Synu twój ojciec jest baranem!

16 maja 2019 


Rola matki polega na uczeniu dziecka samodzielności i rozpoznawania własnych zasobów. Nie na nadopiekuńczości i wyręczaniu go we wszystkim. Niestety, u wielu dorosłych mężczyzn nadal nie nastąpiło odpępowienie. Dlaczego każdy syn musi odciąć się od matki i wygrać z ojcem – pytamy terapeutę Jacka Masłowskiego.


Martyna Harland: Do kiedy matka pełni najważniejszą rolę w życiu syna?

Kluczowa rola matki utrzymuje się mniej więcej do trzeciego roku życia chłopca. To moment, w którym zaczyna się proces socjalizacji, a dzieci idą do przedszkola. Co ciekawe, dzisiaj mężczyźni próbują przejmować tę najważniejszą rolę już od samego początku. Zaczynają spędzać coraz więcej czasu z dziećmi. Są innymi ojcami niż ci, których mieli. Odnajdują w przestrzeni rodzinnej sens swojego życia. Jednak najczęściej rodzice funkcjonują na zasadzie naprzemiennej opieki, w której ważny jest wymiar wspierania siebie nawzajem.

Trzylatek, który nawiązał więź z ojcem, zaczyna coraz bardziej interesować się jego światem. Innym niż bezpieczny świat matki. Pojawiają się komunikaty, że chciałby być dokładnie taki jak tata. Wtedy właśnie mocniej zaznacza się rola ojca. Zaczynają spędzać coraz więcej czasu razem, bez mamy. Syn chwali się: „Mój tata jest strażakiem”, „A mój jest największy”.

Ojciec staje się figurą dookreślającą pozycję społeczną syna w grupie rówieśniczej. Dzięki temu chłopak powoli uczy się, że możliwe i bezpieczne jest funkcjonowanie bez „serwisu” ze strony kobiety. Zaczyna eksplorować własne zasoby. Z punktu widzenia rozwoju chłopca bardzo ważne stają się męskie wypady.

W skrócie: ojciec przychodzi do syna ze świata i zabiera go od matki, do świata. Pełni bardzo ważną rolę aż do momentu dojrzewania chłopca. Wtedy syn buduje własną tożsamość seksualną i osobowościową. I neguje wszystko, co dostał od ojca. Warto, żeby w tym czasie pojawili się w jego życiu inni mężczyźni, mentorzy, którzy poszerzą jego pole widzenia. Przygotują go do wejścia w świat głębszych relacji z kobietami.

A jeśli matka nie chce puścić syna?

Powiem wprost: jeżeli matka nie puści syna i nie nastąpi tak zwane odpępowienie, to taki mężczyzna będzie miał gigantyczny problem z autonomią w swoim życiu. To warunek konieczny do zbudowania jego niezależności.

Ale jeżeli ta relacja jest pełna miłości? Taki dorastający syn myśli sobie: „W czym problem? kocham matkę, nie chcę tego niszczyć“. Ma się na siłę od niej odciąć?

Odcięcie od matki nie jest niszczeniem relacji z nią. Chociaż czasem może mieć dramatyczny przebieg, jeżeli ta pępowina zarasta latami. Odcięcie się nie oznacza, że tracę kontakt z matką, przestajemy rozmawiać i się nie spotykamy. Chodzi o zdolność mężczyzny do samodzielnego rozpoznawania swoich potrzeb i podążania za nimi. To absolutnie niezbędny warunek do tego, żeby mężczyzna w przyszłości mógł wejść w zdrową relację z kobietą. Nie mówiąc już o wejściu w zdrową relację z samym sobą.

Sporo problemów w związkach bierze się z tego, że wielu współczesnych mężczyzn nie jest odpępowionych od matki. Później zwykle funkcjonują w relacjach przeniesieniowych z dominującymi kobietami-matkami. To nie jest świadomy wybór. To wybór bezpieczny.

Jaka powinna być zatem dobra miłość matki do syna?

Ma być mądra, nie opiekuńcza czy nadopiekuńcza. Matka opiekuje się synem po to, żeby do niczego jej nie potrzebował. To oznacza, że w procesie wychowania trzeba pozwalać dzieciom na to, żeby konfrontowały się z rzeczywistością. Myślimy sobie zwykle: „Co w tym złego, że wiążesz sześciolatkowi sznurówki w bucie?“. Przecież mu pomagasz. Tylko, że kiedy cię nie ma, to on nie jest w stanie zawiązać sobie butów. Uzależniłaś go od siebie. Chłopiec nie może skorzystać ze swoich zasobów, bo nie wie o ich istnieniu.

Co powinien zrobić dorosły mężczyzna, żeby odciąć się od matki? Co mówisz swoim pacjentom? Od czego zaczyna się ten proces?

W zdrowym procesie separacji mniej więcej dwunastoletni chłopiec, który wchodzi w okres dojrzewania, oprócz potężnej dawki hormonów przechodzi przez bardzo ważny proces tak zwanej indywiduacji. Zaczyna odpowiadać sobie na pytanie: kim właściwie jestem? Po to, by zauważyć, że jest w stanie samodzielnie żyć. Podejmować decyzje i ponosić konsekwencje swoich wyborów.

W opóźnionym terapeutycznym procesie odpępowienia przechodzimy przez to samo. Tyle że w mniej komfortowych warunkach. Mężczyźni mają już zazwyczaj rodziny, żony, dzieci… Pierwszy obszar pracy to budowanie samoświadomości. Kolejny to umiejętność określania swoich granic w relacjach, ale też utrzymywania się w tych granicach.

Jak się nad tym teraz zastanawiam, to nie jestem w stanie wyobrazić sobie jednocześnie skutecznego, w miarę sprawnego i bezbolesnego procesu odpępowienia się dorosłego mężczyzny od matki…

Słusznie myślisz. Bo jeśli jesteś w symbiozie z matką i nagle chcesz się odpępowić, to tak jak ze złamaniem kości, siłą rzeczy ból jest potężny. To proces, w którym niezbędny jest ktoś trzeci, czyli ojciec. Mężczy- zna, który powoli odprowadza syna od matki. Zdrowe odpępowienie trwa latami.

W praktyce wyglada to tak: kiedy masz półtorarocznego syna, z którym idziesz na spacer, to trzyma się twojej spódnicy. Obserwuje, czy jesteś w zasięgu jego wzroku. Kiedy kończy dwa, trzy lata, na tym samym spacerze „idzie w długą”. Nawet nie obejrzy się za tobą. To jest właśnie początek powolnego procesu odchodzenia od matki.

Gdy mężczyzna jest już dorosły, tą trzecią osobą, która pomaga mu odciąć się od matki, często bywa partnerka.

Ale to właśnie nie może być żadna kobieta! Bo wtedy partnerka pozostałaby w tej samej roli – alternatywnej matki. To jest powtarzanie tego samego schematu relacyjnego, tyle że z innym imieniem i nazwiskiem. To musi zrobić mężczyzna sam. Chodzi o to, żeby nauczyć się żyć bez kobiet. Po to, żeby później potrafić z nimi być. Jednemu zajmie to pół roku, innemu 10 lat.

Po to, żeby przyspieszyć ten proces odpępowienia się partnera od matki, kobiety mówią czasem: „Wybieraj: matka albo ja”.

Prawda jest taka, że jeżeli mężczyzna chce założyć rodzinę, to powinien w hierarchii postawić najwyżej partnerkę. Jego matka musi z pierwszego miejsca abdykować. Być może zrobi to sama, co byłoby super i oznaczałoby, że nie związała syna ze sobą. Jednak jeśli w dalszym ciągu trzyma go na pępowinie, to mężczyzna musi wykonać dużą pracę. Pytanie, czy ma do tego motywację.

Partnerka, która mówi: wybieraj, w pewnym sensie ma rację. Tyle tylko że to jest trochę tak, jakby powie- dzieć pogodzie, żeby nagle przestało padać i zrobiło się słonecznie. To nie jest kwestia wyboru na zasadzie: „Teraz skręcę sobie w prawo lub w lewo, bo krajobraz bardziej mi się podoba”. To jest głębokie uwikłanie emocjonalne, które często ma zupełnie nieuświadomione motywy. Mężczyzna nie ma pojęcia, jakie potrzeby realizuje w swojej relacji z matką.

A jakie powinien?

Warto, żeby matka pomogła synowi poznać własne zasoby, po to żeby ten jak najwcześniej zaczął z nich korzystać. A nie to całe ułatwianie, wspieranie, uzależnianie i kontrolowanie. Chodzi o to, żeby odzwierciedlać swoje dziecko, jego stany emocjonalne. By potrafiło ono zrozumieć siebie. Kiedy niemowlak zsika się w pieluchę i płaczem komunikuje swój dyskomfort, matka mówi: „Pewnie ci niewygodnie i dla- tego się złościsz. Zaraz cię przebiorę i wszystko będzie OK”. W ten sposób odzwierciedla swojego syna. Wielu mężczyzn i w ogóle ludzi ma dzisiaj z tym duży problem. Nie rozumieją siebie. Budują własne poczucie wartości, obserwując reakcje kobiet na ich zachowania. Poszukują odzwierciedlenia u swojej partnerki, bo nie zostali prawidłowo odzwierciedleni przez matkę.

Kluczową rolą matki jest pomoc w rozumieniu siebie i własnych reakcji emocjonalnych.

Dokładnie tak, tymczasem zobacz, jak to wygląda w praktyce. Masz taką sytuację: dziecko bawi się na placu zabaw, goni za czymś i nagle się przewraca. Wtedy w pierwszej kolejności patrzy na reakcję rodzica. Chce zinterpretować tę sytuację, poszukuje odpowiedzi: „halo, co tutaj się stało?”. Jeżeli matka zrobi jedno wielkie „ojej”, to dzieciak jest zapłakany i gotowy do szpitala na OIOM. Jeśli jednak powie: „A gdzie jest ten zając? Zastanówmy się, co się z nim stało, chyba ci uciekł”, wtedy dziecko zaczyna się rozglądać z ciekawością. To jest właśnie dobre odzwierciedlanie.

W takich sytuacjach często do głosu dochodzą lękowe interpretacje. Tylko w ten sposób matka nie odzwierciedla syna. A przenosi na niego własne stany emocjonalne.

Interpretacja matki już w tym dziecku zostanie. Jeżeli się przewróci, będzie myślało, że poniosło porażkę. że świat jest groźny i niebezpieczny. A w życiu dorosłego człowieka oznacza to problem.

Czy nadopiekuńczość matki wobec syna ma jakiekolwiek plusy?

Nie ma żadnych plusów. Nadopiekuńczość to tak naprawdę przemoc. To tak jakbyś mnie zapytała: czy przemoc ma jakiekolwiek plusy?

Często matka chce dobrze, pomaga synowi, wyręcza go w wielu sprawach. Tyle że intencje się tutaj nie liczą. Później nie wychodzi mu to na zdrowie.

Taka matka chce dobrze, ale pytanie: dla kogo? W rzeczywistości wcale nie dla tego dziecka. Po pierwsze, nie rozumie potrzeb syna, tylko projektuje na niego własne potrzeby. Zaspokaja je poprzez dziecko. To jest właśnie nadopiekuńczość i dlatego jest przemocowa.

Co leży u podłoża nadopiekuńczości w relacji: matka – syn?

Nieprzepracowane emocje matki. Ona nie wie, jakie emocje uruchamiają w niej ten proces. Najprostszy i nagminny przykład: dwulatek, który je śniadanie, oraz jego nadopiekuńcza matka, która go karmi. Bierze łyżeczkę i opowiada mu różne historyjki, żeby tylko otworzył buzię. Dziecko oczywiście nie chce tego zrobić, bo w zdrowy sposób przeciwstawia się uzależnianiu. Chciałoby zjeść samo. Matka denerwuje się i mówi: „Ja ciebie karmię, a ty jak się zachowujesz?”. Narzeka, jaka jest nieszczęśliwa.

Tak bardzo dba o swoje dziecko, a ono jest niegrzeczne. Tyle że co tak naprawdę robi matka? Co myśli? „Nie chce mi się sprzątać, bo lubię mieć porządek, więc nikt nie będzie mi robił bałaganu. Nie dam łyżeczki dziecku, od razu zrobi syf. Wygodniej jest mi je nakarmić”. No i o kogo tak naprawdę dba wtedy matka?

O siebie!

Oczywiście! Pod pozorem dbania o dziecko troszczy się o siebie. Dziecko jest w tej sytuacji intruzem, który robi bałagan. A ona sobie z tym nie radzi. Bo bałagan generuje w niej lęk. Ten z kolei złość. Dlatego właśnie musi sprzątać i oskarżać świat o to, że nikt jej w tym nie pomaga.

Jaka emocja leży najczęściej pod nadopiekuńczością matki? Lęk?

Bardzo często jest to niewyrażona złość. Na przykład na mężczyzn. „Nie pozwolę ci ode mnie odejść. Nie pozwolę ci się usamodzielnić. Nie nauczę cię tego”. Oczywiście to nie dzieje się tak, że matka postanawia sobie: „Jestem wkurwiona na facetów, w związku z tym okaleczę swojego syna”. Ta złość jest wyparta do podświadomości. leży pod spodem i uruchamia cały proces nadopiekuńczych zachowań matki. Wyraża się właśnie w ten pasywno-agresywny sposób.

Matki często skupiają się na tym, żeby syn osiągnął w życiu niezależność finansową. Uważają, że wtedy da sobie radę w życiu. Tyle że ważniejsza jest niezależność emocjonalna?

Dokładnie tak. Spokojnie można pracować w pierwszym lepszym sklepie i być niezależnym mężczy- zną. Chodzi mi o samodzielność. Matki powinny jak najszybciej zrobić swoim dzieciom przestrzeń na to, żeby się usamodzielniały. Dzisiaj jest cała masa lękowych rodziców, głównie matek, które swoją lękliwość przeszczepiają na dzieci. I te dzieci jako dorośli są pozbawione sprawczości. A w dodatku paradoks polega na tym, że synowie cierpią na tym najbardziej. Bo kobiety bardzo często wychowują ich według innego schematu niż córki.

Dla niektórych matek chłopcy z definicji są bardziej dysfunkcyjni. Traktują więc synów łagodniej niż córki. Uważają, że mogą nie poradzić sobie w życiu. Córki mają być dzielne i zahartowane. „Skoro ja sama wszystko ogarniam, ty, córko, masz być taka jak ja. Twój ojciec, synku, zostawił mnie emocjonal- nie lub odszedł, więc ja ciebie ze sobą zwiążę, będziesz moją protezą męskości”.

Czy w życiu mężczyzny ważna jest akceptacja jego męskości w oczach matki? Tak jak ważna jest akceptacja kobiecości córki w oczach ojca?

Tyle że matka nie jest w stanie sama zaakceptować męskości swojego syna. Bo żeby zaakceptować męskość, najpierw trzeba ją mieć. A kobieta nie jest dawcą męskości. Już tłumaczę.

Jeżeli matka nie akceptuje faktu, że ojciec z synem mają własny świat, to jednocześnie nie akceptuje męskości syna. Przykładowo widzi, że ojciec z synem wygłupiają się w lesie, a ona mówi: „Ty stary i głupi, wziąłeś syna do zimnej wody, zaraz się przeziębi, czego ty go uczysz?!”. To jest komunikat pod tytułem: „Synu, męskość jest chujowa, a twój ojciec jest baranem”.

Warto, żeby matki chwaliły ojców swoich dzieci? Po to, żeby kształtować pozytywny obraz męskości w ich oczach?

Młody chłopak zawsze patrzy na to, w jaki sposób matka reaguje na zachowanie jego ojca. Jeżeli powie: „Wiesz co, Zenek, ty to jesteś fajny gość. Super, że naprawiłeś ten kran lub zorganizowałeś wakacje” – tym samym daje znać, że akceptuje męskość ojca. A chłopiec przecież nie ma dostępu do innej męskości, nie ma żadnej alternatywy. Jeżeli zaś matka tylko krzyczy: „Zenek, czemuś tę szklankę znowu tu postawił?!”, to na czym ma się oprzeć jej syn, żeby budować swoją męskość?

A zobacz taki scenariusz: siedzą wszyscy w salonie i ojciec pyta syna: „Co tam słychać u Zosi?”. W tym momencie matka odpowiada: „U Zosi wszystko dobrze”. Co tu widzimy? że ojciec w ogóle nie ma przestrzeni na dialog z synem, ponieważ tę przestrzeń natychmiast wypełnia matka. Co powinien odpowiedzieć ojciec? „Teraz rozmawiam z synem. Proszę, nie przeszkadzaj nam”. Postawić granice, wciąć się w relację matka-syn. To nie jest tak, że trzeba od razu zabierać syna i wywozić go do Australii na cztery lata, jak się czasem dzieje. Należy już wcześniej nie pozwolić na to, by matka zmonopolizowała relacje z synem.

Czy od ojca mężczyzna również powinien się odciąć? A może wręcz przeciwnie?

Z ojcem syn musi wygrać. Co to znaczy? Wyjaśnię na przykładzie. Jest taki film „Gran Torino” Clinta Eastwooda, w którym mamy starszego mężczyznę i chłopca, którego ten traktuje niemalże jak syna. Chłopak jest nieszczęśliwy, pobili go koledzy, a do tego podoba mu się pewna dziewczyna, ale nie wie, jak zwrócić na siebie jej uwagę. Clint idzie wtedy na miasto, robi z tamtymi kolesiami porządek, po czym przychodzi do chłopaka, zaprasza go do garażu, ściąga płachtę i daje mu kluczyki do wymuskanego gran Torino. Mówi: „Jedź, zaproś ją do kina“. Chodzi o to, że ojciec oddaje synowi swój zasób. To jest ta wygrana męskość. Tyle że ojciec musi to zrobić niejako w darze dla syna. A nie syn zabrać ojcu.

Jacek Masłowski: filozof, coach, psychoterapeuta w Instytucie Psychoterapii Masculinum, współtwórca i prezes Fundacji Masculinum, współautor książek „Czasem czuły, czasem barbarzyńca“ i „Czasem święta, czasem ladacznica“ (premiera wiosną 2019 r.)

Źródło: majowy magazyn SENS, 2019

Obraz może zawierać: 1 osoba, uśmiecha się, tekst

 

Komentarze

komentarzy






Poprzedni artykuł
Miłość w czasach Tindera
Następny artykuł
Na południe od Kairu



Zobacz także

Mądrość czarnego rycerza
Mądrość czarnego rycerza
27 kwietnia 2019 
Przełomowy moment
Przełomowy moment
15 marca 2019 
Czego pragną mężczyźni?
Czego pragną mężczyźni?
14 lutego 2019 



Czytaj więcej
Miłość w czasach Tindera Debata: Miłość w czasach Tindera. Czy można być w kilku związkach jednocześnie? po filmie „Anders, ja i jego 23 inne...