Nadal mało wiemy o chorych psychicznie. Rozmowa ze scenarzystą filmu „Lęk Wysokości”

1 kwietnia 2012 


Ze swojej strony próbowałem w tym filmie wyrazić prostą i chyba niepopularną myśl, że nadal bardzo mało wiemy o chorobach psychicznych. O tym, co to są za problemy, a także o tym, że leczenie psychiatryczne, przynajmniej w przypadku schizofrenii, nie jest nadal wystarczająco skuteczną formą terapii. Zapraszam na rozmowę z Piotrem Borkowskim, scenarzystą w najnowszym filmie „Lęk Wysokości”, którego premiera w Polsce już 20 kwietnia.


Martyna Harland: Czy scenarzysta musi mierzyć się ze stereotypami, dotyczącymi choroby psychicznej i jak do nich podchodzi?

Z “Lękiem wysokości” to była dość skomplikowana historia. Część filmu poukładał sam Bartek Konopka, który jest tu współscenarzystą i reżyserem. Dał tu elementy swojego życia. Nie musieliśmy więc robić całej biografii bohaterów, bo korzystaliśmy częściowo z jego wspomnień i przemyśleń. Poza tym to jest też bliski mi temat, bo spędziłem dużo czasu z osobami z problemami psychicznymi. Studio Munka, producent filmu, chciało, żeby to był film psychologiczny. I tak jest, chociaż w specyficzny sposób. Dla mnie od strony psychologicznej jest to film najbardziej inspirowany Psychologią Procesu Arnolda Mindella, szczególnie jego komentarzami o pracy ze śniącym ciałem w związkach. Możliwe, że “Lęk wysokości” mógłby być jakimś wprowadzeniem do tej psychologii i że ta teoria psychologiczna może być dodatkowym kluczem do wyjaśnienia filmu. Nie działa tu psychoanaliza Freuda, według której niemal wszystko, co się dzieje w naszym życiu aktualnie, jest spowodowane dzieciństwem, czy pewnymi nieświadomymi kompleksami. Nasz film raczej opowiada, że wspomnienia są częścią teraźniejszości, że współtworzą proces, który się dalej toczy. Są tu też inne elementy Psychologii Procesu, np. holistyczne podejście do komunikacji. To że sny, marzenia, wspomnienia i obecne zachowania, odpowiadają sobie i komunikują te same wiadomości. Jest też podstawowe stwierdzenie, że życie jest procesem, który idzie w swoją stronę, a to co możemy zrobić to nauczyć się płynąć razem z nim, że to jest wartość naszego działania. Wszystko to jest niezgodne z formatem kina hollywoodzkiego.

Co to miała być za historia – trudnej relacji ojca i syna, lęku przed życiem?

Kto to wie? Bartek Konopka (reżyser filmu) chciał opowiedzieć o swoim ojcu. Jego historia jest rodzinną opowieścią. Zaczynał od potrzeby zrehabilitowania tym filmem swojego ojca. Nie eksponując przy tym siebie. To ostatnie okazało się bardzo trudne, dlatego moim wyzwaniem było między innymi powołanie do życia głównego bohatera, Tomka, jego świata i spojrzenia. Co skomplikowało film i jego związek z oryginalną historią.

Jak byś określił współpracę scenarzysty z reżyserem – scenarzysta operuje słowem, a reżyser obrazem?

Jest różnie. To zależy od współpracy – od scenarzysty i reżysera. Może ogólnie można powiedzieć, że rolą reżysera pracującego wraz ze scenarzystą jest przede wszystkim przejawianie chęci i woli zrobienia filmu, a po drugie dawanie obrazów, czyli scen, sytuacji, emocjonalnie naładowanych fragmentów. Rolą scenarzysty jest połączenie tych obrazów, wykończenie czy rozwinięcie sekwencji i nadawanie im spójnego znaczenia i emocjonalnego wydźwięku. Może być też tak, że, jest jakiś temat, reżyser chce spróbować, więc scenarzysta proponuje mu różne rozwiązania. Aż znajdzie się takie, które odpowiada obydwu stronom. Przy „Lęku wysokości” dużo też rozmawialiśmy: o Bartku, jego życiu, o psychologii, psychiatrii, kinie… Rozmawialiśmy też z wieloma innymi życzliwymi filmowi osobami.

Czy przy tego rodzaju tematyce przeprowadza się konsultacje z psychologiem specjalistą?

Ja nie miałem wtedy czasu na staranie się o to, ale proponowałem, żeby Bartek poprosił studio o takiego specjalistę, do czego jednak nie doszło. To nie jest konieczne, ale wydaje mi się, że konsultacje z psychologiem przy pracy nad takim filmem mogłyby pomóc.

W filmie widać stereotypowe podejście do choroby psychicznej. Myślę o scenie, kiedy główny bohater grany przez Marcina Dorocińskiego, odwiedza swojego ojca w szpitalu psychiatrycznym i mówi mu, że jest tam tylko dla darmowego jedzenia, z lenistwa. To przypomina reakcję w stylu “nie przesadzaj”.

Tak. To jest taki standard na początek filmu, wstęp do problemu. Myślałem, że gdybyśmy pokazali od razu taką rodzinę i ich codzienne życie, byłoby to autystyczne dla widza. Wiadomo, że, szczególnie po latach, wyrabiają się specyficzne zachowania, które są akceptowane przez rodzinę chorego. Takie zachowania mogą działać w specyficzny sposób, pomagać chorym, ale mogą być niezrozumiałe dla osób postronnych. Np. dlaczego w danej sytuacji osoba bliska nie pomogła choremu. Zdecydowaliśmy się, żeby dać większą szansę widzowi i żeby wszedł w historię razem z głównym bohaterem. Dlatego na początku pokazujemy typową reakcję – dlaczego ten chory człowiek nie może iść do pracy? Aha, pewnie nie chce mu się pracować. Pokazujemy także inne stereotypowe założenia; ojciec przecież nie może się tak nagle zmienić. Inteligentny, oczytany mężczyzna, takim osobom nie powinna się zdarzyć tego rodzaju choroba. Więc raczej jest dalej sprytny i inteligentny, tylko udaje chorego… Ze swojej strony próbowałem w tym filmie wyrazić prostą i chyba niepopularną myśl, że my nadal bardzo mało wiemy o chorobach psychicznych. O tym, co to są za problemy, a także o tym, że leczenie psychiatryczne, przynajmniej w przypadku schizofrenii, nie jest nadal wystarczająco skuteczną formą terapii.

Pokazaliście to w filmie…

I to, mam nadzieję, bez złośliwości. Spotkałem w wielu dobrych lekarzy-psychiatrów. Ale moim zdaniem taka jest dziś diagnoza sytemu. Szpitale głównie interweniują. Są często po to, żeby osobę podleczyć i wypuścić. Szczególnie w tej rzeczywistości prowincjonalnej, gdzie często nadal oprócz leczenia farmakologicznego proponuje się ludziom opiekę nisko skuteczną jak np. szpitalne zajęcia grupowe, które dla osób najbardziej wykształconych i inteligentnych często nie są rozwiązaniem. Z całym zrozumieniem dla tego systemu i jego trudności, chcieliśmy pokazać jak to wygląda. Lekarze mogą być życzliwi, mieć dobre chęci, ale to co mówi w filmie postać lekarki granej przez Annę Dymną – „my próbujemy go leczyć”, jest chyba kwintesencją tej sytuacji. Widziałem statystyki, które mówiły, że 1/3 schizofreników nie chce się leczyć, czyli 60% się leczy, a tylko połowie z nich pomagają leki psychiatryczne. Czyli jednemu na dwóch można pomóc. Nie można więc być jeszcze zachwyconym skutecznością leczenia. Poza tym leczymy takie osoby farmakologicznie, nie znając nadal dokładnie przyczyn choroby. Mówi się tu najczęściej o oddziaływaniu bardzo wielu czynników z różnych obszarów. Jednocześnie pojawiają się też zupełnie niepsychiatryczne koncepcje, na przykład, że schizofrenię powoduje niewyleczony atak wirusa w dzieciństwie, który uszkadza pewne struktury mózgu i dopiero po kilkudziesięciu latach daje o sobie znać. Czytałem o badaniach mających wskazywać, że wiele schorzeń psychicznych to po prostu pozostałości po chorobie fizycznej w dzieciństwie. Ktoś mógł przejść ostro zapalenie wirusowe, czy grypę, co gdzieś w mózgu zrobiło mały defekt, który po 20 latach się ujawnia i…

Ciekawe!

Nie wiem, czy tak jest. Zwracam tylko uwagę na przepaść między prostym nazwaniem kogoś wariatem, a różnorodnością badań na ten temat i brakiem jasnych odpowiedzi. Samo diagnozowanie schizofrenii może nadal trwać dziesięć lat. Z drugiej strony jak się popatrzy na historię osób, które obecnie nazywamy chorymi psychicznie, to widać, że jest to też od wieków pewna mniejszościowa grupa, w wielu kulturach dyskryminowana przez społeczeństwo. Sytuacja takich osób poprawia się z pokolenia na pokolenie, kiedyś byli uważani za opętanych, byli zabijani i potępiani, potem byli odsuwani poza nawias społeczeństwa, a teraz są uważani po prostu za chorych. Tylko gdzie jest powiedziane, że w ogóle istnieje jakaś norma psychiczna, poza którą nie można wyjść, bo tam już na pewno zaczyna się choroba? Jeżeli akceptujemy istnienie mniejszości seksualnych…

Dopiero zaczynamy.

I uważamy coraz częściej, że powinno dać się im pewne prawa, a przynajmniej nie piętnować ich… Nawet modne się stało studiowanie kulturowo wykształconych obrazów płci. A może osoby, które leczymy psychiatrycznie, też często po prostu funkcjonują psychicznie w specyficzny, nietypowy sposób? Widać zresztą, że poziom tolerancji wobec zaburzeń psychicznych zmienił się w ciągu ostatnich dwudziestu lat. W psychiatrii odchodzi się od określeń typu „choroba psychiczna” i definicji zaburzeń za pomocą listy objawów. Poziom zaburzeń psychicznych mierzy się teraz w większym stopniu tym, czy dana osoba funkcjonuje dobrze społecznie. Należy pomoc wtedy, kiedy ma z tym kłopoty. Pracując nad „Lękiem wysokości” czytałem na przykład blogi schizofreników, gdzie widać, że wielu z nich bardzo lubi swój stan schizofrenii. Przeżywają w tym czasie rzeczy dla nich wartościowe. Większość mistyków i duża część poetów w historii była oskarżana o tę chorobę. O części z nich pisze się też, że przezwyciężyli schizofrenię, a więc pokonali ją bez leczenia farmakologicznego, co też jest tu znaczącym faktem. Najczęściej jednak takie zaburzenia prowokują autodestrukcję chorego i chaos w jego relacjach z najbliższymi.

Według mnie “Lęk Wysokości” jest wzruszającym filmem i mimo ciężkiego tematu choroby psychicznej, jest lekki w odbiorze dla widza.

Mam nadzieje, że część ludzi reaguje w ten sposób, że to co pokazujemy będzie w pewien sposób rozbrajać. Chcieliśmy, żeby widzowie mieli okazję poczuć ludzki wymiar tego problemu. Ja mam sentyment do osób z tego rodzaju zaburzeniami, szanuję w nich to, że naprawdę poważnie przeżywają świat, że to jest dla nich miejsce nieustannej gry na śmierć i życie. Wielu z nich przeżywa też swoje problemy na sposób duchowy. Zdarzają się np. psychozy depresyjne, które często mają właśnie podłoże religijne. To wszystko jest jakby poza zwykłym światem Zachodu w XXI wieku, gdzie najlepiej mieć dobrze płatną pracę i parę gadżetów, gdzie wszystko wydaje się relatywne. Część niezrozumienia wynika pewnie właśnie z tego powodu, że dla takich osób istnieją bardzo indywidualne i bardzo zasadniczo traktowane priorytety. W “Lęku wysokości” jest też zawarta opowieść buddyjska, którą wiele lat temu usłyszałem na jakimś spotkaniu z japońskim mistrzem zen. Spytałem go wtedy o uczucie strachu. Odpowiedział, że po pierwsze jest to czysto biologiczna reakcja (rośliny też się boją), a potem opowiedział historię ze snem, którą w „Lęku wysokości” ojciec opowiada synowi. W oryginalnej historii to do tego mistrza przychodził pewien człowiek, który miał często powracający sen, że przed czymś ucieka. Mistrz mu wtedy poradził, żeby się w tym śnie spróbował odwrócić. To trwało z siedem lat, w końcu udało się i ten człowiek zobaczył, że za nim jest pustka, że tam nikogo nie ma.. Więc ja usłyszałem tę opowieść jako autentyczną historię, chociaż nie wiem, czy faktycznie jest prawdziwa.

Co dla Ciebie jest najważniejsze w tym filmie?

Nie ogląda się go jak kina hollywoodzkiego. Ale ważne, że mimo trudnego tematu, nie jest to moim zdaniem film, który próbuje zniszczyć widza. Wręcz odwrotnie, próbuje go budować i mam nadzieje, że wiele osób może mieć satysfakcję, że ten film zobaczyło. Opowiada przede wszystkim o emocjach, zarówno prostych, jak i bardziej skomplikowanych. Widzieliśmy na widowni dużo osób, które były po projekcji w specyficzny sposób wzruszone. Wydawało się, że po pokazie ludzie czuli się lepsi, więksi. Słyszałem też opinie, że jest to taki film, po którym chce się zadzwonić do rodziców. Mam wrażenie, że ma trochę działanie terapeutyczne, bo wzbudza chęć do nawiązywania bliskich relacji. W “Lęku wysokości” jest taki moment oczyszczenia, po którym chce się spojrzeć na swoich bliskich jak na ludzi. To jest moje marzenie, żeby ten film tak właśnie działał. Jednocześnie, to, co pokazujemy, nie jest chyba najbardziej popularnym spojrzeniem na problem opieki nad chorymi psychicznie. Nie każdy wie, że w takiej sytuacji najczęściej musi się pojawić jedna osoba, która stanie się opiekunem. Ktoś, kto weźmie w pełni odpowiedzialność za chorego człowieka. To jest zobowiązanie, niemal wyrok. W “Lęku wysokości” pokazujemy sytuację bohatera, który dopiero zaczyna, wybiera swoją ścieżkę, jeszcze może odejść. Powstają wtedy pytania, jak pogodzić życie osobiste (posiadanie domu, dzieci) z odpowiedzialnością za chorego. To jest długa droga. Wydaje mi się, że nie mamy teraz mocnych norm, konwencji zachowania, wobec osób z problemami psychicznymi. Nasze zasady społeczne nie przewidują, jak się zachować w takich sytuacjach. Takie osoby często funkcjonują same, są w stanie same mieszkać, mają przez dłuższy okres czasu dobre momenty, jednak nigdy nie wiadomo, kiedy im się pogorszy oraz na ile trzeba być dyspozycyjnym. Są opiekunowie, którzy poświęcają całe swoje życie choremu, inni mówią, że to przesada. Często powstaje pytanie, kiedy właściwie mamy tu do czynienia z altruizmem, a kiedy z egoizmem. Może pomagając choremu, uciekamy od innych spraw, od własnych problemów, od podejmowania w tym czasie swoich wyzwań? Po jednym z pokazów „Lęku wysokości” odezwała się osoba niepełnosprawna (m.in. z wyraźną wadą wymowy). Zupełnie nie przejmowała się swoją ułomnością. Podziękowała nam za ten film w imieniu osób niepełnosprawnych.

Kiedy premiera?

Miałem takie małe marzenie, żeby „Lęk Wysokości” był w kinach w Walentynki. Jako taka alternatywna wersja komedii romantycznych, które widz na pewno odnajdzie w tym czasie w kinach. „Lęk wysokości” to jest również film rodzinny, o miłości, tyle, że o miłości specyficznej, do osoby, która wydaje się niewdzięcznym obiektem do kochania (chory psychicznie rodzic). Jaką takie uczucie ma wartość? Ale oczywiście o faktycznym terminie premiery filmu zdecyduje dystrybutor.

kwiecień 2012 wywiad opublikowany na stronie www.kinoterapia.pl

Komentarze

komentarzy











Czytaj więcej
Aleksytymia, czyli analfabetyzm emocjonalny a odbiór filmu. Jest różnica między filmami Woody’ ego Allena czy Bergmana, a serialami pokazywanymi w polskiej telewizji. Ludzie którzy...