Życie na progu katastrofy

23 października 2018 


25 lat życia razem i 53 wojny – to łączy na zawsze. Grażyna Jagielska napisała kilka lat temu książkę o stresie postraumatycznym, którego doświadczyła, trwając w lęku o męża, korespondenta wojennego. Za chwilę na ekrany kin trafi film zainspirowany jej historią. W rozmowie z Martyną Harland mówi o trudach wychodzenia z PTSD i swojej definicji miłości.


„Mam dobre życie, ja i mój mąż, korespondent wojenny“ napisała pani w książce „Miłość z kamienia”. Ale to nie była do końca prawda. Czy podobny problem dotyczy żon himalaistów, policjantów, strażaków?

Kobiety w takich związkach czują większą samotność i rozdział z partnerem, bo ich życie biegnie odrębnym torem. Nie radzą sobie z tą sytuacją, jednak dalej trwają w związku. Nie ma na to prostego rozwiązania. Ja kilka razy uparłam się i pojechałam z Wojtkiem w rejony wojny. Zobaczyłam, jakie to budzi emocje. Negatywne ale też pozytywne – uczucie, że robi się coś naprawdę ważnego, że jest się w najważniejszym miejscu na świecie. ale to powoli i niezauważalnie rozdziela ludzi, ponieważ druga osoba zaczyna prowadzić niebezpieczne, ale i niebywale ekscytujące życie. Gdy wraca do codzienności, nie odnajduje się w niej lub ma pretensje do partnera, że ten nie ekscytował się życiem w równym stopniu. Przeciwnie, czuł się samotny i zdołowany. W pojedynkę podejmował wszelkie decyzje, opłacał ubezpieczenie, rachunki za prąd, posyłał dziecko do żłobka czy walczył z kolejną anginą. Na wojnie funkcjonuje zestaw prostych zasad, które zwalniają od codzienności, która bywa upierdliwa. To forma ucieczki od problemów. Od tego, że czasem są nie do rozwiązania.

Kiedy zaczęły się pani problemy? Zdiagnozowano u pani zespół stresu pourazowego, czyli PTSD, mimo że to przecież pani mąż, Wojciech Jagielski wyjeżdzał na wojny.

Lekarz powiedział mi kiedyś, że moja choroba jest jak stary krzak róży, który jest już tak rozgałęziony, że trudno doszukać się właściwego, prawdziwego pnia.
W książce „Miłość z kamienia” faktycznie stworzyłam wrażenie, jakbym nie uczestniczyła w wyprawach Wojtka. Jednak wyjechałam z nim na wojnę, w sumie trzy razy. Trauma spowodowana ciągłą obawą o jego życie i zetknięcie się z wojną wywołały u mnie stan utrwalonego lęku. Wzmacnianego kolejnymi wyjazdami Wojtka. Jednak tego rodzaju lęk jest na co dzień ukrywany. Z pozoru funkcjonuje się normalnie. Nie można przecież usiąść w kącie i przesiedzieć tam dwudziestu lat. To wszystko dzieje się w środku, w człowieku.

Czy film „53 wojny” Ewy Bukowskiej, inspirowany pani życiorysem, wiernie oddaje obraz tej choroby?

W filmie ten lęk pokazany jest jako bardzo silny i ekspresyjny stan, na pograniczu histerii. Bohaterka krzyczy, biega po mieście. W rzeczywistości jest inaczej. Lęk pozostaje na granicy świadomości. Wiem, że się boję, ale nie mogę się do tego przyznać sama przed sobą, bo jeśli to zrobię, po prostu się rozpadnę. Do tego dochodzi poczucie wstydu. Skoro lęk wywołany jest świadomością, że oboje wyrządzamy sobie ogromną krzywdę i zmierzamy ku destrukcji, to powinniśmy przecież starać się temu zapobiec, zawrócić z tej drogi. Jednak my dalej udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Nie chcieliśmy myśleć o tym, że to może się dla nas źle skończyć.

Jednak podskórnie czuliście, że coś jest nie tak?

Ależ oczywiście. Nie byliśmy jednak w stanie powiedzieć sobie: dość. Przyznając się do tego, do czego przyznajemy się dzisiaj, musielibyśmy wtedy jakoś zareagować. A reakcja oznaczałaby konieczność de- montażu życia: zmianę zawodu Wojtka albo rozwód. Nie byliśmy na to gotowi, więc pozostawało zamiecenie problemu pod dywan. Tak naprawdę rozmawiać zaczęliśmy po trzydziestu latach małżeństwa. Rozmawiać, czyli mówić prawdę. Bez udawania, że problem nie istnieje. Wcześniej graliśmy – przed sobą, dziećmi, najbliższymi. Mówiliśmy, że to tylko praca. Udawanie sprawia, że lęk wchodzi jeszcze głębiej, mocniej się rozwija i zagarnia nowe terytoria. Zauważyłam, że się boję, dopiero wtedy, gdy lęk sprawił, że nie byłam w stanie wykonywać codziennych czynności.

W jaki sposób to się stało?

Zaczęło się od jazdy samochodem. Wydawało mi się, że najedzie na mnie każdy samochód, który zmierza w moją stronę. Teraz, gdy o tym myślę, wydaje mi się, że po prostu wyczekiwałam katastrofy, która musi nastąpić. Ukazywała mi się w formie zderzenia czołowego. Skoro już musiała nastąpić, zaczęłam ją przywoływać.

Z badań wynika, że u 70 proc. ludzi występuje co najmniej jedno wydarzenie traumatyczne w życiu. To nie musi być wojna. Może być śmierć bliskiej osoby, gwałt lub inne wydarzenie, z którym nie potrafimy sobie poradzić. Jak wyglądają objawy stresu pourazowego?

Choroba powoli zawęża krąg naszego życia. Odbiera nam terytorium, w którym jesteśmy w stanie funkcjonować na co dzień. Jadąc samochodem, bałam się, czy dojadę do stacji benzynowej. A jeśli dojadę, to czy uda mi się podjechać pod pompę? Czy zdołam odkręcić pokrętło i zatankować benzynę? To były ataki paniki związane z tym, że nie dam rady czegoś zrobić. Moim zdaniem jest w tym jakieś pragnienie kresu i zakończenia. Organizm sam ograniczał mi zakres czynności, które jestem w stanie wykonać. Byłam tak bardzo wyczerpana, że przestałam sobie ufać. Wszystko zaczęło przekraczać moje możliwości. Coraz rzadziej wychodziłam z domu. Nie wychodziłam nawet do sklepu spożywczego. Czy wie pani, że jako ćwiczenie w szpitalu psychiatrycznym mieliśmy wyjście do supermarketu?

Dlaczego?

Widzi pani, wizualizuję to sobie teraz, żeby to pani wytłumaczyć i automatycznie czuję lęk. Wydaje mi się, że chodzi o to, że w tym supermarkecie mamy ogromny wybór produktów. A ilość decyzji, które musimy podjąć, nas przeraża. Czy znajdę ten proszek do prania lub sałatę? Potem następuje przykry moment ustawienia się w kolejce do kasy, która jest zamkniętym terytorium. Mamy wtedy ograniczoną możliwość ucieczki z tej kolejki. To bardzo atawistyczne. Organizm w ten sposób mówi nam, że ma już dość. Tak jak wyczerpany organizm mówi: „proszę, masz teraz atak serca, że- byś wiedział, że dalej nie możesz tak funkcjonować”. W tym wypadku umysł mówi: „nie kupisz chleba, nie ubierzesz się, nic już nie zrobisz, jeżeli się mną nie zajmiesz”. Straszna była dla mnie ilość czynności, które musiałam wykonać. Zamiast masła, cukru i wołowiny, miałam listę ciężkich zadań do wykonania. To był lęk przed tym, że mi się nie uda.

Czy to był już wystarczający sygnał do tego, żeby zająć się sobą i pójść na terapię?

Jeszcze nie. Jak nie wystraszy nas stacja benzynowa czy supermarket, organizm przechodzi do straszenia wprost: drętwieje połowa ciała, mamy zaburzenia widzenia… Jak człowiekowi zdrętwieje połowa ciała, to już następnego dnia pójdzie do lekarza. Zauważy, że chyba coś mu dolega. Organizm stawia opór, nie chce przyznać się do tego, że tak bardzo się boi. Bo to będzie wymagało działania, a on nie chce działać.

Chce odpocząć i schować się jak ten żółw do skorupki. Główna bohaterka w filmie „53 wojny”, grana przez Magdę Popławską, chowa się wtedy za kuchenką.

Bo wtedy chcemy zaszyć się w bardzo ciche i bezpieczne miejsce, gdzie nie ma żadnych zadań do wykonania. Nie trzeba walczyć z sobą ani z innymi ludźmi. To pragnienie zupełnego bezruchu, niemalże zwierzęcego spokoju. Tyle że to największa pułapka, bo z tą choroba trzeba walczyć.

Cztery lata temu skończyła pani terapię na oddziale zamkniętym. W jaki sposób leczy się PTSD?

Trzeba pójść na terapię do specjalisty. Nikt sobie sam nie poradzi. Nieleczone PTSD bardzo często kończy się samobójstwem lub alkoholizmem. Na szczęście ta choroba jest dobrze rozpoznana. Farmakologia czyni cuda – leki pozwalają wyciszyć lęk, żeby móc zabrać się za siebie. Nie można jednak zatrzymywać się na tym etapie. Jeżeli poprzestanie się na farmakologii, lęk wróci, prawdopodobnie ze wzmożoną siłą. Życie w stałym lęku jest niebywale wyczerpujące. Organizm ma coraz mniejszą odporność. Prędzej czy później dostaniemy reumatoidalnego zapalenia stawów czy innej choroby.

Na czym polega terapia? Na poszukiwaniu bezpieczeństwa? Odbudowaniu zaufania do siebie i bliskich?

To pierwszy etap leczenia. Dlatego bardzo dobrze wspominam pobyt na oddziale zamkniętym, co zawsze budzi zdziwienie. Tam nie ma klamek, nawet w oknach, więc nie można się wydostać na zewnątrz. Nikt nie może się też przedostać do mnie. Żadna angina dziecka czy inny codzienny problem. Życie nie jest w stanie dostać się do mnie z kolejnymi decyzjami, problemami i zadaniami do wykonania. Leczenie polega na tym, żeby samemu, przy pomocy terapeuty i innych ludzi w grupie, zdiagnozować swój problem. Jeśli lekarz powie pani: „boi się pani pająków i z tego wynikają pani problemy”, ale dzięki temu wcale nie przestanie się ich pani bać. Wręcz przeciwnie, prawdopodobnie jeszcze bardziej się pani przestraszy. Trzeba do tego dojść samemu. Na początku delikatnie odsuwa się zasłonkę i zerka do środka. Myśli się: „Oj, boję się, ale później spróbuję jeszcze raz. Skoro inni w grupie terapeutycznej tak robią i nic złego się nie dzieje, mnie też się pewnie uda”. Zwykle bardzo boimy się oceny bliskich osób, dlatego nie ujawniamy tego, że mamy problem. A podczas terapii nikogo nie dziwią nasze kłopoty, to że znowu nie udało się kupić masła w sklepie. Nikt nas nie ocenia, z niczego się nie trzeba ttłumaczyć, bo każdy jest w podobnych tarapatach. A jak już zaczniemy się przyglądać swojemu życiu, to wychodzą bardzo ciekawe rzeczy.

Jakie na przykład?

Na zakończenie pierwszego etapu leczenia trzeba opowiedzieć swój życiorys. Chodzi o to, żeby spojrzeć na siebie i swoje życie bez stereotypowych stwierdzeń, którymi posługujemy się na codzień. One zafałszowują rzeczywistość. Nawet nie wiedziałam, że mam tyle szablonów w swoim życiu. Na przykład przekonanie, że wszystkiemu winien jest mój mąż, bo nie chce ze mną jechać w wymarzoną podróż. Trzeba przyjrzeć się temu stwierdzeniu i zobaczyć, czy jest prawdziwe. Bo dlaczego mój mąż ma być winien temu, że czegoś nie robię? Moje życie zależy przecież ode mnie. Albo moja pretensja do męża, że się nie zmienia. Czekam dwadzieścia pięć lat, a on dalej jest taki sam.

Czy w związku z drugą osobą, w ogóle można oczekiwać, że się zmieni?

No nie można.

To co wtedy robić?

Pragnienie zmiany partnera wynika najczęściej z jakiś własnych niezaspokojonych potrzeb. W moim przypadku potrzeby wiecznego podróżowania. Podczas terapii odkryłam ze zdumieniem, że przecież mam dwie ręce i nogi, mogę się poruszać samodzielnie i właściwie mogę jechać dokąd chcę. To było zachwycające odkrycie! Powinniśmy być dwojgiem niezależnych od siebie ludzi, którzy mają wspólne trzecie terytorium. Czyli każdy z nas ma coś własnego, a trzecie pole jest wspólne. Powinnam mieć własne życie, ja to wiem. Tylko mi się wydaje, że ja je miałam! Opowiem pani, co robiłam w czasie, gdy nie było Wojtka w domu. Pracowałam intensywnie zawodowo, byłam tłumaczką. Kiedyś policzyłam, że przetłumaczyłam wtedy czterdzieści książek. Bardzo pracochłonne zadanie, wymaga skupienia i pozwala oderwać się od problemów. To mi nie wystarczyło, więc budowałam domy, sprzedawałam je i budowałam następne. Przeprowadzaliśmy się w tym czasie chyba z siedem razy. Kolejne pracochłonne zajęcie. Więc w moim przypadku ta teoria o tworzeniu niezależnego życia pozostała jedynie teorią. Prawdę mówiąc, nie przypuszczam, żeby komukolwiek udało się ją zrealizować w praktyce. To by przecież oznaczało, że tego kochanego człowieka pozostawia się własnemu losowi.

A może czasem trzeba?

Może trzeba, ale czy da się to zrobić, jeżeli się kogoś kocha? „Kochanie, masz swoje pasje, to jedź sobie w Himalaje czy na wojnę w Afganistanie. A ja o tobie nie będę myśleć, dopóki nie wrócisz. No to pa“. Można się tak całkowicie rozdzielić? Czy nie podważamy wtedy istoty nie tylko małżeństwa, ale przede wszystkim miłości?

Dla mnie to niesamowite, że pani po tylu latach i tylu wojnach mówi o miłości do męża. Wielu postrzega małżeństwo jako administracyjno-logistyczną wymianę usług.

To oczywiście bardzo ważna część małżeństwa – powinniśmy się nawzajem wspierać logistycznie. Chociaż tak do końca to ja już nic nie wiem. Wie pani, staram się nie myśleć szablonowo. Tego mnie nauczyli w psychiatryku, że trzeba te szablony odrzucać i patrzeć, co kryje się pod spodem. To oczywiście powoduje, że miłość staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Bo życie w szablonach jest bardzo wygodne.

To w jaki sposób przetrwaliście te wszystkie burze i kryzysy w związku?

Raz próbowaliśmy się rozwieść. Ewa Bukowska wiernie oddała tą scenę w filmie „53 wojny”. Rzeczywiście to odbyło się w taki absurdalny sposób. To tylko pokazuje, że niestety jesteśmy ze sobą mocno splątani. Jednocześnie będąc kompletnie innymi osobowościami. Bo żeby było śmiesznie, Wojtek jest typem osiadłym, to ja jestem typem koczowniczki. W naszej sytuacji dojście do tego, co kto zrobił, z jakiego powodu i dla kogo, jest niemożliwe. Wojtek uporczywie twierdzi, i mówi to szczerze z głębi serca, że on to wszystko dla mnie zrobił. Dla mnie jeździł na wojny.

W książce pisze pani, że mąż nie chciał jeździć na wojny, bał się. To pani, wbrew sobie, zachęcała go i dopingowała do kolejnych wypraw. Ciężko to zrozumieć.
Ba! Żebym ja to sama rozumiała! Wojtek pani powie, że tego nie znosił i że to był dla niego wielki stres. Ale jednocześnie nie potrafił się tego wyrzec. Wiedziałam, ile to dla niego znaczy. Praca zagarnęła go całkowicie. A ja byłam rozdarta między byciem żoną a byciem dziennikarką. Żona we mnie mówiła: „koniec z tym”, a dziennikarka: „Jedź”.

Co kryje się u pani pod spodem słowa „miłość“?

Terapeutka zapytała mnie kiedyś, co czuję do mojego męża. Powiedziałam, że nie wiem, ale chcę być przy nim, kiedy będzie umierał. Chyba chodzi o to, żeby być przy kimś w jego najgorszych chwilach. Wtedy, kiedy naprawdę nas potrzebuje. Może do czegoś dojdziemy w ten sposób? Może teraz mówię coś mądrego? Może właśnie o to chodzi w miłości? Kiedyś, gdy myślałam o miłości, skupiałam się na tym, co ona oznacza dla mnie. Jakie przyjemności i korzyści mi przynosi. Sprawia, że świat jest piękny, ja dobrze się czuję, a wszystko ma sens. W tej chwili stawiam znak zapytania. Myślę, że w miłości chodzi chyba o to, żeby być przy tym człowieku wtedy, kiedy ma najgorzej.

Przez wojny chciała się pani rozwieść, a może – paradoksalnie – to właśnie dzięki nim się nie rozstaliście?

Paradoksalnie jest tak, jak pani zauważyła. Przez wojny się nie rozwiedliśmy. To są za silne przeżycia, żeby móc się rozdzielić. 25 lat i 53 wojny. To nas ze sobą powiązało tak, że nawet nie pomógł nam lekarz i terapia. Wojna nie wojna, nadal nie mamy oddzielnego życia. To, co się nam przydarzyło w życiu, sprawiło, że nas już nie da się rozplątać.

Jaka scena w filmie „53 wojny“ poruszyła panią najbardziej?

Najmocniej poruszyły mnie sceny, w których Magdalena Popławska mówi do kamery jako pacjentka oddziału psychiatrycznego. To jest niesamowicie wiarygodne. Kiedy patrzyłam na nią, dreszcz przechodził mi po plecach. I jeszcze ta scena, gdy wysiada z autobusu i na przystanku, na słupie ogłoszeniowym widzi wielkie zdjęcie męża. To również przytrafiło mi się w życiu, pamiętam moje skrajne odczucia z tym związane. Duma, zachwyt, bunt i poczucie: co za obciach!”. Obciach, że ludzie widzą, co my za głupoty robimy. To było dla mnie poruszające i bardzo prawdziwe. W tych scenach odnalazłam siebie.

Grażyna Jagielska: dziennikarka, tłumaczka, pisarka, autorka m.in. takich książek jak „Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”, „Anioły jedzą trzy razy dziennie”. Premiera filmu „53 wojny” w reż. Ewy Bukowskiej, inspirowanej jej „Miłością z kamienia” już 19 października.

Źródło: magazyn Sens, październik 2018 rok.

Obraz może zawierać: 1 osoba, okulary i tekst

Komentarze

komentarzy






Poprzedni artykuł
Singielki | Filmoterapia z Sensem 3
Następny artykuł
Skazany za naiwność



Zobacz także

Premierowy pokaz „Sofii”
Premierowy pokaz „Sofii”
15 listopada 2018 
Film zamiast kozetki?
Film zamiast kozetki?
30 października 2018 



Czytaj więcej
Singielki | Filmoterapia z Sensem 3 „Czy sama znaczy samotna?” 24.10 godzina 20 w warszawskiej Kinotece, zapraszamy na pokaz filmu z programu festiwalu...