Kino to emocje

14 lutego 2016 


Spośród wszystkich dziedzin sztuki, kino ma największą moc oddziaływania. Filmy pozwalają nam nie tylko na spotkanie z własnymi emocjami, ale również zaakceptowanie tych emocji w bezpiecznych warunkach. Jest to szczególnie wartościowe w przypadku emocji nieprzyjemnych i negatywnych. Bo czasem warto także skonfrontować się z naszą ciemniejszą stroną.

Znany psycholog społeczny prof. Zimbardo bije na alarm: mężczyźni powoli przestają być istotami społecznymi. Rezygnują z życia, seksu i alienują się do przestrzeni wirtualnej, gdzie czują się bezpieczni. Nasza kultura, ostra konkurencja gospodarcza, komunikacja sieciowa, kult wyniku, sprawiają że współczesna „inteligencja społeczna” to przede wszystkim egotyzm, narcyzm i instrumentalne traktowanie ludzi. Drugiego człowieka zauważamy wtedy, gdy nam przeszkadza lub go potrzebujemy. Jesteśmy bogatsi, ale mniej szczęśliwi. W ostatnim raporcie ONZ „Światowego indeksu szczęścia”, gdzie najważniejszymi zmiennymi okazały się wsparcie społeczne i odczuwanie emocji pozytywnych, Polska zajęła słabe, 60. miejsce. Nie mamy czasu na rozmowy. Nie mamy czasu na emocje. Problem dotyka także kobiet, choć one z natury lepiej sobie radzą z emocjami.

To, co widzimy w filmie i na co zwracamy uwagę, świadczy o nas samych – z tego założenia wychodzi filmoterapia. W alternatywie do tzw. widza popcornowego promuje głębokie doświadczanie filmów i poruszanie emocji widza. Gdy oglądamy film, to identyfikujemy się z bohaterem, zwłaszcza jeśli jest podobny do nas pod względem wieku, płci czy problemu, z jakim się zmaga. Dzięki temu docieramy do głęboko ukrytych własnych emocji. W końcowej fazie następuje wgląd – zastanawiamy się nad tym, czego doświadczyliśmy i przekładamy rzeczywistość filmową na życie. Uruchamiamy tzw. mechanizm projekcji: przypisujemy bohaterom filmowym własne uczucia i emocje.

Znaczenie filmu oglądanego w celach terapeutycznych nie musi pokrywać się z jego wartością rozrywkową czy estetyczną. Chodzi przede wszystkim o poruszanie naszych emocji, a następnie o przedstawienie procesu rozwiązywania problemu przez bohatera. Niektórych może wzruszać „Titanic”, a innych „Niebieski” Kieślowskiego. Ale podczas seansu filmoterapeutycznego nie analizujemy treści, a zwracamy uwagę na to, jakie emocje odczuwamy i kiedy. Przyglądamy się, który wątek przykuwa naszą uwagę, z jakim bohaterem się identyfikujemy, kto wzbudza w nas negatywne a kto – pozytywne uczucia, jakich scen nie akceptujemy, które zachowania bohaterów nam odpowiadają. Obserwujemy, jak działają na nas dźwięki i obrazy. Po filmie porozmawiajmy o tym, z partnerem, znajomymi, psychologiem. Poruszający film jest dla nas świetnym ”otwieraczem”.

Oczywiście nie zawsze chcemy podróżować w głąb siebie i mamy do tego prawo. Dlatego powinniśmy być informowani, jakie emocje możne w nas poruszyć film. Brak zrozumienia własnych emocji prowadzi do permanentnego pobudzenia w organizmie. Nie potrafimy jednak zrozumieć ani nazwać tego stanu, jesteśmy niespokojni i sam stan odbieramy negatywnie. Znając przyczynę konkretnego stanu, może go kontrolować. To ważne, bo napięcie wynikające z braku samowiedzy rozładowujemy na różne sposoby: poprzez alkohol, narkotyki czy jedzenie. W dokumencie „Amy” (reż. Asif Kapadia), widzimy młodą wokalistkę Amy Winehouse, żyjącą pod ogromną presją, którą zabija mieszanka alkoholu, narkotyków, depresji i bulimii. Dla otaczającego świata ważniejsze jest to, co robimy i osiągamy, od tego, co czujemy i jacy jesteśmy. Ale osoby inteligentne emocjonalnie, które rozumieją swoje stany emocjonalne i są empatyczne, rzadziej sięgają po używki.

Codzienny pęd życia powoduje, że gorzej radzimy sobie z emocjami. Dobra wiadomość jest taka, że inteligencję emocjonalną można rozwijać do końca życia i bez ograniczeń. Ćwiczenia umiejętności rozumienia i nazywania emocji są dla nas „siłownią emocjonalną”. Tak jak w przypadku ćwiczeń fizycznych, na początku nie jest łatwo, odczuwamy dyskomfort, ale po pewnym czasie widać efekty. Ćwiczyć warto, bo o tym, czy jesteśmy szczęśliwi, nie decyduje kariera czy pieniądze, ale to, w jakim stopniu lubimy i rozumiemy siebie oraz innych. Ważne jest to, czy potrafimy stworzyć satysfakcjonujące związki z innymi ludźmi. Daniel Goleman, autor „Inteligencji społecznej” twierdzi, że nasz gatunek odniósł sukces reprodukcyjny właśnie dzięki zaprogramowaniu na życie społeczne. Nasz sukces w życiu tylko w 20% zależy od intelektu, a w 80% od umiejętności zarządzania emocjami.

Praca nad inteligencją emocjonalną oznacza otwarcie się zarówno na emocje pozytywne, jak i negatywne. Nieumiejętność odczuwania i wyrażania emocji, szczególnie tych negatywnych, jest częstą przyczyną chorób psychosomatycznych, jak wrzody żołądka, cukrzyca czy choroby autoimmunologiczne. Emocje pojawiają się, gdy oceniamy sytuację jako istotną. Dostarczają informacje na temat tego, co jest dla nas ważne, stymulują i mobilizują do działania. Zrozumiałe jest dążenie do tego, co pozytywne – szczęścia czy miłości, a także unikanie tego, co niewygodne i trudne – emocji typu strach, żal czy ból. Wypieranie przeżyć nie znaczy jednak, że znikną, a raczej staną się trudno dostępne i niekontrolowalne. Ewolucja wyposażyła nas w emocje negatywne, żebyśmy przetrwali. Stanowią sygnał, że w naszym życiu dzieje się coś złego. W sytuacji rozstania z drugą osobą emocja smutku pomaga wycofać nasze zaangażowanie. Psycholog pozytywna Barbara Fredrickson, zajmująca się badaniami szczęścia, wyliczyła idealną proporcję emocji pozytywnych do negatywnych w naszym życiu: 3:1. Mniejsza o to, w jakim stopniu trzymać się tej złotej zasady. Istotne jest, że stosunek ten nie wynosi 3:0. Warto zatem pielęgnować emocje pozytywne, a szczególnie wdzięczność, nie unikając tego, co negatywne. Może to dziwne, ale do satysfakcji z życia, potrzebujemy również trudu i niewygody. Choćby na fotelu kinowym.

Podobno największą siłą napędową rozwoju XXI wieku będzie inteligencja emocjonalna. Podstawa programowa w szkołach od 2009 roku przewiduje, że każdy uczeń powinien wynieść ze szkoły podstawowej kompetencje społeczne. Jakie są efekty po sześciu latach? Polscy uczniowie, jeżeli chodzi o umiejętności miękkie, jak praca w zespole czy komunikatywność, są dzisiaj o połowę gorsi niż średnia w Europie. Nadal najwyżej ceni się u nas inteligencję, której atrybutem jest wiedza czerpana z książek. Teoria ma nadzieję, praktyka nie ma złudzeń. A filmoterapia ma potencjał, tak jak i Polacy.

Martyna Harland

Magazyn Presto. Muzyka, Film, Sztuka. Luty 2016 r.

12592236_740700612698062_2984824163349368307_n

Komentarze

komentarzy









Zobacz także

Grażyna Torbicka: Ufam ale…
Grażyna Torbicka: Ufam ale…
15 października 2017 
Męska filmoterapia
Męska filmoterapia
26 sierpnia 2017 



Czytaj więcej
"Zjawa", czyli skąd przychodzi i dokąd zmierza Inarritu? Jaka droga poprowadziła meksykańskiego reżysera od zaangażowanych społecznie filmów do efektownych obrazów w rodzaju...