Miłość przez mur

12 lipca 2018 


„Zimna wojna” przyniosła Pawłowi Pawlikowskiego nagrodę za reżyserię w Cannes. Czy historia Zuli i Wiktora to opowieść o miłości, która pada ofiarą wielkiej polityki, czy o niedojrzałości do związku, zastanawiają się filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.


Martyna Harland: Poprzedni film Pawła Pawlikowskiego „Ida” mnie nie poruszył. Tym razem poczułam się zupełnie inaczej. „Zimna wojna” to zupełnie inny rodzaj opowieści.

Grażyna Torbicka: Obserwujemy tu związek, który zaczyna się od zauroczenia i pociągu seksualnego. Wiktor, dojrzały mężczyzna, patrzy na Zulę, jakby dosłownie chciał ją zjeść. Dziewczyna od razu wpada mu w oko i nic więcej go nie obchodzi. Potem rodzi się między nimi toksyczna relacja: z jednej strony, nie mogą bez siebie żyć, z drugiej, nie potrafią być razem.

Film dostał na festiwalu w Cannes nagrodę za reżyserię, przy uzasadnianiu nagrody użyto określenia sublime i ten film jest właśnie wysublimowany, ale nie zimny. Pawlikowski, który używa bardzo artystycznego języka, zrobił emocjonalne kino dla każdego. Ten film zadedykował swoim rodzicom. Podobno od zawsze była w nim chęć opowiedzenia historii miłosnej, inspirowanej ich losami. To dla nas ważna informacja, skoro rozmawiamy o filmach w kontekście terapii.

Zula i Wiktor nie potrafią stworzyć udanego związku, ale przede wszystkim nie potrafią żyć, nie wiedzą, czego właściwie od życia chcą.

Oni potrafią żyć. To jest również film o tym, że niestety tryby historii i systemów uniemożliwiają czasem związek dwojga osób. W tle obserwujemy wydarzenia z okresu zimnej wojny w Polsce, Berlinie, Jugosławii i Paryżu. Wiktor wiedział, że w Polsce nie ma szansy na normalne życie, więc postanowił uciec. Zula czuła się tu pewnie, znała każdy zakręt, miała też zespół „Mazurek”, w którym tańczyła i śpiewała. A nie wiedziała, czy na emigracji da sobie radę, bez języka, bez zawodu, bez niczego. Wiktor był w nieco innej sytuacji: jako dyrygent, kompozytor, muzyk – wiedział, że w Paryżu na pewno znajdzie jakieś zajęcie.

W filmie jest scena, gdy Zula spotyka się z Wiktorem po latach. Postanawia zostać z Paryżu, uczy się języka. Chcąc załatwić Zuli pracę, Wiktor mówi, że śpiewała i tańczyła dla Stalina. Zachód łaknął takich sensacji. Jednak Zula była kobietą, która wolała iść własną drogą. Mimo że dużo ją to kosztowało, bo to nie była prosta droga.

Zwróciłaś uwagę przede wszystkim na czynniki zewnętrzne, ja widzę głównie to, że oboje nie dorośli do bycia w związku.

Akurat w tym filmie czynniki zewnętrzne mają ogromne znaczenie. Bo nie można rozpatrywać ich związku w oderwaniu od czasu, w którym się zrodził. Nieraz mówi się, że najważniejsze w życiu to, żeby mieć szczęście i znaleźć się w dobrym miejscu i właściwym momencie. Zula i Wiktor nie mieli szansy na to, żeby ten związek się udał. Mogli jedynie nie zdradzić swojej miłości. I nie zdradzili jej.

Zula nie uciekła z Wiktorem, bo jak twierdzi „czuła się gorsza” . Po to, żeby być szczęśliwą w związku, najpierw powinna pokochać siebie?

Czuła się gorsza, być może dlatego, że była kobietą, że nie znała języka. Nie umiała wiele, wszystkiego nauczyła się w zespole. Została do niego przyjęta jako amatorka obdarzona głosem i poczuciem rytmu. Bez zespołu byłaby skazana na biedę. Nie miała rodziny, która mogłaby ją wesprzeć.

Gdyby Zula miała poczucie własnej wartości, to mogłaby wyjechać wtedy z Wiktorem?

A ja myślę, że należy ją podziwiać za to, że jednak odważyła się na to, by radzić sobie w życiu bez Wiktora. Nie chciała być całkowicie uzależniona od mężczyzny. Kochała go, ale myślała, że on zostanie w Polsce, dla niej.

Czy ten związek mógł się udać?

Spójrz na to w inny sposób: ten związek się udał. W tym sensie, że jak się okazało w finale, Zula i Wiktor byli sobie przeznaczeni. To jako opowieść o Romeo i Julii, prawdziwe love story. Czy nie każdy z nas chciałby przeżyć w życiu taką miłość?

Dla mnie to nie była miłość, tylko pociąg seksualny.

Zula i Wiktor nie tylko żyją w czasach zimnej wojny, ale prowadzą własną zimną wojnę. Oboje chcą osiągnąć coś w życiu, jednocześnie potrzebują siebie i robią sobie na złość. Prowadzą różne damsko- męskie gierki. Każde z nich chce być niezależne, ale niestety w tamtych czasach było to niemożliwe. Bardzo ważne jest, aby pamiętać, że przy wszystkich strasznych rzeczach, które przynoszą totalitaryzmy, istnieje wiele nieszczęść niezdefiniowanych. To zbrodnie, które system odciska na duszy i sercu, tak było w przypadku Zuli i Wiktora. Według mnie Wiktor w niektórych sytuacjach pełnił rolę ojca Zuli. Jako jedyny nie chciał jej wykorzystać.

Wykorzystanie to chyba słowo klucz. Zula być może była wykorzystywana seksualnie przez ojca. Takie kobiety często odtwarzają w swoim życiu schemat traumy związanej z molestowanej. Zaprzeczają swojej kobiecości, chowają ją w sobie. Albo odwrotnie – nadmiernie eksponują swoją kobiecość, angażują się w wiele przypadkowych związków seksualnych. Być może Zula nie potrafi się od tego uwolnić?

Gdy Zula opowiadała o swoim ojcu, nie wiemy, co mu właściwie zrobiła, gdy „pomylił ją z matką”. Czy dlatego Zula nie potrafi teraz stworzyć udanego związku? Być może właśnie przez to brakuje jej pewności, że może do końca zaufać Wiktorowi. Ale też poczucia bezpieczeństwa, że da sobie radę w innym, obcym świecie.

Według mnie niedojrzałość emocjonalna Zuli i Wiktora polega na tym, że oni ze sobą nie rozmawiali.

A o czym mieli rozmawiać? O pogodzie i zakupach? Kochali sztukę, kochali muzykę. Tym właśnie żyli. Kolejne rozdziały z życia Zuli i Wiktora scala w tym filmie muzyka. Dla mnie muzyka jest jednym z bohaterów tego filmu, przez nią reżyser opowiada historię. Kiedyś były plastikowe pocztówki dźwiękowe z nagraniem, które nawiązywało do obrazków z pocztówki. Ten film jest jak taka pocztówka. Wspaniałym pomysłem był powtarzający się motyw utworu „Dwa serduszka, cztery oczy”, mistrzowsko poprowadzony przez Marcina Maseckiego zwłaszcza w momentach improwizacji. Mocno poruszyła mnie scena w Paryżu, kiedy Wiktor siedzi przy fortepianie i jest zdruzgotany. Wszyscy obecni w tym klubie jazzowym, muzycy i publiczność milkną. Czują, że dzieje się coś prawdziwego i głębokiego emocjonalnie. W czasach stalinizmu jazz by w Polsce synonimem wolności, pozwalał improwizować, łamać zasady. Dla Wiktora to była możliwość wypowiedzenia się w sposób nieograniczony, bez kontroli i autocenzury.

Bardziej uciekali od prawdziwego życia w kulturę i sztukę. Podobnie jak Pawlikowski, który często mówił o tym w wywiadach.

A co jest tym prawdziwym życiem? Jeśli ktoś ma talent do sztuki i w związku z tym zajmuje się twórczością, to jest jego życie.

Podczas sceny tańca na barze Zula zaczyna uwodzić innych mężczyzn. Zamiast porozmawiać wprost z Wiktorem, pozwala się porwać pędowi autodestrukcji.

Są kobiety, które są wampami. Zula była właśnie taką kobietą. Wiedziała, że Wiktor ją kocha i potrzebuje jej, a ona nieustannie z nim igrała. Mam zresztą wrażenie, że igrała ze wszystkim.

Może właśnie ta zwierzęcość Zuli uniemożliwiała im stworzenie szczęśliwego związku?

To był związek mocno toksyczny, w którym partnerzy potrzebują siebie nawzajem, a jednocześnie niszą się, gdy są razem. Na tym właśnie polega sens opowiadania historii Zuli i Wiktora.

Udany związek to nie jest związek idealny, ale związek dojrzały. Tylko, że w takim związku trzeba ze sobą rozmawiać. Mówić o swoich potrzebach. Stawiać granice i artykułować swoje potrzeby. Nie grać w damsko-męskie gierki.

Jak oni mieli stawiać sobie nawzajem granice i mówić o własnych potrzebach, jeśli Zula była w Polsce, a Wiktor na emigracji?

Ale jeśli już się spotykali, to też niewiele się ze sobą komunikowali, po prostu szli ze sobą do łóżka…

Mówisz, że nie rozmawiali, ale przecież nie zawsze trzeba dużo mówić. Łączyła ich muzyka, w ten sposób wyrażali wszystko, czego nie chcieli lub nie potrafili wyrazić słowami. „Dwa serduszka, cztery oczy”… A przecież seksualność jest nieodłączną częścią życia. Miłość i związek to nie serduszko narysowane na szkle, tylko związek dwóch ciał. Zula i Wiktor potrzebowali siebie nawzajem niemalże instynktownie.

Widzisz, postrzegam to zupełnie inaczej. Miłość to nie instynkt, nagły poryw ciała i serca, a raczej świadoma decyzja. Zula i Wiktor nie zadecydowali, że chcą być razem w związku.

Ja z kolei widzę to tak: miłość to instynkt, a decyzję podejmuje się w urzędzie stanu cywilnego.


Grażyna Torbicka: dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2

Martyna Harland: autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2


Źródło: magazyn Sens, lipiec 2018 rok

Zdjęcie użytkownika SENS psychologia dla ciebie.

Komentarze

komentarzy









Zobacz także

Zawstydzająco bezwstydni
Zawstydzająco bezwstydni
15 listopada 2018 
Premierowy pokaz „Sofii”
Premierowy pokaz „Sofii”
15 listopada 2018 
Filmoterapia dla nauczycieli
Filmoterapia dla nauczycieli
15 listopada 2018 



Czytaj więcej
Film na receptę: „Coco” Dzięki filmom możemy odczuwać całą gamę emocji i rozmawiać o nich, co w dziejszych pełnych pośpiechu czasach jest...