Siłaczka w męskich butach

3 grudnia 2016 


z17855322idrmonika-borzym-wokalistka-jazzowa

Jak sama mówi, w życiu bywają momenty, kiedy pękamy, upadamy i nie potrafimy wstać. A jednak udało jej się przekuć życiowy kryzys w drogę do samoświadomości. O terapii i narodzinach kobiecości, których efektem jest jej najnowsza płyta „Back to the Garden”, z wokalistką Moniką Borzym rozmawia Martyna Harland.

Monika Borzym  ur. w 1990 roku polska wokalistka jazzowo-soulowa, stypendystka uczelni Frost school  of Music w Miami, przez kilka lat mieszkała z mężem w los Angeles. Autorka albumów „Girl talk” (2011) i „My place” (2013).  28 października 2016 roku ukazała się jej najnowsza płyta „Back to the Garden”, na której znalazły się jej interpretacje  utworów z repertuaru Joni Mitchell.


W wieku 15 lat wyjechałaś do Stanów Zjednoczonych.  Przeszłaś szybki kurs dorastania. Co dała ci Ameryka?  To tam postanowiłaś, że będziesz śpiewać?

Zawsze byłam charakterna i odstawałam od polskich rówieśników. Ameryka nauczyła mnie samodzielności i ugruntowała niezależność myśli. Dała możliwość bycia inną i poczucie, że to jest w porządku. Tam nikt nie definiuje siebie jako „innego”, po prostu każdy żyje po swojemu. Stany to kolebka jazzu, mogłabym tam spędzić następne 20 lat i wciąż nawet nie liznąć wszystkiego, ale wtedy zostałam wystawiona na skomasowany atak jazzu najwyższej próby. Co ciekawe, nie postrzega się tam jako czegoś nadętego, salonowego i pod garnitur. W amerykańskim podejściu do jazzu najważniejszy jest luz. Ta muzyka zrodziła się przecież jako krzyk o wolność, na ulicy, z brudu, heroiny i dymu.

Miałaś 20 lat, gdy wyszłaś za mąż za Makarego  Janowskiego. Szybki ślub i rozwód. Jak z tego wyszłaś?

Pomogła terapia, w Ameryce nikt się tego nie wstydzi. Poza tym jestem z „psychologicznego” domu, moja mama jest doktorem pedeutologii i choć nie pracuje w swoim zawodzie, to rozmowy o emocjach i ich zależnościach zawsze były u nas na porządku dziennym. Byłam osobą, która po każdym upadku na ziemię wstawała, otrzepywała się i szła dalej. Rozwód był pierwszym momentem, kiedy pękłam, upadłam i nie potrafiłam wstać. Depresja nie była znanym mi stanem. Organicznie jestem wesoła, zadaniowa. Nie umiałam się odnaleźć w tym cierpieniu. Dlatego stwierdziłam, że muszę iść na terapię.

Co było dla ciebie największym problemem w jej podjęciu? Wybór odpowiedniego terapeuty?

To nie było łatwe zadanie. Problemem było to, że wiem o psychologii dość sporo z domu, znam te mechanizmy. Dlatego długo szukałam osoby, która sobie ze mną poradzi i której ja dam się poprowadzić. Byłam u pięciu czy sześciu różnych „specjalistów”, traktujących mnie jak dziwny, ciekawy okaz. W końcu trafiłam na terapeutę, którego wybrała mi moja mama. Co ciekawe, o specjalizacji seksuologicznej. Przez pierwsze dwie sesje miałam mieszane uczucia. Pan o łagodnych rysach, uporczywie patrzący w przestrzeń, nieustannie robił notatki. Nie było między nami żadnej interakcji. Zostałam jednak, bo byłam tym trochę zaintrygowana. Na trzecim spotkaniu coś zaczęło się dziać. Na kolejnym dostałam obuchem w głowę. Dzięki kilku bardzo trafnym i trudnym pytaniom zaczęłam wreszcie analizować to, co powiedziałam na poprzednich sesjach. I o to mi chodziło. O mocny strzał. O dno, od którego będę mogła się odbić. Wiedziałam, po co tam poszłam i wytrzymałam do końca. Dziewięć miesięcy. Co tydzień.

Ludzie często rezygnują z terapii w momencie, gdy docierają do tego, co najbardziej niewygodne.

Ja na to czekam, lubię to. Wiem, czym jest terapia i po co w to wchodzę. Nie oczekuję masażu relaksacyjnego, miziania. Wolę nieprzyjemny masaż sportowy, który ma mnie naprawić. Chcę intensywnej walki między mną i terapeutą. Zadawania mi naprawdę niewygodnych pytań, z którymi faktycznie muszę się zmierzyć. Jestem na to gotowa. Oczywiście wiadomo, że nie każdemu człowiekowi można powiedzieć trudną prawdę na pierwszym czy drugim spotkaniu. Niektórzy potrzebują na to więcej czasu lub słabszych bodźców. Ja zdecydowanie wolę konkretnie dążyć do celu. Na swojego terapeutę krzyczałam, bluzgałam, wyzywałam go od najgorszych. Niektóre sesje w całości przepłakałam, inne były wręcz radosne. Przechodziłam różne fazy, totalną sinusoidę. A jak to wszystko się skończyło? Powiedział mi, że od jakiegoś czasu przychodzę na plotki. Dał sygnał, że już nie potrzebuję tych spotkań. Przynajmniej póki co.

Co dała ci terapia?

Samoświadomość tego, kim jestem i co mną kieruje. Dlaczego zachowuję się tak, a nie inaczej w danych sytuacjach. Dla mnie dowiedzieć się i zrozumieć, to znaczy poradzić sobie. Teraz zdaję sobie doskonale sprawę, dlaczego reaguję agresywnie na niektórych ludzi. Wiem, gdzie jest to ulokowane w mojej przeszłości. Na kim tak naprawdę się wyżywam. Dzięki temu potrafię nad tym zapanować. I myślę, że jest masa ludzi bardziej straumatyzowanych niż ja, ale jestem też przekonana, że prawie każdy człowiek miałby co robić na takiej terapii. To naprawdę piękna przygoda z samym sobą.

Twoja najnowsza płyta to efekt terapii? Mówisz, że stałaś się kobietą. Na czym polega ta przemiana?

Mam w sobie bardzo dużo męskiego pierwiastka. W dużym stopniu powodem mojego rozwodu było to, że przejmuję w relacji role męskie. W towarzystwie też lubię dominować. Z drugiej strony, jak wiele kobiet, chciałabym czasem poczuć się małą dziewczynką, kobietą zaopiekowaną. Mam takie pragnienie, ale w niewielu sytuacjach życiowych do tego dopuszczam. Sama wypełniam całą sferę, którą chciałabym, żeby ktoś wypełnił za mnie. Dużo czasu w terapii zajęło mi właśnie uświadomienie sobie tego faktu i próby kontaktu z moją kobiecością. Co ciekawe, muzycznie od zawsze wychodzi ze mnie subtelność i delikatność. Z kolei w życiu jestem jej totalnym przeciwieństwem. Zastanawiałam się, dlaczego coś, co nie dochodzi do głosu w moim życiu codziennym, tak organicznie wypływa w muzyce? Doszłam do tego, że mam na sobie  chłopacką skorupę. Żyję przekonaniem, że sama muszę sobie dać radę ze wszystkim. Szczelnie obudowałam swoją delikatną kobiecą warstwę, na wszelki wypadek, żeby nic nie mogło mnie zranić. Jednak ta skorupa rani mnie samą, bo nikomu nie pozwalam się przez nią przebić. Nawet samej sobie. Dlatego zaczęłam się dokopywać do tej kobiecości w środku i wyciągać ją na zewnątrz. Tę samą, która woła do mnie, kiedy śpiewam i nadaje mojemu życiu harmonię.

Co dzisiaj daje ci siłę? Słabość może być siłą?

Okazuje się, że ta moja świeżo dopuszczona do głosu wrażliwość bardzo utrudnia mi codzienne życie. Łatwiej być siłaczką w męskich butach i tylko śpiewać jak dziewczę. Im bardziej jestem w kontakcie z tą swoją kobiecością, tym bardziej czuję się obnażona i podatna na zranienia. Dochodzą do głosu kobiece emocje dotyczące moich potrzeb, jakieś lęki, myśli o dziecku, obawa, że zostanę sama. Ale wierzę, że to jest pozorna i chwilowa słabość, że to nowa sytuacja, nowe emocje, które muszę oswoić.

A co swojego odnalazłaś w tekstach kanadyjskiej piosenkarki Joni Mitchell, które śpiewasz na najnowszej płycie?

Najbardziej osobiste są jej pierwsze nagrania. A przede wszystkim płyta „Blue” z 1971 roku – i to były dla mnie najtrudniejsze piosenki. Bo jak można potraktować teksty Joni Mitchell jako swoje, wiedząc, że wyrwała sobie serce i nagrała jego bicie na płytę? Joni intensywnie zaczęła swoje życie, wcześnie wyszła za mąż, zaszła w ciążę. Z lęku oddała swoje dziecko do adopcji. Borykała się z emocjami, z którymi nie powinna się borykać młoda dziewczyna, bo nie jest na to psychicznie gotowa. Ja też wcześnie zaczęłam dorosłe życie, przeżyłam rzeczy, których nie powinnam może przeżyć. Nasze światy dziewczyńskich ideałów zderzyły się ze światem kobiecych realiów. I choć poobijane, obie wyszłyśmy z tej walki, zachowując w sobie najlepsze elementy tych światów, stojąc mocno na ziemi, ale z głową w chmurach. Ta płyta to taki symbol kobiecej siły. Siły w kobiecości.

Źródło: magazyn Sens, grudzień 2016 rok

15179128_1370249222987537_5457403709433252034_n

 

Komentarze

komentarzy











Czytaj więcej
Duże kino daje coś więcej niż emocję Czy w dobie przesytu sensacyjnymi newsami płynącymi z mediów potrzebujemy jeszcze terapii wstrząsowej w kinie? Gdzie...