Nieobecni rodzice

24 grudnia 2019 


Brytyjczyk Ken Loach od lat skupia się na peryferiach społeczeństwa, jednak jego obserwacje są uniwersalne. Czego uczy najnowszy film tego reżysera – zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.


Nasze filmoterapeutyczne rozmowy rozpoczęłyśmy dokładnie trzy lata temu od filmu „Ja, Daniel Blake” Kena Loacha. Wtedy podobało mi się to, że główny bohater walczy o siebie i swoje prawa, a ty zwróciłas uwagę na ludzi, którzy są bardziej wrażliwi, słabsi lub chorzy i potrzebują pomocy. Dziś wracamy do Loacha, bo w jego najnowszym filmie „Nie ma nas w domu” znów mamy taką sytuację.

I jak zawsze u tego reżysera, trudno winić bohaterów za to, w jakiej sytuacji się znaleźli. Przecież nie można powiedzieć, że to z powodu lenistwa. Oni chcą coś zrobić, tyle że zazwyczaj już na starcie nie mają wielu możliwości ani siły przebicia. Są uzależnieni od systemu społecznego. Rodzina z dwójką dzieci, z którą spotykamy się w tym filmie, jest bardzo trudnej sytuacji finansowej. Rodzice ledwo wiążą koniec z końcem. Jednak głównemu bohaterowi wydaje się, że jeśli weźmie sprawy w swoje ręce: zainwestuje w nowy samochód i zostanie kurierem, zyska niezależność i polepszy byt swojej rodziny. Pracodawca przekonuje Ricky’ego, że będzie mógł decydować o czasie pracy i wreszcie stanie się panem swojego losu.

Gdy tylko widzę tę scenę w filmie, zaczynam się martwić. Czuję, że to nie będzie takie proste.

Jednak Ricky nie ma nikogo, kto mógłby go przestrzec. Być może jego żona ma trochę obaw, ale chce wierzyć, że ich życie się odmieni na lepsze. Jednak oboje wpadają w pułapkę niekończącej się pracy. Do ich ciągłej nieobecności nawiązuje właśnie tytuł „Nie ma ich w domu”. Ricky i Abbie pracują od świtu do nocy, nie mają czasu dla swoich dzieci, nie rozmawiają z nimi a jedynie udzielają instrukcji przez telefon: „odrób lekcje” czy „wyjmij obiad z lodówki”. Chcieli zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość, a tracą z nimi kontakt, rodzina rozpada się na naszych oczach.

Mężczyzna zakłada własny biznes i pracuje ponad siły. Jednak syn Seba, który dzięki decyzji ojca, na mieć lepsze życie, nie docenia jego wysiłków, a żona wyrzuca Ricky’emu, że nie było go, gdy rodzina go potrzebowała. Nie da się tego nijak pogodzić…

Bo to niemożliwe do pogodzenia… Czy naprawdę lepiej byłoby, gdyby Ricky stał się bezrobotny ale przychodził na wszystkie wywiadówki syna? Nie sądzę, przecież ta rodzina nie ma za co żyć. To sytuacja „być albo nie być”, a nie uciekanie w pracę, co robi dziś wiele osób pod pretekstem troski o rodzinę.

A jaka powinna być twoim zdaniem rola pracy w życiu?

Oboje z mężem mamy to szczęście, że robimy to, co lubimy, co daje nam głównie bodźce pozytywne. Ale generalnie praca jest dla mnie elementem rozwoju, sposobem poznawania świata i bardzo trudno byłoby mi z niej zrezygnować. Nawet kiedy jestem zmęczona, to jednocześnie praca daje mi siłę, zyskuję dzięki niej nowe pokłady wewnętrznej energii.

Dla kogo ten film może być najbardziej terapeutyczny: pracodawców, zapracowanych rodziców? Komu byś go pokazała?

Życie we współczesnym świecie wymaga od nas biegu sprintem, a jednocześnie niezwykłej czujności na drugiego człowieka. Jednak nie sposób być bez przerwy empatycznym wobec bliskich: każdy z nas ma przecież gorszy dzień, źle się czuje, ma problemy w pracy. Dlatego powinniśmy zadbać także o siebie, bo tylko dzięki temu jesteśmy w stanie dbać innych. Bohaterowi tego brakuje i w tym sensie ten film może być terapeutyczny dla wszystkich osób, które znalazły się w podobnej sytuacji i nie widzą z niej wyjścia. Może dawać widzom poczucie, że nie są osamotnieni.

A ja znalazłam tu pozytywne przesłanie, jak choćby podczas rozmowy Seby z policjantem, który mówi: „słuchaj, młody najważniejsze, co masz, to rodzina, która się tobą interesuje”. Czy takie, że pomimo ciężkiej sytuacji Ricky i Abbie trzymają się razem, nie wylewają na siebie frustracji.

Tak, Ricky i Abbie naprawdę chcą, żeby w ich życiu było lepiej. Starają się ze wszystkich sił. Muszą ciężko pracować, jednak potrafią rozmawiać i wspierać się nawzajem. Tego możemy się od nich uczyć. Podobnie jak druga przytoczona przez ciebie scena w prosty sposób przypomina nam, jak ważne jest, być żyć w pełni świadomie, bo czasem wystarczy jedna chwila, bo kogoś skrzywdzić. Podziwiam Ken Loacha za to, z jaką konsekwencją przygląda się ludziom pokrzywdzonym przez los. Bierze ich pod swoje skrzydła, żeby pokazać nam widzom.

Grażyna Torbicka: dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2

Martyna Harland: autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2

Źródło: grudniowy Magazyn SENS, 2019.

Komentarze

komentarzy









Zobacz także

Co ci sprawia przyjemność?
Co ci sprawia przyjemność?
13 lutego 2020 
One mają głos
One mają głos
13 lutego 2020 
Na emigracji wewnętrznej
Na emigracji wewnętrznej
16 stycznia 2020 



Czytaj więcej
Terapeutyczna rola symbolu URSZULA NAWROT: autorka filmu „Umbra”, reżyserka, scenarzystka i aktorka, od lat zajmująca się tematyką traumy. Film...