Nieświęta rodzina

21 grudnia 2017 


Trudno wyobrazić sobie Boże Narodzenie bez kina familijnego, nawet jeśli rodzinna atmosfera odbiega od tej, jaką znamy z opowieści o Kevinie. O tym, że święta są pretekstem do ujawnienia konfliktów nie tylko w życiu, ale i w kinie – z Grażyną Torbicką rozmawia psycholożka Martyna Harland.


Jaki obraz rodziny widzimy w „Cichej nocy” Piotra Domalewskiego, laureacie tegorocznych Złotych Lwów?

To rodzina, która ma dużo dobrych chęci. Niestety uwarunkowania zewnętrzne wpływają bardzo mocno na to, że kolejne pokolenia nie mogą rozwinąć skrzydeł. Jeśli spojrzymy na nich z boku, to w większości zobaczymy naprawdę dobrych ludzi. Chcą dla siebie i swoich dzieci jak najlepiej. Nie można nawet powiedzieć, że nie próbowali. Jednak mimo starań zarówno pokoleniu ojców, jak i pokoleniu synów po prostu nie wyszło. Dlaczego? Czy ktoś jest tu winien? To pytanie, na które szukamy odpowiedzi, ilekroć oglądamy filmy opowiadające o problemach rodzinnych.

Główny bohater, pracujący za granicą Adam, w wigilię Bożego Narodzenia trafia do domu krewnych na polskiej prowincji. W tej rodzinie to mężczyźni wyjeżdżają za granicę, żeby utrzymać rodzinę, ale to kobiety scalają ją w całość. Typowo polski podział ról?

Typowo polski, a może też typowo ludzki. To zawsze jednak kobieta dąży do tego, żeby scalać krewnych. Tak dzieje się w każdej rodzinie, jeśli jest w niej miłość. A w rodzinie z „Cichej nocy” niewątpliwe miłość jest. Ojciec, grany przez Arkadiusza Jakubika, z tej miłości przysięga swojej żonie – Matce Teresie – że do komunii nie sięgnie po butelkę, i stara się tego słowa dotrzymać.

Pod kątem artystycznym to jest bardzo dobry film, jednak mnie nie poruszył. Kiedy idę do kina, chciałabym utożsamić się z bohaterami albo zobaczyć inny świat, który mnie wciągnie, a tutaj tego zabrakło.

To, jak odbieramy dany film, często zależy od naszego nastroju albo momentu, w którym akurat jesteśmy w życiu. Czasem potrzebujemy spojrzeć na czyjąś relację, żeby zrozumieć swoje aktualne problemy. Może jesteś w zupełnie innym miejscu i momencie życia niż bohaterowie tego filmu. Masz czteromiesięcznego synka Leona, który dostarcza ci innych wrażeń i być może dlatego tamten świat mniej cię dotknął. Na pewno są w „Cichej nocy” silne echa kina Wojciecha Smarzowskiego, co było podkreślane przez krytyków. Smarzowski w „Weselu” pokazał portret ekstremalny rodziny, tutaj tego ekstremum nie mamy, od pewnego momentu finał konfliktu miedzy braćmi jest przewidywalny. Być może to powoduje, że ten obraz nie jest dla nas takim mocnym uderzeniem, ale w swojej prostocie „Cicha noc” może stanowić dla wielu widzów głębokie i poruszające przeżycie. To świetnie zagrany film. W głównej roli widzimy niezawodnego Dawida Ogrodnika. Z kolei Arek Jakubik – mimo, że znów gra ojca – to tak jakby grał go po raz pierwszy. Nie wiem, jak on to robi!

A który wątek przemówił do ciebie najbardziej?

W „Cichej nocy” najcenniejsze dla mnie jest to, że to film bardzo polski, pokazujący naszą rzeczywistość. To Polska prowincjonalna, małe miasteczko, które ma swój urok, ale ma też swoje ograniczenia. Warto zobaczyć ten film, żeby zwrócić uwagę na to, jak wiele w Polsce się zmieniło od momentu, kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej. Inaczej patrzymy na swoje obejście, inaczej sadzimy swój ogródek koło domu, bo widzimy jak żyją inni. Miasteczek takich jak w „Cichej nocy” jest dziś coraz mniej, młodsze pokolenia inaczej myślą o swojej przyszłości. W warstwie fabularnej „Cicha noc” nie mówi w zasadzie niczego nowego – to, że członkowie rodziny nie zawsze się dogadują, pokazuje historia kina na przestrzeni dekad. Tegoroczny festiwal filmowy w Gdyni zaprezentował, jak różne mogą być te „portrety rodzinne we wnętrzu” – by posłużyć się tytułem znakomitego filmu Luchina Viscontiego. Dziś kino europejskie bardzo blisko przygląda się rodzinie i relacjom mąż–żona, ojciec–syn, matka–dziecko czy brat–siostra. Nie bez przyczyny. W końcu to, jak wyglądają nasze relacje w rodzinie, ma przełożenie na nasze stosunki społeczne.

Jak wyglądają te relacje rodzinne w polskim kinie?

Jeśliby się tak nad tym głębiej zastanowić, to trudno znaleźć film, który pokazywałby pozytywnie rodzinę w polskim kinie. Zastanawiałam się nad tym i myślę, że wśród polskich filmów ostatnich lat najbardziej optymistycznym jest „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego.

Portret Beksińskich wydaje ci się najbardziej pozytywnym obrazem rodziny w polskim kinie ostatnich lat?!

Oczywiście znamy historię rodziny Beksińskich. Ma ona w sobie wiele mroku: samobójstwo Tomka, śmierć Zofii, potem zabójstwo Zdzisława. Jednak zobacz, jak oni się tam kochają: ojciec, syn i matka. Każde z nich było indywidualnością, jednak starali się nawzajem zrozumieć. Kochali się, więc próbowali dotrzeć do potrzeb i oczekiwań reszty. Troska Beksińskich o syna była przecież fantastyczna. Przy całej jego nadpobudliwości i scenach szału, w który wpadał, rozmawiali ze sobą z ogromnym spokojem. Przynajmniej próbowali dowiedzieć się, czemu syn się tak buntuje.

Świetnie pokazuje to scena, gdy rodzice rozmawiają z Tomkiem, który wszedł do zamkniętego pudła”, całkowicie się od nich odsunął.

W tym filmie jest wiele pięknych scen. Pokazują rodzinę, w której każdy siebie nawzajem szanował. To widać też w decyji o nieoddaniu do szpitala ani do domu opieki umierającej matki Zdzisława, pamiętasz? Opiekują się nią sami, mimo że jest im przecież bardzo ciężko. Zostaje z nimi do końca.

Zastanawiałam się nad tym, jaki obraz rodziny w kinie poruszył mnie najmocniej, i chyba wskazałbym przede wszyskim na „Festen” Thomasa Vinterberga.

„Festen” to dla mnie arcydzieło, film wybitny pod każdym względem. Vinterberg pokazał rodzinę, która do momentu 60. urodzin ojca wydaje się zupełnie normalna, a jednak okazuje się patologiczna. To pozornie cudowna i szczęśliwa rodzina, w której wszyscy osiągają sukcesy, a tak naprawdę podskórnie czekają tylko na moment, który rozsadzi ją od środka, żeby wszystko, co złe i skrywane wreszcie wyszło na jaw. Oni są niewolnikami własnej rodziny. Zupełnie inaczej niż w „Ostatniej rodzinie”, gdzie każdy ma wolność i ta wolność. Rodzina Beksińskich wydaje się nienormalna, ale wcale nie jest patologiczna.

Szczęśliwa rodzina jest dla kina w ogóle ciekawa? Może ten temat potrzebuje dramatu?

Kino w ogóle potrzebuje dramatu! Przykładem takiej kroniki rodzinnej pokazanej w krzywym zwierciadle, z poczuciem humoru są na przykład Tenenbaumowie w filmie „Genialny klan” Wesa Andersona. Jeśli więc udaje się już osiągnąć szczęście rodzinne, to zazwyczaj w formie komediowej. Najciekawsze jest jednak, że w polskim kinie w większości przypadków święta są okazją do ujawnienia mrocznych stron i konfliktów w rodzinie. „Cicha noc” też dzieje się przy wigilijnym stole…

Wszyscy powinni być zadowoleni. A nie są…

Rodzina z „Cichej nocy” ma w sobie duże pokłady wrażliwości. Pokazuje to najlepsza scena w filmie, kiedy mała dziewczynka zaczyna grać na skrzypcach. Trochę fałszuje, ale jej gra staje się miodem na serca wszystkich i scala ich w jedno. Każdy z nas łaknie spotkania z kimś, kto ma marzenia, a jeszcze nie ma rozczarowań. Każdy chciałby pozostać w takim stanie.

Ciekawą relację w rodzinie pokazuje dokument „Ojciec i syn” Marcela i Pawła Łozińskich?

Każdy z nich stworzył swój własny film z jednej wspólnej wyprawy. Pokazują nam dwie, zupełnie odmienne optyki jednego wydarzenia. Tworzenia filmu na tkance własnej rodziny w swoich dokumenatch podjął się również Marcin Koszałka, na przykład w „Takiego pięknego syna urodziłam”. Podziwiam ich, bo sama nie byłabym zdolna do publicznego spojrzenia na własną rodzinę w formie dokumentalnej. To duże ryzyko. Co innego fabuła, gdzie zawsze można się schować za fikcją.

Dlaczego reżyserzy pokazują nam własną rodzinę? Kamera jest dla nich terapeutą?

Próbują znaleźć w tej kamerze sprzymierzeńca. Jednak w przypadku Marcela i Pawła Łozińskich kamera nie stała się ani sprzymierzeńcem, ani terapeutą. Spojrzenie z dystansu spowodowało, że ich relacja jeszcze bardziej się pogorszyła.

Jaki polski obraz o rodzinie jest dla ciebie najbardziej filmoterapeutyczny?

W zależności od tego, w jakim momencie swojego życia jesteś i jaki masz bagaż doświadczeń, pewne filmy powracają albo inaczej je oglądasz. Na mnie mocno działa film „33 sceny z życia” Małgosi Szumowskiej. To przecież także film o rodzinie, a postać głównej bohaterki jest świetnie skonstruowana. Młoda kobieta, artystka, ma masę planów, a życie przynosi jej same nieszczęścia: najpierw umiera jej pies, potem odchodzi jej ciężko chora na raka matka i w końcu też i ojciec. Jej małżeństwo się rozpada, nie ma najlepszych relacji z bratem, a jednak musi jakoś sobie z tym poradzić, bo na tym polega życie. Odchodzenie jest jego częścią, ale zdajemy sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy nas to bezpośrednio dotknie. Wcześniej nie jesteśmy w stanie. A jednak ten film – prawdopodobnie przez to że wyrasta z bardzo osobistych doświadczeń autorki – jest bardzo prawdziwy i naturalny. I to działa, bardzo działa!

Źródło: Sens, grudzień 2017

Komentarze

komentarzy






Poprzedni artykuł
Dlaczego oglądamy kryminały?
Następny artykuł
Trzeba żyć inaczej





Czytaj więcej
Dlaczego oglądamy kryminały? Zmęczeni newsami o wojnach i wypadkach, przełączamy kanał telewizyjny na... serial, w którym nie brak brutalności i przemocy....