Joanna Kos-Krauze: kino zrodzone z niezgody i lęków

17 sierpnia 2016 


Czasami nieważne jest, w jaki sposób stawia się kamerę, ale po co się ją stawia. On to wiedział. I był temu wierny – mówi Joanna Kos-Krauze, z którą z okazji Roku Kieślowskiego rozmawiamy o psychologicznym wymiarze filmów twórcy „Dekalogu” Rozmawia Martyna Harland

Joanna Kos Krauze –  reżyser i scenarzystka, wraz z mężem Krzysztofem Krauze (który zmarł w grudniu 2014 roku) stworzyła jeden z najbardziej twórczych duetów w polskim kinie. Ich najgłośniejsze wspólne filmy to: „mój Nikifor”, „Plac zbawiciela” i „Papusza”. Niedawno w Afryce zakończyła zdjęcia do swojego najnowszego filmu „Ptaki śpiewają w Kigali”.


Po co nam dzisiaj Kieślowski?

W jego filmach nastąpiło ciekawe złożenie kilku osobowości: reżysera, aktorów, operatorów, Zbyszka Preisnera, autora muzyki, ale także Krzysztofa Piesiewicza, współscenarzysty i przyjaciela Krzysztofa, który był i jest też wybitnym prawnikiem. Mądry prawnik jest również dobrym psychologiem. Pewne rzeczy przewiduje i rozumie. Dziś mamy wentyl bezpieczeństwa w postaci terapeutów i psychologów. Kiedyś większość prawdziwych emocji małżeńskich, z którymi pracuje się teraz w terapii, oglądano właśnie w sądach. Filmy Kieślowskiego są ciekawym studium psychologicznym.

Dlaczego jego filmy są tak bliskie odbiorcom? Liczył się w nich człowiek, nie ego reżysera?

Kino Kieślowskiego trafiło w lęki współczesnego człowieka w przededniu zjednoczenia Europy. Zwłaszcza „Trzy kolory”, które opowiadały sytemu francuskiemu społeczeństwu, że nawet takie społeczeństwo ma swoje lęki. Natury metafizycznej, emocjonalnej, międzyludzkiej. Zarzutem często stawianym wobec wobec Kieślowskiego jest dosłowna metafizyka. Jest u niego bardzo dużo scen metaforycznych, takich gdy pęka pióro czy załamuje się lód. Stawiają pytanie o to, czy istnieje w życiu „coś więcej”. Ale Kieślowski nie robi tego wprost.

Zagadka i niedopowiedzenia sprawiają, że widz jeszcze bardziej wypełnia jego filmy sobą. Na tych filmach rzadko płaczemy. One raczej skłaniają do myślenia.

Właśnie dlatego wiele osób twierdzi, że Kieślowski robił bardzo zimne kino. Ja się z tym nie zgadzam. Oczywiście tego rodzaju kino jest świadomie wykoncypowane i wykalkulowane na poziomie materii filmowej, ale jest też głęboko dramatyczną, nie emocjonalną czy histeryczną, refleksją nad światem. One w nas zostają. Co z tego, że się wzruszysz na chwilę? Spłaczesz, wyjdziesz i zapomnisz. Jeśli człowiek uważnie ogląda filmy Kieślowskiego, to zobaczy jego przemianę. Nie bał się jej pokazać. Według mnie to przejaw wielkiej dojrzałości. Funkcja zmiany jest niebywale ważna i silna w kinie. Zmieniamy się i dojrzewamy. Na każdym etapie te same filmy oddziałują na nas inaczej. Ja przynajmniej raz w roku wracam do Kieślowskiego. Niektóre filmy mnie irytują, ale są też fantastyczne. Przedwczoraj oglądałam znowu „Amatora”. Mimo swojej chropowatości jest głęboko przenikliwy, pełen czułości dla człowieka. Chociaż muszę przyznać, że filmowa żona Filipa Mosza jest trochę stereotypowa. Można było pokazać ją jako bardziej dojrzałą kobietę, wtedy zwiększyłby się dramatyzm sytuacji. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek stoję po stronie Filipa. Jeśli kochasz, musisz dać przestrzeń drugiej osobie na jej pasje i marzenia. Nawet pozwolić odejść.

O Kieślowskim mówi się, że życie go uwierało. Filmy brały się u niego z niezgody i lęków. Mimo tego dają nadzieję?

Nie lubię słowa „nadzieja”, jest wyświechtane. Chodzi o to, że dojrzały człowiek po prostu akceptuje pewne rzeczy. One nie mają nic wspólnego z nadzieją. Są związane z pewną energią życia. Z akceptacją tego, co się dzieje. Zmienia nam się wszystko. Nawet rytm biologiczny czy biochemia mózgu. Każdy z nas w pewnym momencie zaczyna patrzeć na wszystko inaczej. Jest takie przysłowie, że nie ma nic gorszego niż głupi starzec. Chodzi o mądrość akceptacji, dramatyzmu życia, pewnego porządku natury. Czy w kinie Kieślowskiego jest nadzieja? Jest, na przykład w „Bez końca” jest nadzieja na zaświaty. Nie jestem osobą wierzącą, więc trudno mi przyjąć taką koncepcję nadziei. Ale jest to ciekawe i zmusza do myślenia.

Dla mnie ten film o nic nie walczy. Ogląda się go jak relację z pogrzebu. Jest smutek, poczucie straty

Ale on właśnie walczy o to, żeby pojawiła się jakaś inna przestrzeń w życiu człowieka. To studium dochodzenia do samoświadomości. Główną bohaterkę, Urszulę Zyro, fantastycznie zagraną przez Grażynę Szapołowską, po śmierci męża dopada refleksja nad życiem: co straciła, kogo skrzywdziła, czy czegoś nie rozumiała? Widzi, że jej związek był na granicy rozpadu, ma poczucie straconego czasu. Ona wykonuje pracę nad sobą. Jeśli człowiek zyskuje w życiu świadomość, to jest już bardzo dużo. Złe rzeczy nie biorą się z tego, że ktoś jest zły. Biorą się z nieświadomości. Nieświadomości tego, że kogoś krzywdzimy.

Filmy Kieślowskiego mogą nam pomóc w zyskaniu samoświadomości?

Na pewno pozwalają zadać sobie pytania. Jego filmy ewoluują. Od przypadku po determinizm – przekonanie, że coś musiało się zdarzyć i nie mamy na to wpływu. Ale mamy wpływ na nasz stosunek do tego, co się wydarzyło. Jak w buddyjskim przysłowiu: „Nie pytaj, kto wysłał strzałę, po prostu ją wyjmij”. W miarę dojrzewania człowiek uczy się tego, że nie ma co zanurzać się w przeszłości. Pewne formuły się wyczerpują, w tym nie ma niczyjej winy. Jestem przeciwniczką tego nurtu w psychologii, który nawołuje do rozliczania się z tym, co było. To zwykle owocuje ekstremizmami. Na przykład politycznymi. Trzeba wszystkich powywieszać, wykrzyczeć, wypomnieć, upokorzyć. Jeżeli tak bardzo chcemy porozliczać wszystkich ze wszystkiego, tworzymy Dekalog Ludzi Zgorzkniałych, którzy za wszystko obwiniają innych.

Uważasz, że nie warto przepracowywać tego, co było trudne w przeszłości?

Przepracowywać tak, ale nie rozliczać. Rozliczanie zawsze jest przemocowe. Natomiast czymś zupełnie innym jest przepracowywanie doświadczeń. Własnych, społecznych, historycznych. To jest niezbędne. Pewne rzeczy muszą się zdarzyć, żeby zadać sobie pewne pytania i zrozumieć komplikacje świata. Człowiek do pełni człowieczeństwa musi popełnić błędy. Zdradzić, okłamać, oszukać, stchórzyć… Musisz zrobić w życiu coś złego, inaczej się nie zawstydzisz. Musisz kogoś skrzywdzić, inaczej nie zrozumiesz, że ktoś przez ciebie cierpi. Inaczej nie będzie przemiany. Taka jest natura rozwoju człowieka.

Gdzie dzisiaj czuć ducha Kieślowskiego? Wspominałaś o filmie „Praktykant” w reżyserii  Junfeng Boo, polska premiera będzie w listopadzie.

W tym filmie widzę echo „Krótkiego filmu o zabijaniu”. On też występuje przeciwko karze śmierci. Główny bohater, Aimar, jest nowym pracownikiem więzienia o zaostrzonym rygorze. Chce poznać mordercę swojego ojca. Ojca, który też był mordercą. Zadaje sobie pytanie, czy sam chce zabić, czy może przerwać ten krąg. Bo pewne granice przekraczamy w sposób niezauważalny – centymetr po centymetrze. Mały krok może zaprowadzić nas na drugą stronę, skąd nie ma już odwrotu. Istotny jest też status świadka zbrodni, to również był przekaz filmu Kieślowskiego o zabijaniu. Co z tego, że nie ty jesteś katem, jeśli patrzysz na zło? Nie reagując, dajesz przyzwolenie, jesteś współodpowiedzialny.

Małe kroki, które niezauważalnie prowadzą nas do zła. Czy to właśnie zainteresowało cię w książce „Maestro. Historia milczenia” Marcina Kąckiego? Wykupiłaś do niej prawa na wyłączność. To reportaż o pedofilskim skandalu w chórze Polskie Słowiki.

Robienie filmu jako studium zła mnie nie interesuje. Naszą busolą bezpieczeństwa, moją i Krzysztofa, było robienie filmów „po stronie”. Po stronie słabszych czy przeciwko czemuś. Nie dojrzałam jeszcze do kina, które by wyłącznie coś afirmowało. Może to przychodzi z wiekiem i wtedy można zrobić „Drzewo życia” jak Terrence Malick? Chciałam zrobić film o pedofilu, żeby zobaczyć w nim człowieka. Zrozumieć, co się dzieje w umyśle, sercu takich ludzi. Widziałam niedawno dokument o pedofilach, którzy zgodzili się poddać kastracji chemicznej i zaangażowali się w to, żeby uświadamiać mechanizmy psychologiczne, biologiczne i społeczne tego zjawiska, by pomagać innym. Próbując tym samym ochronić dzieci. Na końcu zawsze jest człowiek. Film na podstawie książki Marcina Kąckiego interesuje mnie przede wszystkim w kontekście dzieci. Ich niewyobrażalnej, wieloletniej krzywdy. To będzie też film o rodzicach, o tym, jak to jest, że jesteśmy w stanie wyprzeć niektóre rzeczy, nie widzieć ich. Krzywda dzieci okupiona jest milczącą zmową dorosłych. Jest jak bluszcz, który nie wiadomo kiedy rośnie latami i nagle jest tak gęsty, że przesłania wszystko. Pięknie, z wielką empatią i kulturą emocji opisał to Marcin Kącki.

Kończysz zdjęcia do filmu, nad którym zaczęłaś pracę z mężem, Krzysztofem Krauze. „Ptaki śpiewają w Kigali” opowiada o ludobójstwie w Ruandzie. W Afryce nauczyłaś się przeżywać żałobę?

Nad filmem zaczęliśmy pracować razem z Krzysztofem osiem lat temu. To kameralna historia dwójki ludzi, który przeżyli ludobójstwo w Ruandzie. Stawia pytanie: Jak się z tego podnieść i żyć dalej? Główna bohaterka jest ornitolożką, która trochę przez przypadek i wbrew sobie, ratuje córkę rwandyjskiego ornitologa, po czym przywozi ją do Polski. Spotyka się dwoje poranionych ludzi. Próbują się podnieść z niewyobrażalnego. Według mnie żałoba wśród Afrykańczyków jest dużo dojrzalszym przeżyciem niż u nas. W sensie kulturowym, jak i po takiej tragedii jak ludobójstwo. W Polsce funkcjonuje martyrologia. Śmierć jest u nas usuwana. Zresztą, na trywialnym mieszczańskim poziomie traktujemy okrutnie zarówno ludzi odchodzących, jak i żyjących. Warto się nad tym zastanowić.

Teraz czujesz spokój? Szukanie drogi do spokoju było dla Krzysztofa Kieślowskiego bardzo ważne.

Ułożenie się ze sobą i światem jest jakimś kluczem do sensu życia. Jednak aby zyskać ten spokój i sens, można rozszarpać sobie serce. On to zrobił. Szukanie spokoju było u Kieślowskiego bardzo intensywne i dramatyczne. Mówię tutaj o tym, co czuję na poziomie widza. Z poziomu filmowca widzę, że był człowiekiem szalenie uważnym i bardzo cierpiącym. Życie go szarpało, ciągle szukał odpowiedzi. Może był to pewien rodzaj pracoholizmu. Nigdy też nie mizdrzył się do dziennikarzy, ale przez to miał siłę, był prawdziwy. Robienie filmów było dla niego odpowiedzialną sprawą. Nie zamieniał tego w lukier filmowy. Czasami nieważne jest, w jaki sposób stawia się kamerę, ale po co się ją stawia. On to wiedział. I był temu wierny. Może to jego wycofanie się pod koniec życia, powiedzenie na głos, że nie chce już robić filmów, osłabiło go? Podobno na poziomie czakramów, a konkretnie  na poziomie szyszynki mamy naszą energię i wolę życia. Słowo wypowiedziane sto razy najpierw jest myślą, a potem staje się energią, która działa. Dobrze, że Krzysztof był. I nadal jest w swoich filmach.

Rozmawiała: Martyna Harland

Podczas Festiwalu Filmowego  Hommage  à Kieślowski  (Sokołowsko,  9–11 września) odbędzie się spotkanie poświęcone filmoterapii, które poprowadzi psycholog i dziennikarka SENSu Martyna Harland. Zapraszamy!

Źródło: magazyn SENS, wrzesień 2016 rok

SOK9

Komentarze

komentarzy






Poprzedni artykuł
Kim są filmowe syreny?
Następny artykuł
"Komuna" czyli zniewoleni wolnością



Zobacz także




Czytaj więcej
Kim są filmowe syreny? Czy bohaterki nagradzanego filmu „Córki Dancingu”, syreny Złota i Srebrna, to właśnie one - siostry Wrońskie? Odpowiedź...