Film zamiast kozetki?

30 października 2018 


Twój Styl: Zna pani kogoś, komu film pomógł rozwiązać życiowy problem? Powiedzmy, że nie dogaduję się z partnerem, oglądam odpowiedni film i coś się zmienia na lepsze – to możliwe?

Martyna Harland: Filmoterapia to nie czarodziejska różdżka. Jeśli mam depresję czy nerwicę albo mój związek przechodzi głęboki kryzys, jeden seans filmowy raczej tego nie zmieni. Wprawdzie pod koniec lat ’90 w USA powstała baza „filmów na receptę” i towarzyszyło jej takie właśnie myślenie, że konkretny obraz może być „przepisany” na konkretny problem. Ale dziś wiemy, że samo obejrzenie filmu, nawet najmądrzejszego, nie wystarczy. Badania dowiodły jednak, że kino ma ogromną moc terapeutyczną. Pomaga nam dostrzec problem. Tyle, że trzeba wiedzieć, jak korzystać z filmów które oglądamy. I tym właśnie zajmuje się filmoterapia.

TS: Choć w Polsce filmoterapia to nowość, niektórzy psychoterapeuci stosują ją już w gabinetach. Gdybym chciała sprawdzić, jak działa, muszę pójść do specjalisty?

MH: Niekoniecznie. Zapraszam do udziału w otwartych warsztatach filmoterapeutycznych, które prowadzę w rożnych miastach Polski (więcej informacji na www.filmoterapia.pl ). Ale zaletą tej metody jest to, że można ją zastosować również w warunkach domowych. Wtedy, gdy chcemy się rozwijać, pogłębiać wiedzę o sobie i o własnych emocjach.

TS: Jak film może mi w czymś pomóc? Na jakiej zasadzie, oglądając coś, mogę zmienić coś w moim życiu na lepsze?

MH: Psychoterapeutyczna moc filmoterapii bierze się stąd, że umysł traktuje filmy jak opowieści nie bezpośrednio o nas i dzięki temu nie włącza naturalnych mechanizmów obronnych, takich wypieranie, zaprzeczanie, czy niedostrzeganie pewnych trudnych dla nas spraw. To sprawia, że film szybciej, niż bezpośrednia rozmowa o problemach życiowych potrafi dotrzeć do naszych emocji, szczególnie tych nieuświadomionych. Pomaga nam spojrzeć na siebie, bez oceny. To dlatego w kinie zdarza się płakać zasadniczej pani prezes, która w życiu nigdy nie pozwoliłaby sobie na tak otwarte okazywanie wzruszenia.

TS: Chodzi o to, że dotarcie do naszej nieświadomości przez dialog w gabinecie psychoterapeuty może zabrać czasem wiele sesji, a film bywa drogą na skróty?

MH: Tak, film jest takim „otwieraczem” na problemy. Jednak pod warunkiem, że dokonamy pewnej pracy, by odczytać sygnały, które z tej nieświadomości podczas seansu do nas płyną. W filmoterapii, również domowej, zwraca się uwagę na postacie i sytuacje wywołujące silne reakcje emocjonalne. Gdy jakiś motyw nas szczególnie porusza to sygnał, że prawdopodobnie podświadomość kojarzy go z jakąś trudną, ważną sprawą, którą wyparliśmy. A wypieranie jest silnym i często przez nas używanym mechanizmem obronnym. Dzięki pracy z filmem możemy odkryć, co i dlaczego upychamy po zakamarkach umysłu. Bo jeśli np. scena, w której dobry ojciec poświęca się dla córki, wywołuje w nas płacz, to znaczy, że coś w naszym życiu związanego z tematem ojca domaga się uświadomienia. Dla jednej osoby to może być marzenie o dobrym ojcu i ogromny żal, że nigdy takiego nie miała. Dla kogoś innego tęsknota za ukochanym tatą, który zmarł albo problem z tym, że bezskutecznie szukamy partnera, który „powinien być tak wspaniały jak ojciec” i czujemy lęk, że nie znajdziemy.

TS: Co może wyniknąć z tego, że sobie taką rzecz uświadomię?

MH: Samo wniesienie tego tematu do świadomości bywa krokiem milowym w rozwoju psychologicznym. Bo każdy wyparty problem ma tę właściwość, że wpływa na nasze decyzje i zachowania, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ale pamiętajmy, że pogłębiona filmoterapia nie polega na samym oglądaniu filmów. Większość technik filmoterapeutycznych zakłada, że w trakcie oglądania będziemy uważnie obserwować swoje reakcje i coś notować. Np. zatrzymujemy film scena po scenie albo w momentach, które wywołują w nas silne reakcje i odpowiadamy na pytanie: „Co teraz czuję?”. Bez analizowania „dlaczego?” – na to będzie czas później. Pewnie Paweł Pawlikowski nie byłby zadowolony, gdyby dowiedział się, że ktoś tak ogląda jego „Zimną wojnę”, ale dopiero taki seans może mieć wartość psychologiczną.

TS: Jaki może mieć dla mnie sens to, że wypiszę na kartce całą gamę uczuć, jakie u siebie zauważę?

MH: Problem w tym, że gdy robimy to ćwiczenie po raz pierwszy, rzadko kto wypisuje całą gamę uczuć. Częściej posługujemy się określeniami-wytrychami typu „tu się czułam fajnie, tam źle”. A to ćwiczenie może sprawić, że w ogóle zaczniemy zauważać, co czujemy. W codziennej gonitwie bardziej koncentrujemy się na sytuacjach, decyzjach, relacjach niż na swoich przeżyciach, szczególnie trudnych. Z jednej strony to normalne – oszalelibyśmy, analizując każdą emocję. Ale to niedostrzeganie swoich stanów psychicznych często staje się nawykiem i źródłem problemów. Bo niezauważone emocje nie tylko kumulują się w podświadomości, ale często skłaniają nas do destrukcyjnych zachowań.

TS: No, tak. Prawie każdy psycholog, z którym rozmawiam, powtarza, że mało co tak dewastuje naszą psychikę jak nieuświadomione, wyparte trudne emocje. Filmowy trening może tu pomóc?

MH: To ćwiczenie jest wprowadzeniem do technik bardziej zaawansowanych, ale warto je zrobić, żeby pracować z emocjami na głębszym poziomie. Na moich zajęciach daję często uczestnikom „ściągę” z około 30 wypisanymi emocjami i proszę, by podczas oglądania filmu zaznaczali, gdy zdarza się im którąś doświadczyć. Ludzie bywają zaskoczeni, że „aż tyle jest tych uczuć!”. Że zamiast napisać „gdy się całowali, coś mnie poruszyło”, można wejść w swoje doznania głębiej i przyjrzeć się, czym jest to „coś”. Pożądaniem? Podnieceniem? A może błogością, radością, zadowoleniem, rozczuleniem, zachwytem? A bywa, że wcale nie jest czymś przyjemnym tylko trudnym: zazdrością, żalem, wstydem, melancholią, niesmakiem, smutkiem.

TS: Ktoś może powiedzieć: sztuka dla sztuki.

MH: A to błąd! Bo psychologiczna prawidłowość jest taka, że im bardziej jesteśmy świadomi tego, co czujemy, tym łatwiej nam nad sobą zapanować i podejmować racjonalne decyzje w życiu. Robiłam badania na ponad trzystu osobach, które brały udział w prowadzonych przeze mnie warsztatach z filmoterapii. I już po siedmiu seansach, na przestrzeni roku czasu, testy wykazały u nich wzrost inteligencji emocjonalnej, co oznacza, że ci ludzie nie tylko lepiej rozpoznawali swoje uczucia, ale też lepiej radzili sobie z trudnymi emocjami na co dzień.

TS: To mnie zachęciło. Powiedzmy, że chciałabym zrobić sobie domowy seans filmoterapii i zaliczyłam ćwiczenie numer jeden z rozpoznawania swoich emocji. Co mogę zrobić teraz?

MH: Sięgnąć po film, który panią wyjątkowo poruszył. Może jest jakiś, do którego pani wraca po latach? Nie musi być wybitny, nagradzany, głośny. Liczy się tylko to, że coś w nim wywołuje w pani silne emocje.

TS: Przyszła mi na myśl Thelma i Louise. Stary film, znam każdą scenę, nie kończy się happy endem, ale jest kilka sytuacji, w których główne bohaterki zdobywają się na wielką odwagę, pokonują swoje ograniczenia i… nawet jak o tym teraz opowiadam, to się wzruszam. Motyw silnych kobiet w filmach bardzo na mnie działa. Co może wyniknąć z tego, że to zauważyłam?

MH: Żeby się tego dowiedzieć, powinna pani odpowiedzieć sobie na kilka pytań związanych z tymi bohaterkami. Np. dlaczego ta postać albo ta scena wzbudza we mnie takie emocje? O czym ze swojego życia myślę, gdy oglądam tę scenę? Czy tej postaci czegoś zazdroszczę? Czy coś w niej wzbudza moją irytację? Nawet pytania, które pozornie dotyczą bohaterów filmowych, pomagają nam zajrzeć w głąb siebie. Zawsze zachęcam uczestników filmoterapii, by te odpowiedzi notowali. Bywa, że sens tego, co napisałyśmy odkryjemy nie zaraz po seansie, ale po miesiącu. Kino jest lustrem. Myśląc o filmowych bohaterach i ich wyborach, tak naprawdę myślimy o sobie. Na tym polega mechanizm projekcji, który wykorzystuje filmoterapia. Zdarza się, że po warsztatach ktoś decyduje się na psychoterapię, bo odkrywa u siebie jakiś problem. Ale to nie zawsze jest konieczne.

TS: A jeśli zdaję sobie sprawę, jaki mam problem i szukam filmu, który pomógłby mi się z nim skonfrontować, zmierzyć, jaki wybór będzie dla mnie właściwy?

MH: Gdy ktoś mnie pyta, jaki film obejrzeć na taką czy inną sytuację, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo, że doda nam sił, raczej odradzam wybory „jeden do jednego”, czyli że oglądamy film o rozwodnikach, gdy sami się rozwodzimy. Bo rozwód dla jednej osoby będzie walką na śmierć i życie ze znienawidzonym partnerem, dla innej – tęsknotą za utraconą miłością , a dla jeszcze kogoś – nadzieją na lepszą nową relację, drogą do upragnionej wolności. I dla tej pierwszej osoby wzmacniający może być film z bohaterem, który mimo trudności, zwycięsko przeszedł „drogę przez mękę”, dla drugiej obyczajowa opowieść o tym, że porażki w miłości zdarzają się też innym, a dla trzeciej – historia o ekscytującej wyprawie w nieznane.

TS: Dotąd mówiłyśmy o docieraniu przez film do własnych emocji czy zakopanych gdzieś w nas niewygodnych tematów. Czy seans filmowy może pomóc też w relacjach z partnerem, dziećmi?

MH: Filmoterapia to świetne narzędzie do ulepszenia komunikacji. Jest wiele par, które mają trudność w rozmawianiu o tym, że ich relacja stygnie, że jest w niej deficyt seksu albo że coś nie jest tak, jak byśmy chcieli. Partnerzy, żeby nie wywoływać konfliktów, potrafią latami nie mówić o tym, co ich boli, frustruje, złości. Praktyka pokazuje, że to częściej niż rzadziej kończy się katastrofą. Jeśli czujemy, że trudno nam wprost mówić partnerowi trudne rzeczy albo że gdy próbujemy to robić, on się wycofuje, usztywnia, zaprośmy go na wspólny seans. Polecam film „Dwoje do poprawki” – o parze, która od pięciu lat nie uprawia seksu i udaje, że wszystko gra. Aż w końcu grana przez Meryl Streep żona stwierdza, że muszą coś z tym zrobić i idą na terapię. Ale to nie jest film o terapii, tylko o roli czułości, dotyku w związku. Jest tam wiele scen, podczas których można rzucić do partnera: „A ty co o tym myślisz?”, „Chciałbyś, żebyśmy się kiedyś tak poprzytulali?”, „Umiałbyś mnie tak dotykać? Bo ja bym chciała poczuć, jak to jest.” Nawet zamknięci ludzie wykazują w takich sytuacjach większą otwartość. Wspólny seans może pomóc też w zrozumieniu, jak partner widzi pewne sprawy i w otwarciu nam oczu, że czasem inaczej niż nam się wydaje. Tu polecałabym do wspólnego oglądania serial „ The Affair”, o dwóch dojrzałych parach. Ciekawe jest to, że serial pokazuje te same zdarzenia z perspektywy kobiety i mężczyzny. I to są czasem zupełnie inne opowieści, a to wręcz prowokuje, by zadać pytanie partnerowi: „Rozumiesz tego faceta?”. I zacząć z nim ciekawą rozmowę o uczuciach w związku.

TS: Pewnie można się ciekawych rzeczy dowiedzieć…

MH: Ten sam sposób możemy wykorzystać w rozmowach z dorastającymi dziećmi. One z definicji nie chcą z rodzicami rozmawiać wprost o swoich osobistych sprawach. Ale o nastoletniej bohaterce serialu, która podejmuje kontrowersyjne wybory, potrafią już mówić z zaangażowaniem. I czasem więcej dowiemy się o dziecku, gdy obejrzymy z nim kilka odcinków jego ulubionego serialu niż jak będziemy nakłanić je do zwierzeń. Wystarczą proste pytania: „Kogo najbardziej lubisz w tym filmie? Kto cię denerwuje? Dlaczego? Jak ty rozwiązałbyś problem, który pojawił się w filmie? Jak myślisz, co naprawdę zdarzyłoby się w twoim świecie, gdybyś zrobił to, co tamta postać z serialu?”. Dyskusja w filmoterapii to jedno z najbardziej rozwijających narzędzi. Niezależnie, czy rozmówcą jest mąż, dziecko, przyjaciółka, czy my sami. A im więcej różnorodnych interpretacji, tym cenniejsza rozmowa.

TS: Zastanawiam się, czy więcej szkody, czy pożytku może wyniknąć z tego, że zobaczę z dorastającymi dziećmi tak drastyczne filmy jak Requiem dla snu albo Dzieciaki. Oba mówią o tragicznych konsekwencjach „szaleństw młodości”, uwikłaniu się w narkotyki, przedwczesnych eksperymentach z alkoholem i seksem. Boję się, że to zbyt drastyczne obrazy, ale z drugiej strony dziś dzieci są narażone na ryzykowne pokusy wcześniej niż kiedykolwiek dotąd.

MH: Taki seans ma sens. W filmoterapii istnieje pojęcie „filmu szczepionki”. Oba wymienione przez panią tytuły spełniają to kryterium – są trudne, mogą boleć, widzowie je odchorują, ale też pewne ryzykowne sytuacje przeżyją na filmowym poligonie doświadczalnym, co zwiększy prawdopodobieństwo, że może nie na własnej skórze.

TS: A są filmy, która nam wyłącznie szkodą? Których lepiej nie oglądać?

MH: Te, które nie dają nadziei, pokazują wyłącznie negatywne emocje oraz drastyczne sceny w bliskich kadrach i w dużym natężeniu. To może być szczególnie szkodliwe, jeśli np. cierpimy na depresję. Zbadano, że emocje, które czujemy w kinie są prawdziwe – mózg nie rozróżnia, że psychopata z nożem jest na ekranie, nie w pokoju. Gdy na zbliżeniu patrzymy na kogoś, kto pałką rozbija człowiekowi głowę, nasz mózg drętwieje z przerażenia tak samo, jakbyśmy byli świadkiem takiej sceny w życiu.

TS: Czyli lepiej zapomnieć o horrorach?

MH: Są horrory i horrory. Te, w których nie ma tony rozrywanych ciał, zło nie triumfuje zawsze i wszędzie, no i jest jakaś nadzieja, mogą pomagać niektórym ludziom w odreagowaniu i oswojeniu swoich lęków. Bo wszyscy się czegoś boimy, starości, śmierci, a w ten sposób zło mamy pod kontrolą. Ale takie filmy, w których sadystyczne zło niszczy bohaterów, z którymi się utożsamiamy i wszystko, co dobre, nie dając żadnej nadziei, to trucizna.

TS: A co będzie dobrym filmem na jesienny obniżony nastrój? Słoneczny patrol, Pół żartem pół serio albo inna beztroska historyjka?

MH: Jeżeli chodzi o chwilowo obniżony nastrój, ot, taki gorszy wieczór, to beztroskie komedie czy tzw. „good movies”, gdzie wszystko kończy się słodkim happy endem, są świetną propozycją. Nazywam je chwilówkami.

TS: A jeśli mamy większy życiowy kryzys?

MH: To film-chwilówka, nie zadziała terapeutycznie. W tym sensie, że w ten sposób uciekamy od przepracowania sedna problemu. Wtedy lepiej obejrzeć dramat obyczajowy, który operuje emocjami pozytywnymi i negatywnymi. Może ciekawą propozycją byłby Toni Erdmann? Film, który bawi, podnosi na duchu, a jednocześnie bardzo szczerze dotyka poważnych problemów. Główna bohaterka to robiąca karierę korporacyjna siłaczka, którą praca coraz mniej cieszy. Jej ojciec jest przeciwieństwem tego, czym ona się zachłysnęła – nie ma życiowych osiągnięć, ale cieszy się drobiazgami. Ciekawe jest zderzenie ich światów. Czasem, gdy jest nam źle, lubimy też zobaczyć film, w którym komuś jest gorzej od nas. Albo popatrzeć na silnego bohatera, który też czasem nie daje rady, przegrywa, ale się podnosi.

TS: Ciekawe jest to, że w różnych okresach życia w tym samym filmie potrafimy zobaczyć różne rzeczy.

MH: To też zbadane zjawisko. Czasem oglądając film po raz kolejny, mamy wręcz poczucie, że to całkiem inny obraz niż zapamiętaliśmy. Dostrzegamy w nim coś, co wcześniej było dla nas nieważne, co inaczej rozumieliśmy. Jak powiedział bohater „12 małp” Terry’ego Gilliama: „Film nigdy się nie zmienia, to my się zmieniamy”. Czasem warto zobaczyć film sprzed lat i po to, by odkryć, jaką przeszliśmy w życiu drogę.

Rozmawiała Anna Jasińska

Źródło: Twój Styl, listopad, 2018

Znalezione obrazy dla zapytania twoj styl listopad

Komentarze

komentarzy









Zobacz także

Zawstydzająco bezwstydni
Zawstydzająco bezwstydni
15 listopada 2018 
Premierowy pokaz „Sofii”
Premierowy pokaz „Sofii”
15 listopada 2018 
Filmoterapia dla nauczycieli
Filmoterapia dla nauczycieli
15 listopada 2018 



Czytaj więcej
Film na receptę: Nasza młodsza siostra “NASZA MŁODSZA SIOSTRA” reż. Koreeda Hirokazu Tematy, jakie porusza film: czym są rodzina, miłość, przyjaźń...