Marek Kondrat: Mam poczucie, że w Polsce temat miłości jest nam obcy

3 marca 2016 


Ministerstwo Kultury w Iranie zakazało właśnie publikowania w książkach jakichkolwiek informacji o winie. Ma to chronić przed atakiem kulturowym Zachodu. A wino pochodzi przecież ze Wschodu.

Marek Kondrat: Wino zdecydowanie pochodzi ze Wschodu. To właśnie na Zakaukaziu, gdzieś w okolicach dzisiejszej Armenii czy Gruzji, odnaleziono pierwsze ślady przechowywania wina. W Egipcie uzyskało status napoju sfer wyższych, dzięki Fenicjanom i ich handlowi w basenie Morza Śródziemnego dotarło do Grecji (około 750 roku przed naszą erą), gdzie zyskało ogromną popularność. Miejscem najczęstszej konsumpcji wina były sympozja – wyłącznie męski posiady, podczas których politykowano i wymieniano myśli. Prawdziwy rozwój winiarstwa nastąpił jednak dopiero w czasach Cesarstwa Rzymskiego. Wszystkie znane nam dziś z uprawy win terytoria europejskie: Rioja, Bordeaux, Burgundia, Langwedocja, Alzacja, Dolina Loary, Ren i Mozela, mają rzymskie pochodzenie. Powodem tego jest nie tylko podbój tych ziem, ale też przemiana legionistów w winogrodników i producentów wina. Wino to cywilizacja. Tworzy bezpieczny i powtarzalny ogląd świata. Jednak Iran ma swoją religię, w której alkohol jest czystym złem. Wczesne średniowiecze lokuje uprawy wina jedynie przy klasztorach, do obrzędów religijnych i zgodnie z zasadą: tylko jeden pije, a reszta śpiewa. Świat wchodzi w nowy wiek, a nasi rodacy piją tylko butelkę wina rocznie. Tymczasem Urugwajczyk wypija około trzydziestu litrów.

Zresztą jak patrzę dzisiaj na Polskę dochodzę do wniosku, że nie mam o niej zielonego pojęcia. Plusem dzisiejszych rozdań politycznych i społecznych jest to, że możemy bystrzej i dokładniej przyjrzeć się tej wielkiej mapie zwanej Polską. Miast w naszym kraju mamy niewiele. W związku z tym, nie mamy też mieszczaństwa. Istnieje garstka ludzi, która cokolwiek rozumie i łączy fakty. Myśli o życiu w jakiś sposób. Tacy ludzie podróżują i interesują się, jak wygląda życie innych ludzi. Do czegoś się mierzą.

Do czego się mierzą, do Zachodu? Niektórzy robią w tył zwrot.

Jeżeli Pani mówi, że Polska do czegoś zmierza lub od czegoś się odwraca, to mam wątpliwości, bo nie kojarzę dzisiejszego wyboru Polaków z całą Polską. Optuje za tym, aby nie utożsamiać Polaków z partią rządzącą. Oczywiście większość poszła i wybrała, nikt nie ma co do tego wątpliwości. Tyle, że to nie jest cala Polska. Widać to na marszach Komitetu Obrony Demokracji, gdzie na ogół są dojrzali ludzie, którzy protestują przeciwko zawłaszczaniu państwa przez jedną opcję polityczną. To są ludzie doświadczeni przeszłością, wiedzą czym grozi zabór pewnych elementów wolności. Ich ambicje i oczekiwania skierowane są właśnie na Zachód. Zadecydowali o tym w największym liczebnie głosowaniu, czyli w referendum za Europą Zachodnią. Rządzący stawiają dzisiaj ten akces przynależności pod znakiem zapytania. Stawiane są też wykrzykniki, które mówią o ocaleniu duszy polskiej. Cokolwiek by to znaczyło.

Wykrzykniki o ocaleniu duszy polskiej dotyczą między innymi szkodliwego wpływu Zachodu.

Nie bardzo wiem o co w tym chodzi, a przecież jestem stąd. Czy to oznacza, że mam duszę nie polską? To miejsce w którym się urodzili, które ma swój zapach, swoje przeżycie i wrażliwość. W Polsce jesteśmy w rozkroku między Wschodem i Zachodem. Zawsze tak było i to stanowi nasz problem. Chociaż to dla nas niesłychana okazja. Pogranicze daje nam przecież ogromne szanse.

Można czerpać z wielu źródeł ale trudniej wtedy o tożsamość. Jest się kimś przez małe „k”. Kimś pomiędzy.

Tożsamość to jest rzecz wymyślona. Tego potrzebują naukowcy, żeby coś określać albo politycy, którzy nagle przyczepiają się do jakiejś świadomości czy przynależności. To są rzeczy abstrakcyjne. Między nami mówiąc uważam, że jesteśmy przede wszystkim gatunkiem ludzkim, który został sztucznie przydzielony do jakiegoś miejsca. To dorastanie w kulturze, w języku, przysposabia nas do konkretnego miejsca. Uczy nas tego miejsca. Natomiast nie ogranicza w żaden sposób. Żyję w Polsce, płacę podatki i tu mam również pewne oczekiwania. Jeżeli wychodzę przeczytać preambułę, to znaczy że nie zgadzam się z tym, że ktoś mi odbiera, to na co pracowało parę pokoleń. Na to, żeby kraj był wolny, sensowny i mądrze rządzony. Nie przyssałem się do koryta, od dziesięcioleci jestem kompletnie niezależny od państwa.

Mówię o ojczyźnie, którą wyznacza nasza wrażliwość, język, kultura i nasza historia. Ta ostatnia stanowi niestety niesłychane pole do nadużyć. Jeżeli zestawimy w tej chwili wszystkich walczących na całym świecie, którzy w imię przynależności do ojczyzny chcą się o nią bić lub jej bronić – to stajemy na krawędzi straszliwej wojny. Idea wspólnej Europy została stworzona po dwóch największych kataklizmach XX wieku – I i II wojnie światowej. Urodziłem się pięć lat po wojnie i całe moje życie jest nią naznaczone. Mimo tego, że nie wziąłem w niej udziału. Nie ma też w mojej rodzinie bezpośrednich strat związanych z wojną. Jednak całe moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem następstw wojennych. Muranów zniszczony aż po Powązki, całe getto zrównane z ziemią. Muranów to był mój pierwszy dom. Pamięć tego pozostaje, w nozdrzach i w oczach. Dlatego dla mnie, idea wspólnej Europy jest ponad wszystko. To że już siedemdziesiąt lat nie płynie krew w Europie, jest ewenementem w dziejach historii.

PiS się zużył. Nie wierzę w rzeczywisty konflikt Polaków i podział Polski. Nie wierzę ani w lewą, ani w prawą stronę. To nic nie oznacza. Tak mówił Pan w grudniu 2012 roku.

Rzeczywistość zaskoczyła wszystkich. Jestem jednak spokojny, dlatego że ustrój w którym się znaleźliśmy 26 lat temu ma silne piętno. Wywiera wpływ na nasze zachowanie, na gospodarkę, na to w jaki sposób jesteśmy od niej zależni. Tego się nie da zmienić. Władza postępuje dzisiaj ryzykownie, jeżeli chodzi o gospodarkę i dowolnie jeżeli chodzi o prawo. Jednak nadal jest pod pręgierzem i to własnym, tutaj w kraju, bo ludzie w Polsce są odważni. Wychodzą spontanicznie na ulice i mówią nie. Za mojej młodości nie było to możliwe, kiedy podobna partia czyli Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, w podobny sposób narzucała swoją wolę. Wtedy bunt był tłumiony fizycznie. Ta rzekoma większość robotniczo chłopska miała „racje absolutną”, wygraną zaraz po wojnie. To była kompletna degradacja II Rzeczpospolitej. Nie wspominając już o przyjaźni zapisanej w Konstytucji ze Związkiem Radzieckim, który stanowił fundament obrony tych racji.

Ma Pani racje, że w stosunku do tego wywiadu, na który się Pani powołuje, nie sądziłem że będę się jeszcze zajmował polityką, wychodząc na mównicę czy znajdując się w gronie protestujących. Na pewno nieubłagane są prawa, które powstrzymają ten rozpęd. Tym aktywniejszy i silniejszy, że to dopiero początek rządów. Na początku władza mości się, czyli ustawia prawo w taki sposób, żeby być zabezpieczonym na przyszłość. Potem będzie nas głaskać i pieścić, a nawet powie „no może tutaj faktycznie trochę się pomyliliśmy”. Problem w tym, że ludzie nie korzystają z pamięci i wiedzy. Nie łączą ze sobą faktów.

Nie wierzę w hasło popularyzujące Polskę w naskórkowy sposób, przy pomocy flag i okrzyków „Polski walczącej”. To poszukiwanie podmiotowości w organizmie europejskim, który jest przecież stworzony bez etykiet. Wspólna Europa polega na tym, żeby troszkę ze swojej osobliwości zrezygnować, żeby własną flagą nie machać na przedzie, ale żeby zdecydować się na pewne ustępstwa wobec siebie, by korzystać także z przywilejów.

Jak w małżeństwie ale przypominam liczba zawieranych małżeństw maleje.

Taki jest ten pomysł na Europę. Nie tylko gospodarczy, to nie jest dawna Europejska Wspólnota Gospodarcza. Nie chodzi tylko o wspólną walutę i wymianę towarów. Tutaj mamy silną idee wspólnotową. Idee obrony przed światem, o którym dzisiaj niewiele wiemy. W polskich dziennikach nie widzę informacji o Iranie, od którego Pani zaczęła naszą rozmowę, ani o Chinach, Indiach czy o tym, jak wygląda ekspansja Wschodu na świat. Nie wiemy jak wygląda inny człowiek, ponieważ po naszej ziemi chodzą biali ludzie, tacy sami jak my. W ogóle nie rozróżniamy inności, a boimy się jej jak diabeł święconej wody. Wszędzie w sąsiedztwie, od Pragi po Berlin, już o Paryżu i Londynie nie wspominając, są mieszane społeczeństwa. Warto zdać sobie sprawę z tego, że mamy nie tylko restauracje chińską czy włoską. Mamy oryginalnych ludzi, którzy te kuchnie tworzą.

Jest tylko jedna racja i ja. Moja racja jest mojsza. Polak z Polakiem ma trudności, co dopiero dogadać się z innymi.

Nie ma co się dogadywać.

To co robić, oswajać się? A co jeśli Ci inni, jak w „Dniu Świra”, chcą nas pozabijać za pomocą broni masowego rażenia – skarpetek z obcisłą gumką.

Dalej się oswajać. Tylko, że my Polacy przyzwyczajeni jesteśmy do wielkich haustów powietrza. 26 lat w temperaturze 36,6 sprawiło, że Polak odleciał z nudów i znowu zaczyna rewolucję. Tymczasem trzeba oddychać normalnie. Trzeba żyć, po prostu normalnie żyć. Podróżować, zajmować się swoją pracą, adaptować innych wokół siebie. Pomysł „Polska dla Polaków” jest śmieszny. Świat jest ogromny i złożony w większości z ludzi, którzy wyglądają zupełnie inaczej niż my. Dlatego musimy zdawać sobie sprawę z peryferyjności tego rodzaju myśli i zachowań.

Jest takie powiedzenie o trawniku, trzeba go tylko kosić i podlewać. Jakieś trzysta lat i będzie piękny.

A my jesteśmy wystrachani i nieoswojeni. Bardzo szybko wpięliśmy się na pewien poziom i żądamy, żeby było tak samo jak w Anglii czy Francji. Tylko, że Zachód miał swoje problemy wtedy, kiedy nas praktycznie nie było. Te procesy są bardzo długie. Demokracja trwa setki lat i nastręczała bardzo poważne trudności. Ameryka z apartheidu wyzwoliła się przecież dopiero w latach 60., czyli za mojego życia.

Winem nie da się ugasić cierpienia. Ono raczej wyraża radość, a nam dzisiaj trudno ją w sobie wykrzesać. Jak tę destrukcyjną siłę przekuć w coś pozytywnego?

Mam poczucie szczególnych utalentowań Polaków do radzenia sobie w ciężkich sytuacjach. Tylko, że przerzuca nam się to na stronę podziemną. Doskonale organizujemy się dopiero wtedy, gdy trzeba się przeciwko czemuś zjednoczyć.

Bunt to pierwsza droga do samoświadomości. Tak twierdzi psycholog Jacek Santorski w najnowszej książce „Polska na kozetce”.

Nauka wolności jest długim procesem. W moim środowisku artystycznym wolność objawiła niemoc twórczą. Jak tworzyć, gdy nie ma przeciwnika? Gdy do wyrażenia myśli, nie trzeba już używać słów zastępczych? Jak to mówić do widza wprost? Ludziom nagle opadły ręce. O czym mówić, jak już nie jesteśmy uciemiężeni. O miłości? A dlaczego nie. Na świecie mówi się o miłości, to jest piękny temat. Ale my bez wybuchów, bez powstań, nie bardzo umiemy mówić o miłości.

Miłość najczęściej jest nieszczęśliwa. Jest oczekiwaniem. Może miłość w ogóle zawiera się w samym oczekiwaniu. Spełnienie ma urok ale jest przemijające. Natomiast napięcie wynikające z oczekiwania jest najciekawsze. Gonić króliczka jest zawsze najfajniej. Mówię o samym przedmiocie, o twórczości. Mam poczucie, że w Polsce temat miłości jest obcy. Nie jest u nas zadomowiony.

Tu mnie Pan zaskoczył. Dlaczego w Polsce temat miłości miałby być nam obcy?

Tak! Bo my ciągle walczymy. Tak jak Pani zaczęła naszą rozmowę od tego, co z tą Polską. Wszyscy mamy tę Polskę na grzbiecie.

Polska, to zestaw ludzi, z których każdy niesie ze sobą coś intymnego, a objawia coś jeszcze innego. Dlatego, że spotkanie ze sobą nie jest łatwe i wymaga środków aktorskich. Kontakt międzyludzki po to, żeby był szczery i uproszczony, wymaga czasu i poznania siebie nawzajem.

Chodzi o przyjrzenie się sobie? Krzew winny żyje mniej więcej tyle, ile przeciętnie życie człowieka, a w jego połowie wydaje najlepsze owoce.

Samoświadomość u każdego człowieka związana jest z czym innym. Moje życie ma swoją specyfikę, tak jak każdego z nas. Ja całe życie wyzwalam się z pewnej części siebie. Nie do końca udolnie, bo to siedzi we mnie bardzo głęboko. Mówię o wpływie poprzedniego zawodu.

Największy grzech aktora to grzech zajmowania się sobą?

O tak. Grzech zajmowania się głównie sobą i patrzenia na cały świat przez pryzmat siebie. W tym zawodzie jest ciągła konfrontacja z widzem. Aktor posługuje się cudzym tekstem ale na świat dalej patrzy własnymi oczami. Po to, żeby być przekonującym dla widza, musi przepuścić wszystko przez siebie. Przez własny organizm. Ten brak odległości fizycznej do przedmiotu tworzonego, jest największym problemem. Wtedy sami dla siebie jesteśmy tym przedmiotem tworzenia. Musimy się wymodelować – wewnętrznie i zewnętrznie. Krótko mówiąc, za dużo uwagi poświęcamy sobie.

Praca nad sobą może być rozwojowa. Kto ma tyle czasu na kontakt ze sobą, co aktor.

Gdyby tak było upust z tej świadomości, czyli twórczość z niej wynikająca, nie byłaby tak konfrontacyjna. My aktorzy musimy to potem w sposób niesłychanie spektakularny oddać. Ten spektakularny sposób, to jest właśnie konfrontacja z widzem. Potem trzeba jeszcze zasłużyć u widza na oklaski, mówiąc banalnie. Oczywiście są jeszcze dziesiątki innych rzeczy temu towarzyszące – powodzenie, sukces czy rozpoznawalność. Wie Pani, żeby sobie z tym wszystkim poradzić i zachować minimum, które ma sens, trzeba wyjątkowego sita wewnętrznego. Po to, żeby oddzielić to co wartościowe, od tego co pozorne i naskórkowe. Ten zawód ma swoje uroki ale ma też niesłychane zagrożenia. Aktor bardzo często ma na sobie kostium ale potem musi go zdjąć i być wśród ludzi. Nie wspominając o bliskich i zwykłym funkcjonowaniu na co dzień. Kiedyś aktorzy nie obrastali rodzinami. Przemieszczali się ciągle na wozach. To zresztą dzisiaj ulubiony temat prawicowych dziennikarzy. Twierdzą, że gdy aktor wypowiada się własnym głosem, to zawsze wychodzi z tego dramat. W ten sposób nas deprecjonują.

Sam Pan twierdzi, że bycie aktorem to jedynie fizyczność – miny i gesty. Koterski, gdy proponował Panu rolę do filmu „Dzień Świra”, nie pytał o przemyślenia na temat tekstu. Zapytał o to, czy pali Pan papierosy i zdejmie obrączkę na planie.

A ja mu wtedy odpowiedziałem, że papierosy mogę palić ale czosnku to na przykład nie lubię. To jest cała prawda o tym, w jaki sposób reżyser patrzy na aktora. W przypadku Koterskiego mamy do czynienia ze sztuką, nie utworem publicystycznym, który opowiada nasze życie bez cudzysłowu. W filmie „Dzień Świra” mamy wyraźny cudzysłów. Nawet bardzo głęboki, dlatego że działają na nas podświadome środki, jak trzynastozgłoskowiec zawarty w tym utworze. Trzynastozgłoskowiec wyraża fizyczność czy fizjologię narodową. Istnieje teoria, że serce bije nam dokładnie w tym rytmie. Średniówka przychodzi właśnie w miejscu, gdzie bierzemy oddech – po sześciu czy siedmiu sylabach. Mój bohater mówi trzynastozgłoskowcem, co prawda nie rymowanym ale jest on niesłuchanie zrytmizowany. To jest relacja z romantyzmem. Romantyzm to baza, o której Koterski mówi z pełną świadomością. My Polacy jesteśmy wzięci z romantyzmu. Wszystkie aktualne uniesienia i romantyczne porywy są z nim związane. Sam czasem o nich myślę. Dzisiaj na przykład, studiując siebie samego myślę o tym, czy dzisiejszy „Kordian” lub dzisiejsze „Dziady” mają jakiś sens?

Zemsta na wroga?

Właśnie. Jak z trzeciej części „Dziadów”. Zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem a choćby i mimo Boga. To wszystko jest silnie złączone z naszymi dziejami, z naszą świadomością. Ewoluuje jednak w stronę racjonalizmu zachodniego. Literatura romantyczna to niestety masa, tam nie ma jednostki. Aktualnie idziemy w stronę życia, które drażni ludzi mających dzisiaj poczucie utraty polskiej duszy. Prof. Andrzej Nowak wzywa do wspólnego usypania Kopca Jaka Pawła II. KOD i prawica mają pogodzić się przy łopacie. Pomysł karkołomny i nie dotykający sedna problemu. Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę z polskich papierów, które nas identyfikują. Z tego, że my Polacy jesteśmy społeczeństwem chłopskim.

O tym mówi prof. Andrzej Leder w „Prześnionej rewolucji”. W kwietniu wychodzi jego kolejna książka „Rysa na tafli”.

To dla mnie niesłychanie istotna lektura. Teza prof. Andrzeja Ledera bardzo do mnie przemawia. Przecież dzisiejsze przedłużenie podziału społeczeństwa polskiego na panów i chłopów to właśnie liberałowie i radykałowie. W dodatku nasze chłopskie społeczeństwo nie czuje się dobrze w miastach. Nie zrobiliśmy nic, aby zmienić tę sytuację. Nasze zachodnie aspiracje konfrontują się w tej chwili z czymś zastanym. Zapominamy albo nie chcemy przyjąć do wiadomości, że po tamtej stronie, modyfikacja o której mówię trwała setki lat. Poprzedziły ją i ugruntowały dwie rewolucje – społeczna i przemysłowa.

To od czego zacząć, żeby poradzić sobie z nierównościami?

Najważniejsze jest upowszechnianie wiedzy. Wiedza jest wszystkim. Jeżeli wpompujemy ją do naszego mózgu, wtedy człowiek zaczyna rozumieć i reagować na to, co się do niego mówi. Chodzi o to, żeby mieć świadomość swojego istnienia. Jeżeli żyjemy instynktownie, wtedy jesteśmy bardziej podatni na hasła, dajemy się podjudzać. Szukamy winy na zewnątrz, a nie w sobie. Widzimy wrogów.

To jest wykorzystywanie bardzo młodego systemu. Kapitalizm ma w sobie siłą rzeczy nierówność. 90 procent ludzi albo i więcej, cierpi niedostatek na całej ziemi. Niczym się specjalnie nie różnimy. Człowiek powiększony o wiedzę, będzie miał większe szanse na znalezienie lepszego miejsca dla siebie. Wymaga to wysiłku i rezygnacji z pewnych odruchów, o których mówi dzisiejsza władza – dusza polska, przywiązanie, korzeń. To jest absurdalne. Ludzie migrują, poszukują sowich miejsc, bo świat jest dostępny. Po co się zamykać.

Co powiedziałby Pan dzisiaj 25 letniemu Kondratowi?

Powiedziałbym, że nie można uciekać od życia.

Szalenie ważna jest empatia do drugiego człowieka, pozytywne uczucia, przyjazne i otwarte relacje między ludźmi. Ale też wychowanie. Gdy zatrudniam u siebie młodych ludzi, obserwuję czasem ich nieporadność. Jakby nie wykonywali u siebie w domu podstawowych czynności, takich jak krojenie chleba czy nalewanie płynu do szklanki.

Czy wino można nalewać do kieliszka z lewej strony? Przypominam teraz scenę z pańskiego debiutu w filmie „Zaklęte rewiry” Janusza Majewskiego. Obok „Dnia Świra”, to chyba Pana najlepsza rola.

Moje wychowanie polegało właśnie na tym, żeby wiedzieć, po której stronie talerza należy trzymać nóż i widelec. To kod, który zespala ludzi na całym świecie. Reguły zachowań zostały stworzone po to, żeby było nam łatwiej żyć.

Kody i zasady mogą też ograniczać człowieka. Definitywnie zerwał Pan z zawodem dopiero po śmierci obojga rodziców. Powiedział Pan, że gdyby przestał być aktorem, mama byłaby zła. Do śmierci tkwiłby Pan w aktorskim kieracie.

Tu mnie Pani zaskoczyła, w ogóle tego nie brałem pod uwagę. Moi rodzice odchodzili, gdy byłem dojrzałym człowiekiem, nie mam poczucia wyzwalania się w związku z nimi ze swoich trosk ale miałem je za ich życia.

Ignacy Gogolewski, opiekun pańskiego rocznika w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej przy ul. Miodowej, powiedział że Pana decyzja o odejściu, nie będzie decyzją indywidualną ale da do myślenia całemu środowisku.

Mniej więcej na tysiąc studentów szkoły teatralnej, jeden jest z rodziny aktorskiej. Dlatego ja znałem koszty tego zawodu. Obserwowałem mojego ojca. Gdy jest się młodym, zawód aktora jest atrakcyjny. Ludzie myślą, że dzięki temu mogą być na chwilę kimś innym. Przecież nikt siebie specjalnie nie lubi. Mało jest takich osób, które siebie akceptują. Patrzą rano w lustro i myślą jest ok, ruszam podbić świat.

Nie jestem człowiekiem swoich czasów, zdaję sobie sprawę. Dzisiaj tworzy się schemat zachowań, w którym człowiek gubi kontakt nie tylko z samym sobą ale też z drugim człowiekiem. Musi go sztucznie poszukiwać. W mojej młodości byliśmy zależni od siebie, więc czuliśmy drugiego człowieka. Szewca, rymarza, kucharza czy woźnego. To nie były zawody, to byli ludzie.

W Polsce doskwiera Panu pogarda dla pracy. Może dlatego do tej pory ludzie nie potrafią zrozumieć, że zdolny aktor odchodzi z zawodu. Ze sceny do handlu ależ upadek.

Ludzie gdzie indziej nie gnają tak jak u nas. Uczymy się wielu rzeczy ale bardzo powierzchownie. Kiedyś to było kino amerykańskie. Potem Coca Cola. Za chwilę zacznie się poszukiwanie wartości. Musimy dać sobie trochę czasu. Życie w dużym stopniu zależne jest od nas ale najpierw musimy poznać samych siebie. Kim jesteśmy, na co jesteśmy uwrażliwieni, co sprawia nam przyjemność.

Mi przyjemność sprawia film „Pułkownik Kwiatkowski” Kazimierza Kutza. A konkretnie scena z nagim biustem Krysi, granej przez Renatę Dancewicz. Moja ulubiona scena erotyczna w polskim kinie.

Tak, tak. Wyobraźnia się liczy ale jak mawiał Sławomir Mrożek, najważniejsze jest najbliższe pięć minut.

Rozmawiała: Martyna Harland

*Marek Kondrat w 2015 r wydał książkę „Winne strony. Opowieść o pasji, która zmienia życie”

 winne-strony-opowiesc-o-pasji-ktora-zmienia-zycie-b-iext30000975

Komentarze

komentarzy











Czytaj więcej
Konferencja Naukowa "Kino, film i psychologia" Interdyscyplinarna konferencja naukowa nt. Kino, film i psychologia, odbędzie się w dniach 16-17 czerwca 2016 roku w Uniwersytecie...