Krzysztof Majchrzak: nie lubię aktorów

23 lutego 2017 


Przekorny, radykalny w poglądach, z filozoficznym zacięciem. Krzysztof Majchrzak tłumaczy, dlaczego nie zgadza się z tym, że w życiu ma być tylko ciepło, miło i przyjemnie. Zdradza, czego nie wybacza innym aktorom i jakie tematy przepracował przy okazji kręcenia filmu „Las, 4 rano” Jana Jakuba Kolskiego Rozmawia Martyna Harland.


Martyna Harland: Zagrałeś u Davida Lyncha w „Inland Empire”, po czym zniknąłeś z ekranu na 10 lat. Wolałeś zostać instruktorem narciarstwa. Straciłeś wiarę w kino?

Krzysztof Majchrzak: Po pierwsze, propozycje filmów, które otrzymywałem (może z wyjątkiem jednego) – nie przemawiały do mnie. Po drugie: zdałem sobie sprawę z tego, że (o paradoksie!) nie lubię aktorów za ich skłonność do bezgranicznej ekspresji, do pokazywania nastrojów, i nie lubię siebie w tym gronie. A nie lubię ich, bo w większości wypadków nie badają mechanizmów ludzkich zachowań. Brakuje im fundamentalnej wiedzy o człowieku. Nie penetrują więc pola, w którego zgłębianiu powinni być mistrzami. To tak jakby muzyk nie znał swojego instrumentu. Nie znają swoich strun ani klawiatury – a mimo to grają! A przecież dopiero nieustanne badanie charakteru ludzkich połączeń daje szansę na spotkanie z drugim człowiekiem. Z widzem. Dlatego tak długo zmierzam w swoich poszukiwaniach do istoty tego spotkania – aż będę mógł po prostu być i oddychać. Tak jak oddycha trawa, woda, pies czy drzewo. Być! Bo grać może każdy. I staram się być po prostu człowiekiem, a nie wykreowaną postacią.

Jednak niewielu z nas interesuje tego rodzaju dialog, wielu kusi jedynie tzw. kariera i foty na ściankach. I, siłą rzeczy, jeżeli ktoś chce jedynie „gromadzić role” – to wchodzi we wszystko. Obojętnie, czy ma coś do powiedzenia, czy nie. A aktor, który
decyduje się przejść długą drogę, pochylić się nad istotą działania postaci – jest postrzegany jako intruz. Mówi się, że „filozofuje” albo „znowu coś kombinuje”. Dlatego uważam, że bycie aktorem to nie jest zdrowe zajęcie dla fundamentalnych chłopaków i dziewczyn.

Dlaczego więc zgodziłeś się zagrać główną rolę w najnowszym filmie Jana Jakuba Kolskiego „Las, 4 rano”? Jesteś też współscenarzystą tego filmu.
No właśnie dlatego, że poczułem, że jestem w stanie na ten temat powiedzieć coś wprost do serca drugiego człowieka. Widza, którego też dotyka życie. W jego euforii i tragedii. Jeżeli nie ma we mnie takiej pewności i nie mam na dany temat nic do powiedzenia, to po prostu nie mówię. Ekspresyjne odgrywanie ról pozostawiam innym. Tak więc chodzi mi o dialog i spotkanie. O porozumienie. Obojętnie, czy nawiązuję je za pomocą dźwięków na fortepianie, czy fabuły na ekranie. To ciągle dialog. Jeśli go nie ma – istoty mojego rodzaju umierają. Jako aktor, istnieję tylko dzięki interakcji z drugim człowiekiem. Jestem jedynie produktem tej wspólnej alchemii. O tej najważniejszej relacji „ja–ty”, „ty– ja”, pisali Emmanuel Levinas czy Martin Buber. Idę właśnie tą drogą i tylko to tak naprawdę się dla mnie liczy.

Nie brakowało ci tego dialogu z widzem?
Widać nie było rzeczy, które umożliwiałyby mi ten dialog. Po prostu nie miałem szansy na filmową wypowiedź, w której byłbym uczciwym uczestnikiem rozmowy. I lepiej powalczyć z workiem bokserskim niż rozmawiać o tym, co nas nie interesuje. Pierwsze jest znakomitym ćwiczeniem na koordynację i siłę ciosu, drugie – jest dla mnie zwyczajnie impotentne. Dlatego właśnie nie lubię aktorów. Nieustannie grają zamiast być. To nie jest uczciwe! Tak jak fałszywy jest facet w reklamie, który ściszonym głosem mówi: „Podaruj swojej babci serce – kup jej w prezencie Buerlecithin”. To zwykła, afektowana prostytutka! Udając zainteresowanie sercem mojej babci, używa „narzędzi” zwykle służących totalnej ludzkiej bliskości. To jest zwyczajnie podłe! Pieprzony oszust! A przecież gdy mówię drugiej osobie: „Szanuję cię, kocham cię, chcę ci pomóc, możesz na mnie polegać” – to jest po prostu święte. A ten bezczel używa takich klisz i mechanizmów, żeby wywołać u mnie, konsumenta, konkretne emocje. Dzięki tej reklamie dotknąłem właśnie przepaści, która dzieli mnie od aktorstwa operującego kłamstwem w świętej sprawie.

„Las, 4 rano” to bardzo osobista historia Kolskiego– dedykuje on film córce Zuzannie, która zginęła w wypadku samochodowym. W filmie grasz mężczyznę, który przeżywa przemianę po tym, jak ginie jego córka. Żyje w lesie i próbuje złożyć się na nowo. Jak się wchodzi emocjonalnie w tak intymną historię?
Przede wszystkim uczciwie i po troszeczku. Bardzo trudne było połączenie osobistej tragedii Jana z faktem produkcji filmu i wspólnym tworzeniem dialogów. Po tym czasie czuję, że cała ta technologia filmowa była na kursie kolizyjnym z intymnością tej tragedii. Tak więc – nie było łatwo! Z drugiej strony byłem, na swój sposób, dumny z tego, że to właśnie mnie powierza troskę o tak ważną i osobistą wypowiedź.

Tylko ciebie widział w roli swojego alter ego. Powiedział mi: „albo Majchrzak, albo nikt inny”.
A widzisz. Nawet o tym nie wiedziałem.

Ten film to rodzaj żałoby, opłakiwania po córce. Kino czasem leczy i uwalnia twórcę od trudnych doświadczeń życiowych. A ciebie ta rola w jakiś sposób uleczyła, zmieniła lub uwolniła coś w tobie?
Jeśli masz na myśli moje osobiste doznanie poczucia ostatecznej straty – to uważam, że z takich doświadczeń się nie wychodzi. Czy ty doznałaś, teraz zapytam jak psychoterapeuta, dojmującego poczucia straty w życiu? Czy odprowadziłaś na tamten świat kogoś na tyle ważnego, żeby cię to dotkliwie zraniło? Chciałbym zrewidować teorię mówiącą, że wszystko w życiu można „przepracować”.

Są takie dwa głupie przysłowia: „Czas leczy rany” i „Nadzieja jest matką głupich”. Żaden czas nie leczy takich ran. A czasem rana wraz z upływem czasu broczy krwią jeszcze bardziej. Zmienia się tylko rodzaj tej rozpaczy, nie jej poziom. Na przykład ja najpierw stałem nad grobem moich rodziców jako „opuszczona sierota, pod ołowianym, ciężkim niebem”, a po jakimś czasie też były łzy, ale pełne podziękowania rodzicom, że potrafię tak miłośnie płakać i ich kochać. Są takie rany, których czas nie leczy i bardzo dobrze, bo nie powinien. Jeżeli strata jest poważna, zmienia się tylko podejście do niej, ale rana ciągle broczy krwią. I tak ma być, bo to jest miłość. Tak się właśnie kocha. Kochasz bezgranicznie – to bezgranicznie cierp! I najpierw płaczesz dlatego, że los zrzucił cina głowę trzytonową ciężarówkę, a potem płaczesz z lubości, że tak ci codziennie tej osoby brakuje. I dumy – pamiętasz, co z tobą pięknego i miłosnego ta osoba zrobiła. Zaczynają się procesy odbudowawcze, ale tragedia się nie zmniejsza. Z kolei nadzieja na pełniejszą realizację siebie jako istoty ludzkiej jest jednym z najpiękniejszych mechanizmów rozwoju. Nie wolno jej w żaden sposób deprecjonować.

Nadzieja jest w waszym filmie.
Ale nie dzieje się tak dzięki wyparciu nieszczęścia i poczucia straty. To efekt przeżycia wszystkiego do dna. A co mówi nam konsumpcyjne podejście do syndromu tragedii i straty? „Minie jedno lato, drugie, trzecie – już nie pamiętam! Nie będzie bolało. Bo w życiu ma być ciepło, miło i przyjemnie”. A ja na przykład chcę pamiętać! Chcę tego bólu, bo on mnie łączy z moimi rodzicami. Bo w tej chwili to jedyne połączenie między nami, nie ma innego. Do tego przez świadomość bólu i niewypieranie poczucia straty robię się odważnym facetem. Gotowym przytulać. Gdybym ten ból wyparł, siedząc nad brzegiem basenu i wesoło sącząc drinka – nie byłbym z siebie dumny. A dzisiaj jestem dumny, bo odbyłem krwawą walkę z rozpaczą. Nie wygoniłem jej, przez co nie ma już nade mną władzy. A skąd mamy te wszystkie rzeczy, które dają nam moc miłosnej komunikacji ze światem? Z odwagi spojrzenia takim potworom jak rozpacz prosto w ślepia. To właśnie kieruje nas ku wolności, asertywności i radości przytulenia drugiego człowieka.

Najważniejsza w życiu jest możliwość przytulenia drugiego człowieka?!
Tak! A wiesz dlaczego? Bo po prostu nic innego nie ma! Pewnie dziwi cię, dlaczego mam taką obsesję na punkcie dialogu. A ja ci mówię: sprawdzisz to w życiu i zobaczysz, że tak naprawdę nie ma nic innego. W tym właśnie sensie, że nie ma nic poza możliwością wymiany energii i doświadczenia bliskości drugiego człowieka. Tak jak w przypadku dwóch samotnych wędrowców na drodze.

Dlaczego w dzisiejszym świecie tak trudno się spotkać?
Nie wiem. Może trzeba głębiej zanurzyć się w tę trudną krainę greckiej Zośki, czyli filozofii, żeby dojść do prostego ulicznego wniosku, że poza kontaktem z drugim człowiekiem nic nam nie pozostaje. Do tego właśnie tęsknię, bo jedynie to jesteśmy w stanie zrealizować. I nie chcę tu mówić o zainteresowaniu drugą osobą jako panaceum na moje kłopoty, bo drugi człowiek nie jest żadnym kompresem z rivanolu na moją ranę. Zobacz tylko, co się dzieje, kiedy zaczynasz zajmować się drugim człowiekiem. Przeczytaj „Przebudzenie” Anthony’ego de Mello. Pisał, że świat jest objęty opieką Boga, ale rozumianego jako czysta, miłosna i opiekuńcza Pustka. Tak że za wszelkie akty zła odpowiadają jedynie pomyłki popełnione przy produkcji dobra. To tak, jakbyś robiła śruby i dwie na tysiąc miały krzywy gwint. Tak więc – spotkanie z drugim człowiekiem i dobro. To właśnie słowo klucz i odpowiedź na twoje pytanie.

Źródło: Magazyn SENS, marzec 2017 rok.

16864380_1475730905772701_6638318442851038553_n

Komentarze

komentarzy











Czytaj więcej
Lutowa filmoterapia ze "Szwedzką Teorią Miłości" Zapraszamy na Filmoterapię z Sensem: spotkanie oraz pokaz filmu "Szwedzka teoria miłości" czyli miłość w czasach dobrobytu. Termin:...