówieśnikami i generalnie pielęgnował relacje z innymi ludźmi. Dlatego, że dla każdego chłopca to znakomita okazja do przyjrzenia się sobie: co się ze mną dzieje? Jak przeżywam ten kontakt? Jak wyglądają odpowiedzi na tych osiem pytań, o których mówiliśmy na początku? Obserwuję dzisiaj duże poczucie osamotnienia wśród mężczyzn. Myślę, że wynika to z tego, że brakowało w ich życiu przestrzeni na bliższą relację. Bawili się z innymi, grali w piłkę, ale to była rywalizacja, a nie prawdziwy kontakt. Z mężczyznami jest trochę tak jak napisał filozof Erich Fromm – najbardziej boimy się tego, że ktoś nas ośmieszy. To jest największy lęk. Stąd budowanie różnego rodzaju wizerunków czy kolekcjonowanie gadżetów – to wszystko ma odwrócić uwagę od tego, co tak naprawdę jest istotne. Co jest najlepszym lekarstwem w tej sytuacji? Myślę, że równowaga emocjonalna. Taki chłopiec nie obawia się śmieszności, za to wierzy w to, że mogą go spotkać w życiu dobre rzeczy od innych ludzi.

Marcin Grudzień, psychoterapeuta w ośrodku psychoterapii i wsparcia dla rodzin Plaster Miodu w Warszawie. Doktoryzuje się w Akademii Pedagogiki Specjalnej, gdzie prowadzi badania z zakresu socjologii męskości. Pracuje w ramach Kooperatywy Trenerskiej jako psychoedukator i trener z dziećmi, młodzieżą oraz dorosłymi.

Źródło: magazyn Sens. luty 2021 rok

Komentarze





Poprzedni artykuł
Muzyka uratowała moje życie
Następny artykuł
Filmoterapia na VOD.MDAG.PL





Czytaj więcej
Muzyka uratowała moje życie Czy najpierw trzeba zaakceptować to, co w nas dzikie i ciemne, by móc spojrzeć sobie w oczy w świetle dnia? Muzyk Bartosz...