Kim są filmowe syreny?

17 sierpnia 2016 


Czy bohaterki nagradzanego filmu „Córki Dancingu”, syreny Złota i Srebrna, to właśnie one – siostry Wrońskie? Odpowiedź w rozmowie z Martyną Harland, której Zuzia i Basia opowiadają o dojrzewaniu i swojej relacji.

Zuzia i Basia Wrońskie muzykujące siostry, założycielki zespołu Ballady i Romanse (powstałego w 2007 roku), w którym Zuzia jest autorką tekstów i wokalistką, a Basia gra na instrumentach klawiszowych, śpiewa i jest autorką większości muzyki. Obie udzielają się także w innych zespołach: Zuzia w Meblach; a Basia w Pustkach. W kwietniu ukazał się ich trzeci wspólny album „Córki Dancingu”. 


09_wywiad_Siostry09_wywiad_Siostry2

Film „Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej jest inspirowany historią waszej mamy. Filmowe syreny, silne i drapieżne, to wy?

Zuzia: Film jest w jakimś stopniu inspirowany naszą mamą, która była piosenkarką dancingową. My wychowałyśmy się praktycznie na dancingu. W tamtych czasach, w latach 80., był odtrutką na szarą codzienność. Mama reżyserki filmu, Agnieszki Smoczyńskiej, kierowała z kolei dancingiem w okolicach Szklarskiej Poręby. Postaci filmowych dziewczyn, czyli syreny Złota i Srebrna, to jaskrawe typy charakterologiczne. Jedna jest bardziej drapieżna, działa instynktownie. Druga jest emocjonalna.

Basia: To nie jesteśmy jeden do jednego: ja i Zuzia. Chociaż jesteśmy tak samo wrażliwe, romantyczne i drapieżne. Zła syrena zjadała ludzi. Dobra się w nich zakochała.

Miałyście wpływ na ostateczną postać filmu, wasze piosenki stanowią do niego ścieżkę dźwiękową. Chciałyście, żeby filmowe syreny były disneyowskie czy homerowskie?

Zuzia: Zdecydowanie wolałyśmy, żeby były krwiożercze, jak u Homera. Robert Bolesto, który jest autorem scenariusza, wymyślił postaci syren. Nasze piosenki kształtowały charaktery dziewczyn. Konflikt polegał, jak u Disneya, na tym, że ktoś chce przeniknąć do świata ludzi, a jest zwierzęciem. I to jest niemożliwe do połączenia. U Disneya zakończyło się to pozytywnie. My szliśmy tropem Andersena, czyli bez happy endu.

Basia: Uwielbiałam „Małą Syrenkę” Disneya. Zawsze byłam krótko ostrzyżona, a syrenka miała rudą grzywę. Pamiętam więc, jak zakładałam sobie spódnicę na głowę, bo chciałam być do niej podobna. Pomysł z syrenami wydał się nam bardzo bliski. To opowieść o rodzeństwie, o siostrach. Zresztą, jak się dowiedziałyśmy, Zuzia mieszka w kamienicy, pod którą zginęła Krystyna Krahelska, twarz warszawskiej syrenki.

Syreny można traktować jako metaforyczne portrety dziewczyn, które uczą się świata. Próbują poznać i zrozumieć, czym jest bycie kobietą w otaczającej je rzeczywistości. Kiedy wy dorosłyście i stałyście się kobietami?

Basia: Bardzo wcześnie musiałyśmy stać się dorosłe, żeby poradzić sobie z otaczającą nas, trudną rzeczywistością. Już w dzieciństwie miałyśmy świadomość problemów dorosłych, to była opcja przetrwalnikowa. Ale zawsze czułam się dziewczyną. Byłam dziewczyną z zespołu, koleżanką, kumpelą. Mniej więcej od dwóch lat odczuwam dużą zmianę w sobie. Staję się kobietą. Zaczynam podkreślać swoje walory. To jest bardzo przyjemny moment, który wynika z pracy nad sobą i różnych przemyśleń. Czuję się kobietą, bo zaczęłam akceptować siebie. Samoświadomość to najważniejszy aspekt bycia kobietą. Wiesz, co jest w tobie piękne, wartościowe, co byś chciała, żeby inni zauważali. Wtedy masz poczucie mocy. Zaczęłam się sobie podobać całkiem niedawno, a mam już czteroletniego syna.

Zuzia: Ja życiowo robiłam wszystko. Chciałam próbować siebie. Zobaczyć, gdzie mogę coś ugrać, gdzie jestem fajna. Jednak zawsze zostawałam w lekkiej skorupce. Niby otwarta na świat, ale w prawdziwe i emocjonalne relacje wchodziłam bardzo opornie. Wolałam się rzucać w wir szaleństwa. Dopiero później spotkałam osobę, z którą nagle zaczęłam się czuć sobą. Doceniłam swoje mocne strony, no i zaczęłam rozkwitać. To się stało niedawno. Odkąd powstał nasz zespół Ballady i Romanse. Wtedy poczułam, że to jest mój właściwy tor, że to ma sens. Zaczęłam w siebie wierzyć. Etap kobiecości przyszedł do mnie bardzo późno. Jest związany z tym, że otoczyłam się osobami, które nie są perfekcyjne. Po prostu są piękne wewnętrznie. To zaczęło rzutować na sferę mojego ciała. Nagle pomyślałam, że nie mogę całe lato chodzić w spodniach pumpach, dlatego że mam nadwagę. Mam przecież ciało, które musi oddychać. To niby trywialne, ale trudno było mi znaleźć w głowie przestrzeń na to, że mogę założyć bluzkę na ramiączkach, i to wcale nie na bezludnej plaży. Po prostu idę przez miasto, prostuje się, pierś do przodu i nagle czuję, że to ma sens. To jest taka sfera, która niespodziewanie pojawiła się u mnie w ostatnim roku.

Z czym to jest związane? Wiadomo, że warto akceptować siebie. Tyle że łatwo powiedzieć, trudniej wprowadzić w życie.

Zuzia: Po prostu najpierw musiała być we mnie zaspokojona sfera emocjonalna. Ten napełniony baniaczek ma odzwierciedlenie w ciele. To wszystko jest w tobie. To ty jesteś tym ciałem. Jak jest ci dobrze, to się prostujesz. Nagle powiedziałam sobie: „Dobra, to ja jednak założę skórzane krótkie spodenki, i idę w miasto!”.

I to dalej jesteś ty?

Zuzia: I właśnie dalej czuję, że to jestem ja. Nie będę modelką z „Vogue’a”, ale nie chcę przeżyć życia, czekając, no… właściwie na co?

Basia: Niedawno oglądałam swoje zdjęcia sprzed 10 lat. Zobaczyłam na nich młodą dziewczynę, taką kruchą, bo z wiekiem nabrałam ciała. Ta dziewczyna też nie podobała się sobie. Myślisz sobie wtedy: „O co tu chodzi? Na czym to polega? Ona jest przecież piękna, a wtedy też miała problem z tym, że nie jest idealna”. Tracimy najlepsze lata młodości i urody na zastanawianie się nad tym, co zakryć i zatuszować.

Mówicie, że musiałyście wcześnie dorosnąć. Dlaczego?

Zuzia: Nasi rodzice bardzo wcześnie się rozwiedli, gdy mama była jeszcze w ciąży z Basią. Wychowałyśmy się w domu zdominowanym przez kobiety. Babcia, mama, prababcia, niania, ja i Baśka. Wspaniała, świętej pamięci babcia Dońcia, po prostu rządziła całym domem.

Basia: Kobieca mafia. Zuzia: Dorastanie w domu, gdzie są tylko kobiety, jest trudne. Same kobiety działają na siebie jednak destrukcyjnie.

Zuzia: Mężczyźni są bezpośredni, kobiety funkcjonują trochę inaczej – korowodowo. To był trudny dom, cała ta sfera kobiecości i emocjonalności. A mama go utrzymywała, więc było jej mało.

Basia: Mama była zawsze na jakichś kontraktach. Potrafiła wyjechać na pół roku, jak miałyśmy dziesięć lat. Do tego mocny ordnung szkoły muzycznej, ciągłe uczenie się i ćwiczenia. Od początku znałyśmy ciężką pracę. Miałyśmy grać muzykę klasyczną.

Skąd wzięło się to wasze śpiewanie? Z radości?

Basia: To była trochę ucieczka od tego uciemiężenia. Najbardziej radowałyśmy się w momencie, kiedy robiłyśmy wszystko, byle nie ćwiczyć gry na instrumentach. Zuzia lubiła śpiewać i podgrywać Beatlesów. Ja najbardziej lubiłam bębnić na pianinie i śpiewać. Kiedy już opuściłyśmy dom, nikt nam nie mówił, co mamy robić. Same to poczułyśmy. Dlaczego więc nie robić tego, co sprawia nam radość? Kto nam zabroni? Z szybkim dorastaniem związane było to, że wszystko uwarunkowane było w naszym domu pracą. Ile pracowałaś, ile ćwiczyłaś, tyle byłaś warta.

Zuzia: Wychowywałyśmy się w domu muzycznym, gdzie od pokoleń wszyscy grali. Babcia i prababcia były nauczycielkami fortepianu. Mama skończyła Akademię Muzyczną na fortepianie. Dziadek przez dwie kadencje był rektorem Akademii Muzycznej, to on współtworzył całą katedrę reżyserii dźwięku i akustyki. Czułyśmy presję. Nikt nie pytał o fajny wierszyk, liczyła się ilość wierszyków. To, jak zagrałam gamę fis-mol, czy podłożyłam dobrze trzeci palec. Pierwszy pod trzeci, a nie pierwszy pod czwarty. Skala umiejętności, to była skala twojej wartości.

Dlaczego dzisiaj nie chcemy dorastać? Na płycie „Zapomnij” Zuzia śpiewa o trzydziestolatkach bez pomysłu na siebie. Chcieliby mieć rodzinę, ale się boją

Zuzia: Teraz śpiewałabym o tym, że jednak najfajniej było właśnie wtedy, gdy myślałam tylko o jedzeniu i seksie. Nie o rachunkach lub o tym, czy zdążę odebrać dzieci ze świetlicy, żeby ostatnie nie majtały nóżkami w poczekalni. Wczoraj dzwonił do mnie synek. Powiedział, że chce wracać z obozu, jest mu strasznie i boli go głowa. Zadałam mu trzysta pytań, żeby to zagadać. Zupełnie nie wiedziałam, jak wybrnąć z tej sytuacji. Co to jest to dorastanie? Dzieci, system, stabilizacja. Jakby coś nowego, ciekawego pojawiło się na drugim końcu świata, to bym wszystkich spakowała i pojechała. Czy to jest dojrzałe?

Basia: To na pewno nie jest niedojrzałe, bo świadome. W każdym człowieku jest część, która nie dojrzewa. Mimo poukładanego życia każdy ma w sobie zapalnik czegoś szalonego. Życie wtedy ma smak, jeżeli jesteśmy w stanie odważyć się i ponieść ryzyko swoich wyborów. Gdy robimy to w zgodzie ze sobą, to wszystko jest w porządku. Dzieci to byt, który pozwala nam jeszcze bardziej stać się dzieckiem. W momencie, kiedy dojeżdża rzeczywistość, wtedy syn zadaje mi abstrakcyjne pytanie i myślę sobie, że istnieje również ten inny świat. W przeciwieństwie do Zuzi nie lubię impulsywnych sytuacji. Zbyt wielu bodźców. Muszę się na wszystko psychicznie przygotować. Gdy nagle zaproponowała mi wyjazd na Sundance Film Festival do Stanów, gdzie film „Córki Dancingu” zdobył nagrodę specjalną, byłam w potrzasku.

Jak wyglądają wasze relacje? Zuzia jest tą bardziej dominującą?

Zuzia: Wszyscy tak o mnie mówią. Jestem starsza, więc pierwsza idę i ugniatałam pokrzywy. Na pewno działam bardziej impulsywnie. Nienawidzę sytuacji, kiedy oczekuję długo na wyrok. To mnie wykańcza. Najlepiej, kiedy decyzje zapadają tuż przed, wtedy nie ma trudnego momentu rozważania. Dlatego wszystko zostawiam na ostatnią chwilę. Wtedy nie ma przestrzeni na wątpliwości. Basia jest bardziej leniwa w swoich działaniach. Ta jej opieszałość powoduje czasem, że śmieci stoją u niej dłużej w domu, ale przynajmniej nie wyrzuciła jakiegoś skarbu. A ja tak.

Basia: Na pewno miałam trochę łatwiej. Zuźka wyznaczała trendy, ja za nimi podążałam. Jednak mniej więcej w wieku 16 lat rozdzieliłyśmy się. Każda zaczęła snuć swoją niezależną historię. Byłyśmy w skrajnie różnych środowiskach. Ja cały czas trzymana pod pręgierzem muzyki klasycznej, Zuzia uwolniła się wtedy na punkową scenę poetycką.

Amerykański fotograf Nicholas Nixon przez 40 lat co roku robił jedno zdjęcie żonie i jej trzem siostrom. Na kilku pierwszych fotografiach, gdy siostry mają kilkanaście i dwadzieścia kilka lat, widać między nimi napięcie – niektóre pozują zwrócone bokiem do siebie, krzyżują ręce, mają ponure miny. Na tych z ostatnich lat, kiedy są już po 60., jest między nimi czułość – przytulają się, zwracają ku sobie. Czy wasza relacja też rozwijała się w czasie?

Zuzia: Między nami są cztery lata różnicy. Dzieciństwo było zatem bardzo wspólne i intensywne. Potem się „rozjechałyśmy” prawie bez kontaktu. Baśka słuchała wtedy Stinga, a ja Boba Dylana, no a to jest nie do pogodzenia. Jesteś wtedy w takim wieku, że chcesz i możesz więcej. Zaczynają się noce poetów, koncerty, alkohol i złe rzeczy, które są strasznie nęcące. No a Bacha gra na skrzypcach i nosi taki srebrny medalik ze skrzypkami.

Basia: Nitką, która zawsze nas łączyła, była muzyka. Zuźka miała wtedy zespół muzyczny, w którym grała na pianinie. Wciągnęła mnie do zespołu, żebym śpiewała. Byłam zapraszana na koncerty, festiwale poetyckie, ale to nie był moment naszej wielkiej zażyłości. Teraz to się zdecydowanie zmieniło.

Od kiedy?

Zuzia: Od ośmiu lat. Przez zespół Ballady i Romanse.

Wspólne śpiewanie to powrót do dzieciństwa? Byłyście za sobą stęsknione?

Zuzia: Po prostu przyszedł taki moment. Ja miałam 28 lat, właśnie urodziłam syna Zygmunta i byłam na urlopie macierzyńskim. Baśka 24, grała już w swoim zespole Pustki od czterech lat. Bardzo podobało mi się to, że Bacha znalazła swoją drogę. Bez siedzenia przy biurku i etatu. Żyłam jej światem, chodziłam na wszystkie koncerty. Na urlopie miałam więcej czasu, chodziłyśmy wtedy na spacery po Marszałkowskiej. Powiedziałam Baśce, że napisałam jakieś teksty. Baśka powiedziała: „Dawaj”.

Basia: Teksty Zuźki były totalnie inspirujące i bliskie mi samej. Od razu słyszałam, jak mogą brzmieć. To wychodziło naturalnie. Piosenka „Anoreksja” była naszym początkiem. Siedziałyśmy przy pianinie, coś tam plumkałyśmy i po prostu zaczęłyśmy razem śpiewać. Czasem się myląc, co zostało uwiecznione na płycie. To kwintesencja tego tworzenia, nas to po prostu jara. Zaczęłyśmy się spotykać, żeby razem tworzyć. Zuzia: Wspólna praca nam dobrze robiła. Rodzeństwo nie musi przecież tworzyć razem. Sama mam dwóch synów. Myślałam nad tym ostatnio, może oni też założą zespół. To przecież niewiarygodny przypadek, gdy dwie różne osoby wychowane w jednym domu, o innych charakterach, zaczynają robić coś razem. Dopiero po tym czasie, kiedy rodzice chcą, żeby rodzeństwo się integrowało, gdy jest małe. My na odwrót, dzisiaj wracamy do dzieciństwa. Kryzys dopadł nas już po „wyjściu z kuchni”, w profesjonalnym studiu, po sukcesie płyty „Zapomnij”.

Bardziej logistyczny czy emocjonalny?

Basia: Logistyczny. Po „Zapomnij” urodziłam syna i wszystko się skomplikowało.

Zuzia: Okazało się, że Baśka ma zajęte wszystkie wieczory. Później powiedziała, że w weekendy też nie chce pracować, chce odpoczywać. Ja tego nie rozumiałam. Wychowana w zorganizowanym systemie pracy, nie wyobrażałam sobie, jak można nie mieć czasu na pracę? Dobrze mi to wtedy zrobiło, pomyślałam: „Weekend jest jednak dla rodziny i dzieci”. Wycofało mnie to.

Nie jest łatwo rezygnować z pracy, którą się kocha, która jest pasją

Zuzia: Dlatego trzeba postawić sobie jasne granice i tego się trzymać. Można nigdy z tego nie wyjść.

Basia: Takie błędne koło. Przeżywałam to w okresie skrajnego wyczerpania. W weekendy grałam koncerty, a w tygodniu pracowałam. Nie chodzi o liczbę godzin w pracy. Chodzi o to, że codziennie było coś do zrobienia. Nie było chwili na to, żeby sobie odpuścić. A ludzie mają potrzebę wyłączenia się od czasu do czasu. Wtedy zaczęłam stawiać sobie żelazne granice. Nawet jeżeli czasami serce mówi, że właściwie mogłabyś, to odpuszczam. To ma znaczenie dla dzieci. Mówię, że będę i jestem. Nie ma, że mamie coś wypadło. Poza tym wygłodzenie, kreatywne wyposzczenie się, jeszcze lepiej działa. Gdy tworzę, jestem w totalnym niebycie. To nijak ma się do rodziny i do konieczności bycia tu i teraz. Te dwie rzeczy zupełnie się wykluczają.

Jak to pogodzić – pracę, pasję, rodzinę, dzieci?

Basia: Trzeba sztuczne wprowadzać w życie różne hamulce, a nie tylko napędzacze. To pomaga złapać równowagę.

Nie boicie się niedoskonałości. Normalność to siła?

Zuzia: Perfekcjonizm nas zabija. Tak samo muzykę alternatywną. Wszyscy chcą być superprofesjonalni. Nikt nie pozwala sobie na to, żeby po prostu nagle powiedzieć: „Kurde, nie! Zacznijmy jeszcze raz”. A my po prostu mówimy: „O Jezu, nie! Stop, stop, stop!” Myśmy się wychowały w tym perfekcjonizmie, więc dla mnie cała zabawa, to niszczenie tego.

Jak wspólna praca wpłynęła na waszą relację?

Basia: Moment wspólnego tworzenia jest olbrzymią intymnością. Ja to porównuję z takim stanem wręcz współżycia. Wymieniają się nasze energie. Tym bardziej że łączą nas siostrzane więzy krwi. Nie da się być bliżej. Dzięki tej współpracy wiele dowiedziałyśmy się o sobie. Zuzia na przestrzeni lat zmienia się, inne rzeczy zauważa, to ciekawe. Pisze bardzo osobiste teksty, czasami gdy je czytam, myślę sobie: „Aha, czyli takie rzeczy się dzieją”. Dzwonię do niej i pytam: „Wszystko w porządku?”. Zuzia też pyta: „Strasznie smutną piosenkę napisałaś, opowiadaj, co tam się dzieje”.

Zuzia: Moje teksty idealnie kleją się z muzyką Baśki. Nie wyobrażam sobie, żeby to robił ktoś inny. W tych piosenkach jest synteza nas. Mam wrażenie, że nasze wspólne rzeczy są bardziej wartościowe.

Jak znosicie sukces filmu i płyty „Córki Dancingu”?

Basia: Każda z nas inaczej to przeżywa. Mnie bardzo ciężko znieść sukces. Stresuje mnie, że coś zostało docenione. Nie lubię być zauważana. Mam tak od dzieciństwa. Siłą napędową dla mnie jest fakt tworzenia. Cała reszta, która przychodzi w związku z tym, jest dla mnie czasami trudna do ogarnięcia.

Zuzia: Gdyby można było muzykę robić innym trybem. Tak, że po prostu wypuszczasz ją z siebie, a ludzie sami dzwonią i mówią: „Zrobiłaś coś? Wyślesz mi?”. Bez całej tej logistyki, umów, wytwórni czy dynamiki sprzedaży. Coś zostało docenione i fajnie, ale ja muszę tworzyć dalej. Ludzie się pytają, co zmieniło się po Sundance? Buty mi rozmokły tam na tym śniegu. Musiałam kupić nowe.

Rozmawiała: Martyna Harland

 Źródło: magazyn SENS, wrzesień 2016 rok

SOK9

Komentarze

komentarzy









Zobacz także




Czytaj więcej
"Manglehorn", czyli na miłość nigdy nie jest za późno Jak oglądać filmy głębiej? W sierpniowym numerze magazynu SENS rozmawiamy psychologicznie o filmie "Manglehorn" ze świetnymi...