Terapia na ekranie

23 września 2016 


Czy można na potrzeby filmu odtworzyć prawdziwą sesję terapeutyczną? W jaki sposób aktorzy sięgają do skrajnych emocji, by wydobyć je z siebie dla widza? Najnowszy dokument Pawła Łozińskiego komentują psychoterapeuta Bartosz Szymczyk i reżyser Teo Dumski. Rozmawia Martyna Harland


Bartosz Szymczyk psycholog, psychoterapeuta w ośrodku Ogrody Zmian, w swojej pracy terapeutycznej wykorzystuje filmy. Członek Sekcji Naukowej Terapii rodzin PTP.

Martyna Harland: Terapeuta prof. Bogdan de Barbaro, występujący w filmie „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham”, wywołuje skrajne emocje. Przez jednych jest podziwiany za empatię i ciepło. Inni na odwrót, krytykują  go za chłód i dystans. To chyba świadczy o tym,  że najważniejszy w terapii jest osobisty wybór terapeuty. Najlepszy to taki, który odpowiada  konkretnej osobie?

Bartosz Szymczyk: W pracy profesora de Barbaro widać empatię i skupienie, przestrzeń dla klienta. Dla mnie to nie dystans, a szacunek. Ważny jest również wybór nurtu terapii, tak żeby odpowiadał konkretnej osobie. W podejściu psychodynamicznym, wywodzącym się z psychoanalizy, terapeuta jest raczej wycofany, skoncentrowany na analizie relacji z klientem. W nurcie poznawczo-behawioralnym jest mocno osadzony w teorii i skupiony na osiągnięciu konkretnego celu z pacjentem. Bogdan de Barbaro pracuje w paradygmacie konstrukcjonistycznym, według którego rzeczywistość społeczną tworzymy sami, nieustannie. Poprzez nasze wyobrażenia o świecie i o nas samych, relacje, język, opowieść. W poznawaniu, a następnie próbie zmiany takiej konstrukcji najważniejsze są więc skupienie, empatia i szacunek. Film niewiele różni od oglądania takich sesji na żywo. Jestem zachwycony, że taki obraz powstał. To ważne, żeby ludzie zobaczyli, jak wygląda prawdziwa terapia. Rzeczy, które dzieją się w pracy terapeuty, są bardzo ciekawe, dają dużo satysfakcji, nieraz chciałoby się tym podzielić z innymi. Tym bardziej że funkcjonuje wiele szkodliwych mitów dotyczących psychoterapii. Tego, jak wygląda i co dzieje się w takiej rozmowie. A dokument Łozińskiego pokazuje prawdę, przynajmniej jeżeli chodzi o terapię par i rodzin. Oczywiście w wersji skróconej na potrzeby filmu.

Pawła Łozińskiego zainspirowała terapia, którą sam przeszedł. Zdał sobie wtedy sprawę,  że rozmowa jest najważniejsza. Stwierdził, że  gdyby potrafił rozmawiać, być może nie rozstałby się ze swoją partnerką.

W tym filmie chodzi o kontakt międzyludzki i rozmowę. Nie mamy wyszukanego problemu, traumy, choroby alkoholowej. Z tą sytuacją może utożsamić się każdy. Chyba każdy z nas wie, co to znaczy nie móc porozumieć się z ważną osobą w naszym życiu. Słowa mają dużą moc. Niszczycielską, ale i wyzwalającą.

Co zrobić, żeby porozmawiać z drugą osobą  naprawdę? Tak, żeby się ze sobą porozumieć.  matka i córka rozmawiają poprzez terapeutę.  Co daje ta trzecia osoba?

W sytuacji konfliktu sposób rozmowy przez „tego trzeciego” daje możliwość wyjścia poza konflikt i osiągnięcia czegoś twórczego. Terapeuta w momentach zranień, mocnych słów próbuje zatrzymać proces nawarstwiania się negatywnych emocji. Ponazywać, co tak naprawdę dana osoba ma na myśli – czyli co dokładnie kryje się pod słowem „kocham cię” lub „nienawidzę”. Pokazuje pewne sprzężenie zwrotne, np. „Im bardziej byłaś nieobecna, tym bardziej czułam się odrzucona i nie miałam ochoty na rozmowę”. Ty się na mnie wściekałaś, a ja się wycofywałam jeszcze bardziej”. Dwie osoby zamiast czyjejś winy widzą wtedy połączenie. Skoro jest połączenie, to znaczy, że im na sobie zależy i może nie muszą się tak oddalać.

Po to, żeby zająć się bólem, trzeba go najpierw nazwać. Dzięki temu możemy wyjść z zaklętego koła przewidywania – „Dobrze wiem, co on chciał powiedzieć”?

Tłumacząc terapeucie, co myślimy, samemu można pójść dalej z tym, co ma się w sobie. Terapeuta jest skupiony i zainteresowany, poświęca swoją przestrzeń psychiczną na nasze emocje i swoją energię na zrozumienie tego, co się z nami dzieje. Siłą rzeczy chce się wtedy komuś takiemu wytłumaczyć siebie. Dzięki czemu patrzymy na swój problem z innej perspektywy. Ale do tego konieczne jest, by ta druga osoba mogła słuchać. A żeby mogła słuchać, musi mieć przestrzeń na swój ból, inaczej jej uszy będą zamknięte na moją opowieść. W terapii następuje taki regulowany, naprzemienny ruch mówienia i słuchania.


Co chroni aktora przed emocjonalnym rollercoasterem? Pytamy reżysera pracującego z aktorami bezpieczną techniką wytwarzania trudnych stanów emocjonalnych.

Teo Dumski aktor i reżyser, zajmuje się badaniem i nauczaniem technik aktorskich michaiła Czechowa w świetle nauk psychologicznych i duchowych. Twórca Cloud Theater – teatru w chmurze, czyli otwartej grupy artystów związanych ze sobą chwilowo w celu tworzenia sztuki.

Martyna Harland: Uczysz aktorów tego, jak bezpiecznie pracować z trudnymi emocjami w ich zawodzie. Sięgasz po metody terapeutyczne?

Teo Dumski: Mam wrażenie, że praca aktora w dużym stopniu polega na ciągłym byciu terapeutyzowanym. Nie przez terapię, ale przez temat, z którym aktor ma akurat do czynienia. Czasem to nawet rodzaj podświadomej autoterapii. Jednak aktorzy, którzy wielokrotnie przeżywają trudne emocje, muszą płacić tego cenę. W aktorstwie chodzi przecież o prawdę emocjonalną. Taką, która porwie widza.

Jak uzyskać tę prawdę? metoda Stanisławskiego, stosowana w pracy aktorów, polega na tym, że wiedzę o emocjach czerpią z siebie, z własnych doświadczeń.

Tak, ta metoda zakłada, że jeśli emocje są prawdziwe dla aktora, będą wiarygodne również dla widza. Stanisławski, który dał podwaliny pod dzisiejsze realistyczne aktorstwo, starał się stworzyć metodologię pozwalającą uzyskać tę prawdę poprzez maksymalne zbliżenie się prywatnej emocjonalności aktora do osobowości postaci, którą kreuje. oznacza to, że jeśli aktor ma zagrać złość, musi ją naprawdę odczuwać. a żeby ją odczuć, musi zrozumieć jej źródło. W życiu jednak rzadko „rozumiemy” swoje emocje. Dużo częściej odczuwamy je przez nasze ciało, nawet wtedy, gdy nie przeżyliśmy ich w przeszłości. Nie trzeba doświadczyć śmierci matki czy dziecka, żeby znać uczucie rozpaczy. Rozpacz jest przecież bardzo wczesną emocją, którą przeżywamy już w dzieciństwie, np. wtedy, gdy opiekun wychodzi na dłużej i zostawia nas samych.

Jaka metoda jest twoim zdaniem najbezpieczniejsza?

Pracuję z aktorami metodą michaiła Czechowa – to technika dominująca za oceanem, która używa ruchu ciała do kontaktowania się z emocjonalnością. Jest zdecydowanie bardziej higieniczna, bo pozwala na stymulowanie emocjonalności aktora, bez odnoszenia się do jego prywatności. Ta technika wycisza ruch myśli, wywołując ruch emocji. W ten sposób sięga zarówno do pierwotnych uczuć człowieka, które bliskie są pierwszym miesiącom naszego życia, jak i do czegoś, co Jung nazywał zbiorową nieświadomością. Wszyscy nosimy w sobie pamięć emocjonalną przodków. można się do niej odwołać przez ruch własnego ciała. Dzięki niemu możemy stworzyć cały bagaż emocjonalny odgrywanej postaci. Stanisławski twierdził, że jeśli emocji się nie rozumie, to nie potrafi się ich zagrać. Jego genialny uczeń, Michaił Czechow, dowiódł, że nie musi tak być.

Kiedy aktor wytwarza prywatne emocje, czasami bywa, że musi się niemalże leczyć z tego, co  gra. Heath Ledger, po roli czarnego charakteru w filmie „mroczny rycerz”, przedawkował leki. Na takie sytuacje składa się wiele czynników, ale to dość częste przypadki. Technika Czechowa pozwala aktorom odczuwać emocje prawdziwe, ale nie prywatne.

Emocje prywatne nie zawsze  są prawdziwe?

Są, ale odwrotnie już nie musi tak być. Technika Czechowa oddziela prywatność aktora od emocji wytwarzanych na potrzeby roli. Na czym to polega? zastanówmy się, jaki gest wykonalibyśmy, gdybyśmy chcieli po coś sięgnąć. Czym różniłby się ten gest, jeśli przedmiot, po który sięgamy, byłby niezwykle kruchy? a gdyby tym przedmiotem była bomba, którą musimy rozbroić? W zależności od zabarwienia tego gestu różnić się będą nasze uczucia. aktor Czechowa odrzuca wyobrażenie bomby i skupia się jedynie na tzw. ruchu niefizycznym. Wtedy emocje już nie są prywatne, bo odwołują się do bardziej pierwotnego języka niż język myśli. można poczuć coś, czego się nigdy w życiu nie doświadczyło. aktor może poczuć coś, czego nigdy w życiu nie doświadczył. i zawsze jest to odczucie nowe i prawdziwe. Dzięki tej technice, może wynikać jedynie z ruchu. oczywiście, aktorów dzielą indywidualne predyspozycje. Są tacy, którzy bardziej chłoną komunikaty intelektualne i dążą do umysłowego zrozumienia roli. Są też tacy, którzy nie chcą rozumieć. Wolą coś poczuć i od razu wiedzą, jak zagrać daną postać. Cel jednych i drugich jest ten sam, ale droga do niego zupełnie inna. Niektórych aktorów nazywamy zwierzętami scenicznymi – ci łatwo osiągają prawdę emocjonalną, ale płacą wysoką cenę za to, co przeżywają. Efektem bywa odcinanie się, samotność, często depresja, a nawet samobójcza śmierć.

W filmie Pawła Łozińskiego grają naturszczycy. Nie potrzebują technik aktorskich, aby dojść  do prawdy. Co ty na to?

Ten film może zwiastować śmierć aktorstwa zawodowego. Skoro odpowiednio dobrani naturszczycy genialnie grają, to po co nam zawodowcy? artyści mają za zadanie zbudować obraz postaci, przerobić go w sobie i empatycznie zagrać. Na tym polega ciężka, często wielomiesięczna praca aktora. Jednak dzisiaj łatwiej go rozebrać, żeby prywatnie stymulować, niż czekać, aż zagra tak skomplikowany pęk emocji. Kiedy się nie ma narzędzi przekazywania treści emocjonalnych pomiędzy aktorem a reżyserem, wtedy ucieka się do prostszych sposobów.

„Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” Scenariusz i reżyseria:  Paweł Łoziński Premiera: 23 września.

Źródło: Magazyn SENS, październik 2016r

14432941_1305542042791589_7849239920600674931_n

Komentarze

komentarzy









Zobacz także




Czytaj więcej
Filmoterapia na 6. Sokołowsko Festiwal Filmowy Hommage à Kieślowski Filmoterapia z SENSem na Festiwalu Filmowym Hommage à Kieślowski. Sokołowsko, 9–11 września 2016 r. Filmoterapia...