Wołająca na puszczy

13 czerwca 2019 


Przekraczanie granic, bunt, prowokacja w sztuce i w życiu – tak postrzega swoją rolę jako artystki Maria Linde, bohaterka filmu „Słodki koniec dnia”. Tyle że nikt nie chce już jej słuchać. Czy to osobista porażka poetki, czy wyraz kryzysu społecznego – zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.


Martyna Harland: W „Słodkim końcu dnia” Jacek Borcuch pokazuje kobietę po sześćdziesiątce, uznaną poetkę. Maria Linde to instynktowna buntowniczka i prowokatorka – pali, gdzie chce, romansuje, z kim chce… Zazwyczaj nie lubimy takich niestereotYpowych kobiet, zwłaszcza w sile wieku. Dlatego właśnie ta bohaterka tak bardzo mi się podoba.

Grażyna Torbicka: Widzimy tu inteligentną kobietę, noblistkę, która mieszka w pięknym miejscu we Włoszech, na odludziu. Wydaje się, że dobrze zna życie. Jednak poznajemy ją w momencie kryzysu. Maria uświadamia sobie, że dopada ją starość. Nawiązuje romans z młodym mężczyzną, bo jego uwielbienie ma jej zrekompensować to poczucie starzenia się.

I bardzo dobrze, bo kino znudziło mnie poprawnymi kobiecymi bohaterkami. Przywykliśmy do filmowego obrazu kobiet rodem z „Co się wydarzyło w Madison County”, gdzie Meryl Streep wybiera poświęcenie się rodzinie.

Problem w tym, że ja zupełnie nie czuję chemii w związku Marii z Nazeerem. To sztuczna relacja, podobnie jak sztuczne wydają mi się dialogi. Tak jakby reżyser chciał zawrzeć zbyt wiele wątków w jednej opowieści i przez to nie skupił się psychologicznie na głównej bohaterce, granej przez Krystynę Jandę. Ja nie czuję jej emocji.

Nie polubiłaś Marii czy w nią nie uwierzyłaś?

Maria jest dla mnie kobietą zimną emocjonalnie, intelektualistką. Pozostaje w kontraście do pełnej ciepła Toskanii. „Traktuję kolejne etapy życia jak wkładanie różnych sukienek” – mówi do swojego kochanka. Teraz jest w sukience starości i ma nadzieję, że on jeden dostrzeże w niej coś więcej. Pod powłoką starości zobaczy kobietę pełną namiętności. Jednak według mnie Nazeer jest kolejną zabawką w jej rękach. Ona jest kobietą władczą, która wszystkich sobie podporządkowuje. Czy zwróciłaś uwagę na to, w jak beznamiętny sposób reaguje na zdjęcia, które dokumentują jej zdradę? „A tak, podkochuję się w nim” – mówi do męża.

Poruszyła mnie scena, gdy Maria w liście do męża pisze, że przeszkadza jej, iż on nie stuka, kiedy chodzi po domu w kapciach. Zobaczyłam małżeństwo, w którym mężczyzna nie dotrzymuje kroku silnej partnerce. Maria jest nim znudzona. A w życiu, w związkach nie może być ciągle lepiej. W pewnym momencie wystarczy, żeby było po prostu dobrze…

Maria i Antonio to ludzie, którzy przeżyli ze sobą kawał czasu. Nie wiemy, czy już wcześniej Maria miała kochanków. Wydaje mi się, że dobrze się dobrali. On jest typem domowym, gotuje, opiekuje się nią, a ona jest w ich związku tą osobą, która tworzy i zmienia rzeczywistość. Przeszkadza jej tylko to, że nie słyszy, jak mąż chodzi po domu w kapciach. Może wolałaby mieć mężczyznę bardziej zdecydowane- go? Wydaje mi się, że jednak nie, bo przecież właśnie takiego męża sobie wybrała.

A co tobie najbardziej utkwiło w pamięci po tym filmie?

Męskie postacie grane przez Włochów oraz sceny z dziećmi. Świetna jest Miłka Borcuch, córka reżysera, ale też mały Salvatore. To znana prawda, że dzieci często wypadają w filmach lepiej od zawodowych aktorów. Dzieciom uwierzyłam. Ciekawa jest też transformacja Marii. Nie wczuwam się w nią, nie potrafię jej dopingować, ale mnie intryguje. Poznajemy ją w momencie, gdy przechodzi kryzys nie tylko emocjonalny, o którym mówiłyśmy, ale także intelektualny. Dostrzega, że artyści, więc i ona jako poetka, nie mają już większego wpływu na kształt świata. Uświadamia sobie to po zamachu terrorystycznym w Rzymie. Jak rozumiem, to wydarzenie przewartościowuje jej podejście do życia. Dlatego decyduje się powiedzieć to, co już od dawna myśli.

Cała ta historia tak naprawdę zaczyna się od przemówienia Marii.

Wygłoszonego podczas uroczystości otrzymania tytułu honorowej obywatelki miasta. Wcześniej dobrze to przemyślała i chce zwrócić nagrodę. Jej przemówienie jest bardzo mocne i to faktycznie ciekawa scena. Chciałabym w tej bohaterce zobaczyć echa granej przez Jandę Agnieszki z „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy. Pomyślałam sobie nawet, że Maria to taka Agnieszka po przeżyciu całego życia. Tamta była pełna wiary w to, że można walczyć o wszystko, ta jest w schyłkowej fazie życia, ale wciąż próbuje walczyć. Tyle że nikt już tego głosu nie słucha. Co najwyżej hipokryzja współczesnego świata każe się oburzyć na to, że uznała akt terroru za dzieło sztuki. Jednak zderzenie sceny przemówienia z ostatnią sceną, w której bohaterka zostaje zamknięta w klatce, gdzie nikt nie zwraca na nią uwagi – dowodzi, że Maria miała rację. Dotknęła sedna sprawy. Według mnie jest to najlepsza scena filmu. Bez słów.

Maria ma odwagę walczyć o to, co dla niej ważne. Jednak drogo za to płaci. Na końcu zostaje sama.

Na początku filmu, w scenie przyjęcia, poznajemy młodego artystę, który przywołuje amerykańskiego poetę Ezrę Pounda. To, co mówi, ma bezpośredni związek z tym, co spotyka Marię na koniec. W latach 30. Pound przeniósł się do Europy, gdzie zaczął silnie identyfikować się z poglądami Mussoliniego. Był antysemitą i wspierał faszystów. Został odrzucony przez środowisko i oskarżony o kolaborację. Zamknięto go w obozie w Pizie, w klatce. Postradał tam zmysły. Można powiedzieć, że Maria Linde również zostaje zamknięta za   głoszenie herezji. Dlatego najważniejsze pytanie, jakie pada po obejrzeniu filmu, to: czy każdy może i powinien mówić dzisiaj to, co myśli?

Mocno utożsamiam się z Marią w jej dążeniu do wolności. Jednak kwestia odpowiedzialności za słowa daje do myślenia.

Bo wolność to również świadomość ograniczeń. Uważność i wiedza, do jakiego momentu możemy posunąć się w swojej wolności, by nie zranić innych. Maria decyduje się na wolność całkowitą. Dlatego zostaje sama. Mnie jako widzowi nie jest ani przykro z tego powodu, ani się z tego nie cieszę… Prawdopodobnie Marii znudziły się ograniczenia i chciałaby pójść trochę dalej, żeby sprawdzić, jak to jest.

Może większość z nas w gruncie rzecz zgadza się z jej słowami?

Przyglądamy się medialnym relacjom z zamachów terrorystycznych, solidaryzujemy się z bliskimi ofiar, składamy im kwiaty. Czy wtedy nie dokonujemy swego rodzaju aktu performansu, w którym chodzi o współczucie i emocjonalny związek z ofiarami i ich bliskimi? Sytuacja Marii Linde przypomniała mi przypadek reżysera Larsa von Triera, który na konferencji prasowej po pokazie filmu „Melancholia” w Cannes powiedział, że może zrozumieć, co czuł Adolf Hitler, że jest w stanie poczuć do niego empatię czy odczuć jego samotność. W swoim filmie odwoływał się do malarstwa Leni Riefenstahl, artystki mocno związanej z ideologią faszystowską. Jego słowa zostały uznane za obrazoburcze i już następnego dnia, jako persona non grata, musiał opuścić centrum festiwalowe. Najważniejsze to podkreślić, że trzeba ponosić odpowiedzialność za swoje słowa. Bo one mają wielką moc i musimy uważać na to, co mówimy. Larsowi von Trierowi chodziło o to, że powinniśmy próbować zrozumieć każdego człowieka, ale jego słowa mogłyby być pożywką dla wielu ruchów nacjonalistycznych czy faszystowskich, które stają się dziś coraz silniejsze.

Maria boi się uczuć. Jest bardzo racjonalna.

Tak, ten film pokazuje tylko jeden punkt widzenia. Wszystko oglądamy z perspektywy Marii, jej zachowania, jej stosunku do męża. Ona jest najważniejsza, nie znamy motywacji innych osób.

Na jej kryzys osobisty nakłada się kryzys Europy, która jest w trakcie głębokich przemian. Zmiana to trudny proces, tak w psychologii, jak w życiu społecznym.

Europa ma na sumieniu wiele grzechów, a wciąż tkwi w przekonaniu, że jest idealna… Wprowadzając ten wątek, Jacek Borcuch postawił sobie ciekawe zadanie. Jednak dla mnie najważniejsze w filmie jest, czy mnie pochłonął i czy bohaterowie mnie przekonali. Czy ciebie ta bohaterka jakoś poruszyła?

Tak, bo wypełniłam jej postać własnymi emocjami. Odnalazłam się w jej poszukiwaniu wolności, mówieniu i robieniu tego, co się chce. I dzięki Marii uświadomiłam sobie, że w pędzie do całkowitej wolności czasami dobrze jest depnąć na hamulce.

Na pewno warto przyjrzeć się bliżej tej kobiecie. Chociażby po to, żeby głębiej zastanowić się nad nami, Europejczykami. Nad hipokryzją, która towarzyszy naszej codzienności. Jaki mamy wpływ na to, żeby to zmienić? Czy mamy na to siłę? Przecież wszystko zależy od nas.

Co będzie dalej?

Maria jest poetką katastroficzną, osobą zgorzkniałą. Nie ma w tym nic dziwnego, tacy byli najwięksi intelektualiści, jak Ezra Pound czy T.S. Eliot. Pokazywali nam beznadziejność ludzkiej egzystencji. Co możemy z tym zrobić? Dokonywać kolejnych aktów prowokacji, by zobaczyć, jak zareaguje na to świat? A może najlepiej być mgłą… Jak w strofach wiersza, który kończy film: „Jedynym wyborem jest nie być, w żadnym z miejsc przypisanych. Nawet w tym, że istnieję. W moim czuję, że jestem i jestem, więc patrzę. Być mgłą, która nie wie, czy jest jeszcze ziemią, czy może już chmurą. Nie wie, czy nie musi. Nie wie, robi swoje i nic innym do tego”.


Grażyna Torbicka: dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2

Martyna Harland: autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2

Źródło: magazyn Sens, czerwiec 2019

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst

Komentarze

komentarzy









Zobacz także

Zła Królowa
Zła Królowa
12 lipca 2019 
Na południe od Kairu
Na południe od Kairu
16 maja 2019 
Mądrość czarnego rycerza
Mądrość czarnego rycerza
27 kwietnia 2019 



Czytaj więcej
Dorosnąć to wybaczyć Dzisiejsi 30-, 40-latkowie to w większości synowie, którym zabrakło uwagi, obecności i dobrego wzorca od ojca....