Telewizja może być fantastycznym kompanem, rozmowa z prof. Wiesławem Godzicem

1 czerwca 2012 


Jak wygląda przyszłość telewizji? Rozmowa z medioznawcą prof. Godzicem.

Martyna Harland: Ogląda Pan telewizję?

Prof. Wiesław Godzic: Oglądam dwie kategorie “rzeczy” w telewizji. Celowo używam tego określenia, bo fascynuje mnie przede wszystkim połączenie – czyli to, co jest między programami. Obserwuję proces, w którym instancja nadająca programy zamierza do mnie mówić. Patrzę na esencję telewizji: gdy jeden program kończy się, a zaczyna drugi, gdy podzielenie staje się całością. To trochę tak, jak w przypadku filmu patrzeć na tzw. zajawki, trailery, czyli rodzaj skondensowanej treści. Natomiast drugą kategorią “rzeczy”, którą szczególnie oglądam, jest tzw. kontent, czyli zawartość treściowa – na ogół programy typu reality show, czy też scripted reality (Pamiętniki z wakacji; Dlaczego Ja) lubię oglądać perwersyjnie. Z tym, że mam bardzo mało satysfakcji „z górnej półki” z oglądania telewizji. Oglądam telewizję dlatego, że chcę zrozumieć ludzi, którzy ją oglądają.

Jest Pan medioznawcą. Tak samo jak reklamy oglądają tylko ludzie, którzy te reklamy tworzą.

Tak, jest takie sformułowanie “ty oglądasz inaczej”… Inaczej dlatego, że na ogół czytam coś wcześniej, wpasowuję różne konteksty do przekazu. Czasem jednak zawieszam ten sposób oglądania inaczej – że niby taki jestem mądrzejszy od zwyczajnego widza – i przy wielu programach staję się absolutnie normalnym, przeciętnym tzw. coach potato (leniem kanapowym), który jest zmęczony i chcę po prostu odprężyć się przed ekranem telewizora. Tak się dzieje u mnie w przypadku Świata według Kiepskich, fragmenty tego serialu lubię podglądać – chociaż wiem, że to nie to samo co 10 lat temu…

Czy można się rozwijać dzięki telewizji i czy to jest tylko substytut rozwoju? Tak jak substytutem więzi z innymi osobami jest Facebook.

Może Pani rozwijać psychikę swojego dziecka, kupując mu żywe zwierzątko, albo też przez elektroniczny gadżet tamagotchi, czyli przez substytut. Podobnie jest z telewizją. Dawniej trzeba było wyjechać na stepy akermańskich, jak się było Mickiewiczem i chłonąć naturę, to było doświadczenie naturalne i pozamedialne. Dzisiaj mamy coraz mniej takich doświadczeń, metaforą współczesności jest raczej zachowanie amerykańskiego turysty. On nie widzi wieży Eiffela, on ma cały czas obiektyw przy oku i dopiero jak już wypstryka wszystkie zdjęcia i przyjedzie do siebie do Ameryki, to obejrzy ten zabytek u siebie na zdjęciach, pokazując go znajomym czy rodzinie. Poziom zmediatyzowania jest już tak wielki, że dla mnie już właściwie nie jest istotne, czy coś jest substytutem, obrazem, czy nie – wszystko może być substytutem. Dzisiejszy rozwój jest inny, nie lubię używać skali wartościującej, czy jest to złe, czy też dobre. W przeciwnym wypadku moglibyśmy twierdzić, że najlepiej było w XIX czy XVII wieku, ale przecież powrotu już nie ma. Podstawowym wyzwaniem jest dla mnie zrozumienie, co “kręci” dzisiejsze społeczeństwo w kontakcie z obrazami na ekranach. Trzeba odrzucić (choć nadal starać się poznać) to wszystko, co szkodzi (i jest po „ciemnej strony mocy”). Natomiast do reszty przekonywać, poprzez proces krytycznej analizy. Nie mówię, że telewizja jest świetna, ale może być fantastycznym kompanem, może otwierać oczy na świat. Pewne jest to, że to my za mało refleksyjnie do niej podchodzimy.

Kulturoznawcy twierdzą, że aktualnie homo sapiens posługujący się językiem abstrakcyjnym, symbolicznym ustąpił miejsca homo videns z językiem konkretnym, percepcyjnym, który jest uboższy nie tylko pod względem liczby słów, ale też bogactwa ich znaczeń… Stąd fenomen programów niskich typu scripted reality Pamiętniki z wakacji, czy też Szymon Majewski Show?

Kapitalne rzeczy Pani poruszyła. Czy teraz telewizja jest gorsza i byle jaka? Ja tego tak nie widzę. Po pierwsze, odrzucam to, że odbiór telewizyjny zdominowany jest przez telewidzów, którzy oglądają płasko, prymitywnie, biernie i tylko jeden rodzaj programów. Twierdzę, że człowiek nieustannie wędruje po kanałach i tematach. Na pewno widziałem więcej rodzajów programów niż przeciętny telewidz, ale chodzi mi o to, że w kontaktach z ofertą telewizyjną oglądam zarówno Big Brothera, Pamietniki z Wakacji jak i tzw. quality television czyli np. relacje z filharmonii i ambitne seriale, które mogą być uznane za telewizyjne dzieła sztuki. Czy coś jest ze mną nie w porządku?

Nie chce mi się wierzyć w to, że poświęca Pan czas na takie programy jak Pamiętniki z wakacji.

Wydaje mi się, że w tego rodzaju programach są dwie interesujące kwestie. Pierwsza z nich – pozornie banalna – dotyczy pytania o przyszłość tej telewizji normalsów, gdzie każdy może być bohaterem i zaprezentować swój punkt widzenia. Skoro jesteśmy, od czasów „Wielkiego Brata” na równi pochyłej, to interesuje mnie, jak szybko zsuwamy się (i czy na pewno tak stać się musi). Druga – mniej banalna, a nawet odkrywcza – dotyczy sposobu, w jaki naturszczycy/normalsi (aktorzy amatorzy, zwyczajni ludzie) odgrywają samych siebie i w dodatku w nie swoich historiach. To jest problem maski, którą zakładamy w życiu społecznym. Każdy ma taką maskę, a celebryci mają maskę nawet “przerośniętą do twarzy”. Każdy z nas, kto nie jest aktorem i nie został do tego przyuczony … w codziennym życiu gra. To jest problemem badawczym, to fascynuje. Mnie nie interesuje wartościowanie przede wszystkim, a więc co jest w tym złego lub prymitywnego. Zastanawiam się, czy w tym na pozór głupawym programie mogę odkryć coś autentycznego, a nawet wzbogacającego mnie. Tak jak w przypadku Big Brothera telewizja pokazała nam, że młodzi i ambitni ludzie mogą obyć się bez książki, żyć wyłącznie czasem teraźniejszym, mogą rozmawiać o niczym i są z tym wszystkim szczęśliwi. To było dla mnie odkrywcze, gdy z grupą studentów „podglądaliśmy” „Wielkiego Brata” w 2001 roku. Zobaczyliśmy wtedy nową generację młodych ludzi – a program TV stanowił rodzaj narzędzia dla diagnozy społecznej. Takie spojrzenie może pomóc edukatorom, pozwala wejrzeć w tkankę społeczną tym wszystkim, którzy nie zgadzają się z takim obrazem. Naszym problemem jako ministrów, nauczycieli i profesorów, staje się odpowiedź na te wyzwania. Telewizja nie jest od tego, żeby prezentować traktaty filozoficzno-pedagogiczne, ona jest po to, żeby coś pokazać: zarówno rozrywkę, jak i życie prymitywnych plemion na odległym kontynencie.

Telewizja coraz bardziej targetuje się na wąskie grupy tematyczne (tzw. narrowcasting). Zatem czy widz zaczyna chcieć być aktywnym odbiorcą programów, a nie leniem kanapowym.

Ekran będzie ciągle ważny, tylko że na tym ekranie każdy będzie ogląda inne rzeczy. Czy Pani wie, że aż do końca lat 80-tych dominującą teorią była teoria odbioru rodzinnego? Według niej, rodziny wspólnie zasiadają przed telewizją, rodzice kontrolują przekazy dla dziecka, rozmawiają o programie. To wszystko David Morley w swoich książkach, m.in. „Family Television”. Potem okazało się, że w społeczeństwie są jeszcze single i powstało pytanie, jak single oglądają telewizję? Z kim o tym rozmawiają, jeśli w ogóle to robią? Co więcej – są całe grupy singli, które się łączą, w czasie oglądania programu mają kontakt z innymi i komentują to wszystko, co dzieje się na ekranie. Okazało się także, że materiał wcale nie musi być obejrzany w jednym czasie, że może być przesunięty w czasie, wydobyty z zakamarków Internetu.  Jak dzisiaj młodzież ogląda seriale? Bierze kilka odcinków pod rząd (co jest zbrodnią estetyczną, bo serial jest tak skonstruowany, żeby przerwy wzmagały napięcie, gdy tutaj oglądamy odcinki pod rząd, czasem nawet nie stosując się do reguły kolejności). Widz jest aktywny, ale powierzchownie, bo ta aktywność polega na tym, że ściąga serial czy podpisy. Mnie interesuje aktywność innego rodzaju, mianowicie: co widz potem robi z tym materiałem. W tym przypadku w odpowiedzi pomaga Internet – mianowicie można ten materiał uznać za wyjściowy i stworzyć kolejne „dzieło” (jak w przypadku znanego Mięsnego Jeża – internauci zrobili z tego tekst, liczne interpretacje, a robienie z telewizji tekstów jest dla mnie największym objawem interakcjonizmu). Niedługo wszyscy będziemy twórcami, ten kto zrobił właśnie kolejne dzieło na podstawie Mięsnego Jeza (czyli dodał podpis i wrzucił do Internetu na kanał YouTube) staje się artystą. To jest ogromna szansa, możemy być wszyscy artystami – na miarę naszych czasów, rzecz jasna.

Jeżeli już mówimy o tzw. demotach, czyli komentarzach rzeczywistości telewizyjnej, słyszał Pan na pewno o głośnej sprawie Magdy i Tomka. Zastanawiam się nad tym, czy istnieje jeszcze coś takiego jak godność, czy prywatność w telewizji? Czy oglądając programy z łkającymi, upokorzonymi osobami obdzieramy ich tym samym z godności?

Użyła Pani słowa godność, które bardzo rzadko występuje w dyskursie telewizyjnym. Podała Pani krańcowe przykłady wykorzystywania wizerunku. Ja mam swoją prywatną granicę. Przekraczają ją obrazy rozmów z ludźmi, którzy są np. w szpitalu jako ofiary wypadków. W szoku odkrywają bandaże i opowiadają rozedrganym głosem o szczegółach zdarzenia. Chory człowiek będzie się potem tego wstydził. Redaktor prowadzący powinien wiedzieć, że nie wolno pokazywać płaczących, którzy przed chwilą dowiedzieli się o śmierci bliskiej osoby. Jednak telewizja tabloidowa właśnie na tym żeruje, to jest jej normlane pożywienie. Mimo to, nigdy nie głosowałbym za tym, żeby były ustawowo narzucone granice. Oczywiście mamy prawo mówiące o tym, że ten którego wizerunek został wykorzystany bez jego zgody, może zaskarżyć sprawcę. Pamiętajmy jednak, że mamy taką wspaniałą instytucję,  jaką jest publiczność. Chciałbym, żeby publiczność nie chowała się za prawo, tylko żeby wszyscy, którzy są przeciwko takim programom, głośno o tym mówili i protestowali. Niedawno głośna była sprawa audycji „Rozmowy w toku” (TVN), w której oskarżono o realizatorów o to, że pokazali kilkunastoletnie dziewczynki swobodnie mówiące o swoim wybujałym życiu erotycznym. Zgłoszono to do Krajowej Rady Telewizji, w wyniku czego ukarano nadawcę ogromną karą finansową. Wolałbym, żeby było inaczej, żeby to telewidz wziął sprawy w swoje ręce. W Stanach Zjednoczonych, gdzie Michael Jackson ciągle łapał się podczas występów za krocze, grupa rodziców bojkotowała sklepy muzyczne i odniosło to cudowny rezultat, Jackson przeprosił za swoje zachowanie. Czemu to sąd ma nam wyznaczać taką granicę? Chciałbym, żeby była taka wspólnota, chodzi o to, żeby nie odbierać sobie samemu głosu. Niech sąd zajmuje się skrajnymi przypadkami np. pokazywania samobójstwa w telewizji a inne, wątpliwe przypadki, niech będą negocjowane.

Wydaje mi się, że taka granica powinna być, weźmy na warsztat np. tragedię smoleńską i to, co z nią zrobiły polskie media… dodatkowe wyolbrzymianie zdarzeń, kierowanie się głównie zasadą polityki negatywnej.

Bardzo Pani ciekawą rzecz powiedziała, bo ja uczestniczyłem w tym dyskursie. Dwa lata temu, w tydzień po katastrofie znakomita większość dziennikarzy płakała na antenie. Pamiętamy, jak najlepsi dziennikarze płakali w trakcie swoich autorskich programów. Moja granica ekshibicjonizmu uczuciowego została przekroczona i w rozmowie z dziennikarzem lokalnego wydania Gazety Wyborczej przedstawiłem moje wątpliwości. Te 3-4 zdania okazały się nośne – trafiły na swój czas, wiele osób identyfikowało się z nimi. Powiedziałem między innymi, że wymagam od dziennikarzy profesjonalizmu i szacunku dla odbiorcy. Uważam, że dziennikarze powinni być twardzi; rozumiem, że w pierwszym dniu po katastrofie jeszcze można chlipać, ale w drugim, trzecim – już nie! Jeżeli ktoś nie może zachowywać się profesjonalnie, niech weźmie urlop – dziennikarze nie powinni być płaczkami.

Może powinno się w Polsce stworzyć kulturę medialną, jeżeli chodzi o np. przekazy z tragedii narodowych, żeby uniknąć takich sytuacji w przyszłości?

Telewizja to chyba najbardziej lekceważone medium. Równocześnie jesteśmy w stanie twierdzić jak telewizja jest ważna, że potrafi wygrać wybory, organizuje ludzi do działania, że tylko dzięki telewizji widzimy, jak prezes Kaczyński i przewodniczący Tusk prowadzą partie… Musimy wreszcie ustalić czy telewizja jest ważna, czy też nie. Co ciekawe – w Polsce nawet status dziennikarza nie jest tak prestiżowy jak za granicą. A powinien być, bo dziennikarze bardzo przysłużyli się w budowie demokracji po 90-tym roku..

 Dlaczego telewizja jest lekceważona, jaki jest zatem główny problem telewizji – to że postrzega widza pasywnie? Prezentuje kulturę niską?

Są historyczne powody, aby ją lekceważyć – mówię tutaj o telewizji PRL-owskiej propagandy. W sensie estetycznym telewizja lat 70. była bardzo dobra, Studio 2 to był jeden z najlepszych programów, nawet w porównaniu z Zachodem.  Przypominujmy teatr telewizji, czy znakomite kabarety. Jednak była to telewizja propagandowa i przez to starsi ludzie nie wierzą jej dzisiaj. Kiedyś zawiedli się na niej, bo mówiła jawną nieprawdę. Często też nie rozumie się nowych form telewizji jak np. reality TV . To jest jedna sfera. Natomiast młodzi telewizji nie oglądają jej, nie mają ulubionych programów, na ogół tylko ściągają popularne seriale zagraniczne. Skończył się okres prześmiewczości np. Majewski Show ma coraz niższą oglądalność. Telewizja dzisiaj proponuje rozrywkę rechotliwą, dowcip koszarowy, czy toaletowy, za dużo jest tego wszystkiego, sprowadzamy nieprzemyślane, zagraniczne formaty. Czy telewizja oddziałuje, czy tylko obrazuje to, co istnieje? Coraz częściej posądzam telewizję właśnie o celowe odziaływanie. Czyli realizatorów TV o świadomie psucie gustów. Pytała Pani, dlaczego ludzie mogą nie lubić telewizji? Dlatego, że ona w takiej prymitywnej formie zastępuje wielu figur społecznych: nauczyciela, który objaśnia świat; pedagoga-nauczyciela, który nakazuje, jak się powinno postępować; może zastępować artystę. Teleturnieje są znakomitym przykładem negacji głębszej wiedzy. Tam pytają Panią o wiedzę encyklopedyczną, ale czy wielką wartość posiada informacja na temat tego, jaką wysokość ma bramka hokejowa? Po co nam taka wiedza? Ważniejsze jest to, żeby ludzie potrafili stworzyć wiarygodną interpretację rzeczywistości, żeby mieli uzasadnione zdania na różne tematy – to jest istotne.

Telewizja przestała być głównym medium masowego odbioru w stosunku do Internetu.

Telewizja jest nadal głównym, najsilniejszym medium, ale stała się zbiorem izolowanych przekazów i ten proces będzie gwałtownie postępował. To, o czym Pani mówi, to jest inna telewizja – telewizja zrobiona przeze mnie. Dzięki możliwościom telewizji mogę ustawić kolejno programy sprzed tygodnia, niedługo nie będzie potrzebna ramówka programów. Chociaż nadal jest wielu ludzi, którzy oglądają telewizję “jak leci” i to są zazwyczaj widzowie starsi. Jednak większość społeczeństwa, która ma mniej niż 35 lat tworzy „własną” telewizję w różnym zakresie.

Czym jest teraz telewizja?

Jest telewizja tzw. broadcasting, która chce nadawać do wszystkich widzów. Druga w kolejności to telewizja tzw. narrowcasting, która koncentruje się na niszowym i tematycznym odbiorze np. TVN Style, Polsat Cafe, to taka forma wybiórczego doradztwa. Aktualnie chyba już żadna telewizja oprócz Jedynki nie udaje, że apeluje do wszystkich. Mówimy o trzecim rodzaju telewizji, która polega na tym, że to ja sam tworzę sobie ramówkę, czyli określam co i w jakiej kolejności oglądam. Jeśli Pani pyta, czym jest obecnie telewizja, to mi się przypomina analogicznie sytuacja i pytanie: co to jest film? Pamiętam, jak na plaży w Indiach kupiłem film po atrakcyjnej cenie i dopiero w domu zorientowałem się, że jest to najnowszy hit kinowy kręcony kamerą z ręki – oglądałem więc film amerykański z hinduskim szmerem osób na sali kinowej; raczej był to dokument o oglądaniu niż film fabularny.

Narrowcasting telewizyjny sprawi, że niedługo ja z Panią nie będziemy mieć punktów styczności opowiadając o naszych ulubionych programach. A to jest przecież szalenie ważne, bo jedną z funkcji telewizji od zawsze była socjalizacja, i to że właśnie skończył się ostatni odcinek popularnego serialu i mamy o czym rozprawiać w biurze.

Jeśli oglądam odcinki Kuby Wojewódzkiego w Internecie, to czy dalej oglądam telewizję?

Program Kuby zrobiła telewizja, Internet jest tylko kanałem przekazu. Pani chodzi o tworzenie, które nie wymaga telewizji i to już w Internecie możemy zrealizować. Jeśli jestem na konferencji naukowej i jest przekaz medialny na żywo w Internecie, to jest to nadal telewizja. Kto ją może robić? Każdy. Myślałem, że zawartość Internetu nie może mnie już zadziwić, ale pomyliłem się. Dowiedziałem się ostatnio o pomyśle na to, żeby zdobyć pieniądze na doładowanie konta komórki przez młodych ludzi. To bezwstydne kupczenie obrazem ciała: stawiają oni kamery sieciowe w pokoju, onanizują się. Zaś ten, kto ma włączony w tym czasie przekaz online i podgląda tę stronę powinien zapłacić odpowiednią kwotę, zasilając konto telefonu komórkowego autora tego przekazu – ekshibicjonistycznego show. Każdy może sobie sprawić telewizję, prawda? Słynna Jenny była jedną z pierwszych osób, które w latach 90. udostępniały przekaz internetowy ze swojego mieszkania. Twierdziła, że ma w domu duchy! Proszę wyobrazić sobie kilkugodzinne przyglądanie się pokojowi, w którym dokładnie NIC się nie dzieje.. i to jest także telewizja: nad którą nie człowiek, ale przypadek sprawuje kontrolę.

Rozmawiała Martyna Harland

Prof. dr hab. Wiesław Godzic jeden z najbardziej cenionych w Polsce medioznawców i filmoznawców, wykładowca uczelni polskich i amerykańskich, redaktor naczelny kwartalnika „Kultura Popularna”, ekspert i doradca stacji telewizyjnych. Interesuje się tematyką kultury popularnej oraz problematyką nowych mediów, a w szczególności telewizji i Internetu. Autor i redaktor wielu książek, m.in. „Humanista w cyberprzestrzeni”, następnie „Zrozumieć telewizję”, „Podglądanie Wielkiego Brata” oraz „Telewizja i jej gatunki. Po ‘Wielkim Bracie’”. Ostatnio wydał „Znani z tego, że są znani”. Celebryci w kulturze tabloidów”. W kwietniu tego roku otrzymał od Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej odznaczenie Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.

Wywiad opublikowany na stronie www.kinoterapia.pl

Komentarze

komentarzy









Zobacz także




Czytaj więcej
Nadal mało wiemy o chorych psychicznie. Rozmowa ze scenarzystą filmu „Lęk Wysokości” Ze swojej strony próbowałem w tym filmie wyrazić prostą i chyba niepopularną myśl, że nadal bardzo mało wiemy o chorobach...