Lech Majewski: Powoli znikamy

1 czerwca 2015 


Lech Majewski jest poetą, malarzem, prozaikiem, reżyserem. Należy do Gildii Reżyserów Amerykańskich i Europejskiej Akademii Filmowej. Reżyser filmów między innymi: Pokój saren, Wojaczek, Angelus, Ogród rozkoszy ziemskich, Młyn i krzyż. Na ekrany polskich kin właśnie wszedł jego najnowszy film – Onirica. Rozmawia Martyna Harland.


Martyna Harland: Przeżył Pan wypadek, w którym zginęły bliskie osoby. Ten sam motyw odnajdujemy w Pana najnowszym filmie „Onirica”.

Lech Majewski: Ta tragedia stała się jednym z najgłębszych doświadczeń mojego życia. Po roku oniemiałej żałoby odkryłem, że śmierć może być naszym rozmówcą, a nawet największym przyjacielem. Nie tylko dlatego, że śmierć może być dla nas wyzwoleniem. Voltaire mawiał: „gdy się rodzimy wszyscy się śmieją, a my płaczemy – gdy umieramy, to wszyscy płaczą, a my się śmiejemy”. Nie należy bać się śmierci, trzeba z nią rozmawiać. Większość z nas na samo słowo śmierć chowa się do najgłębszej jamy. A to nasz przyjaciel – jeśli mamy dokonać wyboru w swoim życiu, to nikt nam tak dobrze nie doradzi jak nasza własna śmierć.

Adam, główny bohater filmu, traci w wypadku samochodowym ukochaną i przyjaciela. W swoim cierpieniu zapada się w sobie, chce przespać tęsknotę, żal, złość na Boga… Jakby pochłania go ta ciemność cierpienia. Jego ciotka mówi: „Ciemność nie jest przeciwieństwem światła – jest jego kolebką. Dopiero w ciemności może narodzić się światło”. Nie ma Pan poczucia, że żyjemy w czasach, które chcą tylko światła, blasku?

Odbyłem ciekawą rozmowę podczas mojego wykładu na Harvardzie z profesorem filozofii. Mówiłem o symbolice światła, a on stwierdził, że rozdźwięk i osamotnienie naszych czasów rozpoczęło się w momencie, gdy człowiek ujarzmił światło. Wtedy, gdy stworzono elektryczność i oświetlono noc. Przez dziesiątki tysięcy lat żyliśmy w naturalnym rozdziale światła i ciemności, który ostatecznie zlikwidowaliśmy. Odwróciliśmy się od ciemności i przyjęliśmy wizję totalitarną – chcemy żyć tylko w świetle i radości, lecz to skazuje nas na nieuchronne wyjałowienie. W mitologii greckiej, w Biblii, w literaturze mistycznej światło symbolizuje świętość, boskość. Boskość, która może też oślepić i spalić, tak jak Semele, która spłonęła gdy spojrzała w oblicze Zeusa. Być może już oślepliśmy…

„Gdy modlę się, czuję niemoc. Jestem tylko ja, słyszę tylko mój głos, moją modlitwę, modlę się do siebie, każdy modli się do siebie” – mówi Adam. Podobną niemoc czuje dziś wiele osób, które na forach internetowych dzielą się poczuciem pustki duchowej. Skąd, Pana zdaniem, bierze się ta niemoc? Co jest jej źródłem?

Źródłem naszej niemocy jest przede wszystkim to, że przestaliśmy aktywnie żyć – staliśmy się pasywni, utknęliśmy w stanie oczekiwania. To choroba nieistnienia. Jedną z charakterystycznych cech współczesności jest to, że trudno nam samym potwierdzić nasze istnienie. Być może dlatego, że większość kontaktów, łącznie z seksualnymi, przeniosła się w świat wirtualny. Ta nieznośna lekkość bytu nabrała takich rozmiarów, że właściwie… zanikamy. Samobójczy akt pilota Germanwings to właśnie próba potwierdzenia swojego istnienia w ostatecznym wymiarze tragedii.

Główny bohater „Oniriki” pracuje na kasie w hipermarkecie Real. Jaki jest ten nasz dzisiejszy real – w jakiej rzeczywistości żyjemy? Konsumpcja do zaorania, tak jak w Pana filmie w sennej wizji?

To jedna z możliwych interpretacji tej sceny. Ma tyle znaczeń, że nie chciałbym jej jednak wkładać w jednostkową symbolikę.

Inspiracją w pracy nad scenariuszem była dla Pana „Boska komedia”. W jednym z wywiadów powiedział Pan, że aby zrozumieć współczesność i podzieloną posmoleńską Polskę, musiał Pan wziąć przewodnika sprzed 700 lat – Dantego. Dlaczego? Jaka, Pana zdaniem, jest ta posmoleńska Polska?

„Boska komedia” fascynowała mnie od dawna. Wreszcie nadszedł w moim życiu taki czas, że postanowiłem przeczytać ją bardzo dokładnie. Gdy dochodziłem już do końca lektury, był rok 2010, który zmaterializował wiele wizji Dantego. Powodzie w Polsce i w Europie Środkowej, katastrofa smoleńska, wielki wybuch islandzkiego wulkanu. Gdy przeglądałem materiały nakręcone przez operatorów telewizyjnych (w większości nie wyemitowane), to miałem przed oczami sceny iście dantejskie.

„Onirica” jest dla mnie filmem doznaniowym, który wprowadza w trans.

W zagranicznych recenzjach moich filmów, nieodłącznie padają dwa określenia: hypnotic i haunting – czyli filmy, które hipnotyzują i prześladują widza, podążają za nim – tak że trudno wyrzucić je z pamięci. Przypominają się w najmniej oczekiwanych momentach, a wtedy odnajdujemy dodatkowe treści i asocjacje. To buduje przestrzenne życie filmu. W swoich pracach rekonstruuję archaiczny, podprogowy język archetypów i symboli. To jest zdecydowanie film bardziej Jungowski niż Freudowski.

Można czytać go Jungiem. Treści nieświadomości przychodzą tylko w snach?

To jedna z inspiracji. Jung jest bardzo ważną postacią w naszej kulturze, szczególnie gdy poszukuje się źródeł komunikacyjnych między ludźmi.

Razem z Józefem Skrzekiem napisałem operę Pokój Saren, wspominam to jako duże wyzwanie. Gdy Wojciech Kilar usłyszał, że piszemy operę, wzdychał: „Lechu ja już jedenaście lat piszę koncert fortepianowy, a co dopiero opera”. To było trochę jak konstruowanie rakiety na księżyc w podwórku. Gdy opera powstała, krytycy niemieccy pisali, że otwiera okno na nowe millenium powracając do źródeł muzyki. Muzyka barokowa była muzyką popisu z kaskadami dźwięków – trochę jak pismo kaligraficzne; dziewiętnastowieczną muzykę cechował romantyzm, przemawiała do serca. Z kolei muzyka poważna XX wieku przeniosła się w sferę intelektu – niemal zupełnie odcinając się od odbiorców, pozostawiając tę sferę muzyce popularnej. A źródła muzyki to przecież duchowość i sakralność nawet w wydaniu dionizyjskim. Tymi tropami podążam również w moich filmach, czasami idąc pod prąd, ale idąc pod prąd dochodzi się do źródła.

Kino realistyczne traktuje człowieka tylko powierzchownie, behawiorystycznie. Rejestruje jego zachowania, gesty, urodę. A ja wierzę w głębię człowieka. W to, co ukryte i co nie znajduje ujścia. To wnętrze jest splotem wielu obrazów i emocji, które są tylko częściowo uświadomione i tak jak góra lodowa tylko w niewielkim stopniu ujawniają się na powierzchni.

Twarz Adama z „Oniriki” – ze szramą po wypadku, która wygląda trochę jak krakelura na starych obrazach – wzbudza ciekawość, co kryje się pod spodem, we wnętrzu.

Mnie interesuje penetrowanie człowieka w całości, a nie tylko tego, co widać na zewnątrz. Staram się filmować i wizualizować te aspekty, które żyją w nas „podskórnie”. Często mam wizje na jawie – stanowią materiał moich prac wizualnych. Nawet jeśli pojawiają się w mojej głowie obrazy absurdalne jak np. w moim najnowszym filmie, to nie oceniam ich i nie usiłuję sprowadzić do logiki przyczynowo-skutkowej. Bowiem akceptuję głębszą logikę, jaką jest logika paradoksalna.

Zachęca Pan widza do wycieczki w głąb siebie.

Tak, bo nieustannie uciekamy od siebie. Dziś sukces ma zapewniony ten, kto dostarcza ludziom formułę ucieczki od samych siebie. Na tym robi się największe pieniądze. Kino angażujące widza w różnego rodzaju gonitwy i pościgi sprawia, że przez półtorej godziny widz jest na wakacjach. Programy rozrywkowe zwalniają nas od bycia z sobą samym, a ja mam niewdzięczny cel, aby skierować uwagę człowieka na niego samego.

Łatwiej skierować ją przy pomocy języka symbolicznego?

Język symboliczny jest jedną z najważniejszych form przekazów. Nie ma czegoś takiego jak nowy człowiek, współczesny człowiek. Dla mnie to ciągle jest stary człowiek pokryty warstwami pokoleń. Mówiąc obrazowo: jesteśmy cienką powłoką, najbardziej zewnętrzną warstwą na dużej bryle. Duża część naszej tożsamości związana jest z archaicznym, symbolicznym odbiorem rzeczywistości. W ten sposób komunikuje się z nami owa „zwarstwiona” nieświadomość zbiorowa.

Na jednym z moich wykładów o ukrytym języku symboli na Uniwersytecie Canterbury w Nowej Zelandii jeden ze słuchaczy zapytał: „Po co to wszystko? W dzisiejszej kulturze już nie używamy symboli”. Zapytałem go wtedy, czy interesuje się sportem. Odpowiedział, że ogląda europejską piłkę nożną i bardzo cieszy go każda wygrana ulubionej drużyny. Wyjaśniłem mu, że pasjonuje się właśnie symbolem; przypisał mu swoje emocje. Przecież pojedynek 22. mężczyzn w krótkich majtkach biegających za kulą z syntetycznej skóry po prostokącie boiska, po to, by wtłoczyć kulę do mniejszego prostokąta bramki, to czysta symbolika. Na co dzień nie uświadamiamy sobie takich oczywistych konotacji. A przecież mężczyźni mają nawet problemy seksualne, gdy ich ulubiona drużyna przegrywa. Nieumiejętność czytania symboli sprawia, że stajemy się niewolnikami fałszywych wyobrażeń i emocji.

Powiedział Pan kiedyś, że czuje się Pan filmowym medium. Co to oznacza?

Brzmi niebezpiecznie, ale mam wrażenie, że zmarli przemawiają przeze mnie. Na pewno Hieronim Bosch, Dante Alighieri czy Pieter Bruegel przemówili do wielu ludzi poprzez moje prace.

Co jest Pana „wewnętrzną ojczyzną”?

Pewnego rodzaju powrót do bazy. Potem znów zaczyna się lot w inne wymiary i co jakiś czas trzeba wrócić. Władysław Tatarkiewicz wspominał o trzech aspektach niezbędnych do szczęścia. Jednym z nich jest przywiązanie do tradycji i kultury. Jestem drzewem, które wyrosło tutaj,w Polsce i ów wewnętrzny pejzaż będę już zawsze nosić w sobie.

Jeśli chodzi o inspiracje filmowe, literackie i malarskie, jestem na pewno bardziej włoski niż polski. Szanuję dokonania naszej kultury, ale nie są one dla mnie formatywne. Nie wywołują tego specyficznego drżenia. Zacząłem swoją przygodę z kinem dzięki „iskrze” jaka przeskoczyła pomiędzy mną a „Burzą”, obrazem Giorgiona, oraz sceną w parku w filmie „Powiększenie” Antonioniego. Ważna dla mnie była również fascynacja Fellinim, Buzzatim czy Dantem.

W tym sensie jestem twórcą europejskim, bo poruszam nie tylko tematy narodowe. Jednocześnie podchodzę do tego zawsze z bagażem polskości.

Polskości, czyli?

Życia w charakterystyczny „rozkroku”. Jesteśmy ludźmi z pogranicza, stoimy jedną nogą na Wschodzie, a drugą na Zachodzie. Wschodnia w nas jest akceptacja faktu bycia niewolnikami, pokorne zginanie karku przez kilkaset lat nieistnienia Polski na mapie! Proszę sobie wyobrazić w tej sytuacji Francuzów, Włochów czy Hiszpanów. Ale najważniejszą naszą cechą wschodnią jest duchowość, to nasz szczególny ekwipunek – bogatszy niż u sąsiadów z Zachodu. Zachodnie w nas jest kombinowanie i nastawienie materialistyczne. Wie Pani, które miejsce zajmują etniczni Polacy pod względem bogactwa w Stanach Zjednoczonych? Trzecie miejsce. Świetnie dajemy sobie radę. Polacy są bardzo zaradni… To wszystko być może dzięki tym dwóm wymieszanym w naszych duszach i nieustannie walczącym ze sobą „armiom” – pokornej, wschodniej duchowości i zachodniemu materializmowi.

maxresdefault

Specjalne wydanie jubileuszowe „Najlepszych rozmów 20-lecia” Charaktery Extra 01/2017 oraz Charaktery, nr 6/221 czerwiec 2015r

Cały numer online: http://sklep.charaktery.eu/charaktery-extra-01-2017.html

large_Charaktery-EXTRA-2017-01-okladkaMajewski

Komentarze

komentarzy









Zobacz także




Czytaj więcej
Wino, głodówka i seks. Rozmowa z prof. Jerzym Vetulanim i film "Optymistki" Starzejesz się tak, jak żyjesz - mówi słynny neurobiolog i jeden z założycieli Piwnicy pod Baranami Jerzy Vetulani....