Jerzy Hoffman: mit pozytywny jest nam dzisiaj bardzo potrzebny

7 sierpnia 2016 


Jerzy Hoffman, kiedyś mocno lewicowy, dzisiaj często wymieniany przez Prawo i Sprawiedliwość, a nawet stawiany za wzór w kontekście dyskusji na temat kina patriotycznego. Czym jest kino historyczne i patriotyczne według Jerzego Hoffmana?

Trzykrotnie żonaty, ojciec Joanny Hoffman, która była jedyną kobietą w zespole tworzącym Macintosha. Później przez lata współpracowała i przyjaźniła się ze Steve’em Jobsem (w najnowszym filmie o twórcy Apple’a gra ją Kate Winslet). Żyd, wykształcony w Moskwie. Jego pełne przygód życie mogłoby posłużyć za scenariusz filmowy. Powstały o nim książki: Jacka Szczerby „Po mnie choćby Potop” i Marty Sztokfisz „Jerzy Hoffman. Gorące serce”.


Martyna Harland: Najpiękniejsi są ludzie, którzy zachowują w sobie dziecięcość. Są zachwyceni światem i zarażają tym innych. Płoną, gdy tworzą. Pięknie mówi o panu Anna Dymna.

Jerzy Hoffman: Praca i biesiada, to moje dwa żywioły. Zawsze potrafiłem je zorganizować. Zabawa odegrała w moim życiu niebagatelną rolę. Od zawsze kierowałem się dziką chęcią przeżycia przygody. W życiu codziennym nie jestem jednak najłatwiejszym partnerem. To wcale nie jest takie proste. Człowiek w stosunku do siebie nigdy nie jest obiektywny. Nie widzi w sobie szeregu rzeczy, które są zauważalne przez innych na co dzień. Kino natomiast jest pracą kolektywną, wymaga niesłychanej współpracy i zrozumienia. Jednocześnie reżyser jest dyrygentem tej orkiestry. Relacje nigdy nie mogą brać góry nad sprawami najważniejszymi, dyscypliną pracy i osiągnięciem maksymalnego efektu. W tym wypadku nic innego się nie liczy. To bywa bardzo bolesne dla bliskich i współpracowników.

W pierwszej klasie szkoły podstawowej skończyło się pana dzieciństwo i zaczęła szkoła życia. „Nie narąbałeś drewna na zimę, to umarłeś z zimna”. Nadzieja miała kluczowe znaczenie podczas pięcioletniego zesłania na Syberię?

Nadzieja ma ogromne znaczenie w życiu człowieka. Pozwala nam przeżyć wszystko, czego nie potrafilibyśmy przetrwać bez nadziei. Wola przetrwania mobilizuje całe siły energetyczne nawet u szczurów. Doświadczenie naukowe pokazało, że wśród szczurów wrzuconych do wody ten, który już wcześniej pływał i pozwolono mu się uratować, pływał dłużej od pozostałych. Miał nadzieję. Każdy człowiek jest inny, w związku z tym różnimy się też jako twórcy. Sztuka musi być przefiltrowana przez samego siebie. A dla mnie nadzieja to bardzo istotny jak nie najistotniejszy temat twórczości.

Twierdzi pan, że człowiek jest z gruntu rzeczy dobry. „Znachor” to film o dobroci i szlachetności ludzkiej. Ludzie wychodzili z tego filmu i przez chwilę mogli poczuć się lepsi. Dzisiaj mało jest pozytywnych wzorców w kinie. Czy emocje pozytywne w filmie są trudniejsze do przekazania?

To, co pozytywne – jest mniej atrakcyjne. Proszę popatrzeć na to, co się dzieje w mediach. Sukces jest na stronie czwartej. Skandal, nieszczęście i przestępstwo są zawsze na stronie pierwszej i to dużymi czcionkami. Obiegowa mądrość mówi, że szczęście pisze białym atramentem, a kino żyje raczej z cierpienia niż z radości. Jednak to trudniejsze i wymaga większego talentu. Na szczęście pojawiły się już filmy na TAK, jak np. „Bogowie”, ale to nie one stanowią główny nurt naszego kina.

Walentyna, była żona, mówiła, że pan Dostojewskiego nigdy nie nakręci. Bo pan nie ma kompleksów. Brak kompleksów jest pomocny, daje siłę. Z drugiej strony spłyca człowieka. Kompleks jest jak robak, który gryzie i zmusza do roztrząsania czy przeżywania.

Pokolenie naszych młodych twórców, często ludzi utalentowanych, ma raczej małe doświadczenie życiowe. To nie jest zarzut, bo gdzie mieli go nabyć? To wielkie szczęście, że od 1945 roku w naszej części Europy, nie ma wojny. Umówmy się, że nasz stan wojenny w porównaniu z prawdziwą wojną, można traktować z przymrużeniem oka. Zresztą dostrzegam zjawisko, że im dalej od wojny, tym więcej kombatantów i bohaterów. To piękne i sprawiedliwe, że oddajemy dziś należny hołd Żołnierzom Wyklętym, ofiarom komunizmu. Ale często stawiamy w jednym szeregu prawdziwych bohaterów, idealistów i patriotów razem z bandziorami. Przecież tam byli różni ludzie. Długoletnie siedzenie człowieka w lesie sprowadza go na drogę bandytyzmu. Nie ma takiej siły, żeby stało się inaczej. Bo człowiek musi jeść, utrzymać siebie i cały oddział. Potrzebuje środków sanitarnych i wszystkiego tego, co człowiekowi niezbędne do przeżycia. W momencie, gdy nie otrzymuje tego dobrowolnie, zaczyna brać to siłą, czy tego chce, czy nie.

My Polacy jesteśmy specyficznym narodem. Zawsze staramy się opluć i zniszczyć każdą tradycję, każdy mit. Józef Piłsudski też był oskarżany o bycie agentem. Początkowo był związany z kontrwywiadem austro-węgierskim, ale oskarżano go przecież o to, że jest agentem Moskwy. Z kolei Mickiewicza oskarżano o bycie agentem Petersburga w Paryżu. Taką już mamy „polską tradycję” i dlatego nie potrafimy w Polsce stworzyć żadnego pozytywnego mitu.

O zniszczonej czeskiej wsi Lidice wiedział cały świat, a o naszej walce z okupantem i stratach, które poniosła Polska, niewiele było wiadomo. Zawsze byliśmy między gruszką a pietruszką. Albo byli Akowcy, a wszyscy inni byli źli, później Akowcy kontra inni. Najpierw, dobrzy byli tylko żołnierze znad Oki a teraz tylko ci spod Monte Cassino. A przecież krew przelewali jedni i drudzy. Za Polskę.

Film o Monte Cassino to jeden z niezrealizowanych projektów. Dlaczego się nie udało?

Film o Monte Cassino miałem zrealizować bezpośrednio po filmie „Do krwi ostatniej”. To była tak jakby „transakcja wiązana”, ale scenariusz się nie udał, a wola zrealizowania filmu wśród decydentów była tylko pozorna. Prawdopodobnie dlatego, że „Do krwi ostatniej” wyszedł daleko poza programowe „od Lenina do Berlina”, a co najistotniejsze, po raz pierwszy poruszyłem sprawę Katynia.

Wybuchła awantura. Film został zdjęty z ekranów, przemontowany i pocięty. A mimo to udało się uchylić drzwi do prawdy. W filmie zawarłem duży kawałek mojego syberyjskiego życiorysu, ale przede wszystkim wojennego życiorysu mojego ojca. Lenino to była krwawa jatka, a szlak do Berlina I Dywizji był zbroczony krwią ofiar.

Rok 2016 ustanowiono Rokiem Henryka Sienkiewicza, wypadają teraz rocznice jego 170. urodzin i setna śmierci. Podobno Sienkiewicza zaszczepił panu ojciec?

Trylogię Henryka Sienkiewicza zacząłem czytać w Kraju Ałtajskim w 1944 roku, mając dwanaście lat. Ojciec, przekroczywszy z armią Berlinga przedwojenną granicę Polski, przysyłał mi książki pocztą polową. Najpierw był „Pan Wołodyjowski”, potem „Potop”, a „Ogniem i mieczem” nie dotarło nigdy, cenzura nie przepuściła. To było tabu. Chodziło przecież o konflikt z Ukraińcami. Przeczytałem ją dopiero po powrocie do Polski w 1945 roku. Zresztą filmową przygodę z Sienkiewiczowską Trylogią rozpocząłem w tej samej kolejności.

Co takiego miała w sobie literatura Sienkiewicza?

Sienkiewicz zainspirował przecież kilka pokoleń ludzi. Bo co to znaczy powieść historyczna? Można największym wydarzeniom poświęcić setki stron i nikogo to nie ruszy, bo przecież nie o to chodzi. Człowieka poruszają bohaterowie, ich charaktery, emocje i problemy. Akurat to u Sienkiewicza, w sferze męskiej jest wspaniałe. Jeżeli chodzi o kobiety Sienkiewicza, to zawsze były trochę takie Marynie Połanieckie. Tak jak w piosence Alicji Majewskiej – „to męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”. Kobieta wiernie czekała, a mężczyzna tułał się, walczył i nadstawiał. No może poza paroma wyjątkami, czyli wiedźmą Horpyną i Kniahinią Kurcewiczową w „Ogniem i mieczem” czy Hajduczkiem, czyli Basią Wołodyjowską w „Panu Wołodyjowskim”.

Proszę zwrócić uwagę na to, jak wielu młodych ludzi przyjęło pseudonimy bohaterów Sienkiewiczowskich. Co to znaczy? To pokazuje, że Trylogia była nie tylko czytana, ale wręcz zaczytywana przez całe pokolenia. Teraz to się zmieniło przez naszą politykę historyczną. Historię i literaturę zwekslowano na boczny tor. Patriotyzm został uznany za coś śmiesznego, a może nawet w jakiś sposób hańbiącego. Zatem dzisiaj widzimy tego efekty. Młodzi ludzie nie wiedzą, o co w tym patriotyzmie chodzi. Nie wiedzą, kim są.

Teraz dużo mówi się o tym, jakie powinno być polskie kino. Kino patriotyczne, kino historyczne. Po „Panu Wołodyjowskim” stał się pan specjalistą̨ od tego typu filmów.

Wie pani, jak się mówi, to jest źle. Jak się robi, to jest lepiej. Kino może być dobre tylko w jednym wypadku, jeżeli będzie powstawać dobra literatura. Na podstawie dobrego scenariusza może powstać zły film, ale na podstawie złego scenariusza, dobry film nigdy nie powstanie.

Nie chodzi o to, żeby bohaterowie mówili hasłami i wyrażali racje tych czy innych rządzących polityków. Chodzi o to, żeby to byli żywi ludzie z wszystkimi swoimi problemami i konfliktami. Wtedy dopiero może powstać kino, które zmusi widza do przyjścia. A jak zmusi go do przyjścia, to zmusi go też potem do myślenia.

Na czym polegał paradoks „Pana Wołodyjowskiego”?

W 1968 roku wybuchła w Polsce antysemicka nagonka. Paradoks „Pana Wołodyjowskiego”, wtedy najbardziej patriotycznego z polskich filmów, polegał na tym, że scenarzysta Jerzy Lutowski, reżyser Jerzy Hoffman, asystent reżysera Jakub Goldberg, autor zdjęć Jerzy Lipman i kierownik produkcji Wilhelm Hollender: eto wsio byli Jewrieje. To wszystko byli Żydzi. Z kolei po „Ogniem i mieczem” postanowili mnie uhonorować francuscy masoni. Otrzymałem tytuł komandora Loży Montmartre’u, bo Montmartre to dzielnica artystów.

Pana ulubiony reżyser to Charlie Chaplin. Kino powinno przede wszystkim wywoływać emocje?

Chaplin wzruszał i śmieszył wszystkich. Intelektualistów i tak zwane kucharki. Na tym polega wielkość kina. Najważniejsze emocje w filmie to miłość, nienawiść, zazdrość i żądza władzy. Inaczej jest letnio, a przecież lepiej żyć bardzo. Ze wszystkich filmów Federico Felliniego, przy całym szacunku dla „Osiem i pół” i jego wielkich filmów, najbardziej kocham „La Stradę” z Giuliettą Masiną. To niesłychanie chaplinowski film.

Wie pani, my w Polsce, mamy wspaniałych bohaterów. Przepięknych. Czy wie pani, jak się nazywa najwyższy szczyt górski na Madagaskarze? Beniowski!

A co robił Polak na Madagaskarze?

Maurycy August Beniowski był królem Madagaskaru. Dwukrotnie uciekał z zesłania, skąd zorganizował ucieczkę statkiem. Brał udział w konfederacji barskiej. Kobiety kochały go na zabój. Wspaniała postać. Był bohaterem wielu utworów literackich, m.in. Juliusza Słowackiego. Czy widziała pani film „Fanfan tulipan” w reżyserii Christiana-Jaque’a z główną rolą Gerarda Philipe’a? Niech pani obejrzy. To jest właśnie tego typu bohater.

A na przykład Tadeusz Kościuszko? Wielka postać, ale trudna do pokazania w filmie w sposób atrakcyjny.

Chyba ciekawszy jest Kazimierz Wielki i jego słynne romanse. Z Żydówką Esterą i innymi.

O nim nawet już powstał film, tylko nie taki jak trzeba. A symbol silnej Polski, czyli Bolesław Chrobry? Mamy przecież literaturę Antoniego Gołubiewa, wręcz idealną na serial.

Czy Jerzy Hoffman ma jeszcze jakieś filmowe marzenia?

Praca reżysera filmowego to nie jest praca indywidualna jak w przypadku malarza, kompozytora czy pisarza. Wymaga nie tylko głowy, ale też sprawności organizmu. Nasz opiekun na studiach, słynny gruziński reżyser Micheil Cziaureli, powtarzał, że zawód reżysera filmowego jest na drugim miejscu pod względem wyczerpania organizmu po zawodzie lotnika wyczynowca: „Kto z was nie ma odporności psychofizycznej, niech sobie poszuka innego zajęcia. Musicie zakładać, że wychodząc na plan, będziecie mieli przeciwko sobie wszystko: ludzi, technikę i naturę”. Nie jestem już w takiej formie jak kiedyś. Lepszych filmów od tych, które zrobiłem – już nie zrobię. Nie marzę o tym, by umrzeć na planie. Mam swoje Mazury a życie jest piękne. Tyle rzeczy jest do zobaczenia, do przeczytania…

Pańskie nazwisko jest dzisiaj bardzo często wymieniane przez Prawo i Sprawiedliwość, a nawet stawiane za wzór w kontekście dyskusji na temat kina patriotycznego. To partia, do której wizji świata, wspólnoty i patriotyzmu pańskie kino czy literatura Sienkiewicza wydają się szczególnie pasować?

Nie sądzę, aby patriotyzm był własnością jakiejkolwiek partii. W moim pojęciu jest po prostu obowiązkiem każdego obywatela. Nigdy nie byłem na afiszu PiS-u. Dzisiaj nie można mnie utożsamiać z żadną partią. Lewica, z której się wywodzę, dała nieodwracalnie dupy. Platforma butą i arogancją skutecznie wypracowała swoją klęskę. PiS-u się boję. Nadzieję wiążę ze zmianą pokolenia i polityków myślących w kategoriach Polski, a nie partii. Ale to już chyba nie za mojego życia.

Spór o Sienkiewicza trwa do dzisiaj. Czy zgodzić się z Brzozowskim, że Sienkiewicz to piewca Polski zdziecinniałej, chowającej się w krainie bezpiecznej przeszłości. Pod pozornym pokrzepieniem serc, pokazujący Polaków oddzielonych od nowoczesności. Sny o potędze zamiast prawdy?

Sienkiewicz odegrał olbrzymią rolę w kształtowaniu naszej świadomości narodowej. W walce o niepodległość, w walce z hitlerowskim okupantem, wielu młodych ludzi przybierało pseudonimy zaczerpnięte z Trylogii, ale nie należy czytać Sienkiewicza na kolanach.

Tworzył pan kiedyś literaturę?

We wczesnej młodości pisałem trochę wierszy. Niektóre, niestety, nawet drukowano. Na szczęście w porę zrozumiałem, że poeta ze mnie żaden.

Który z bohaterów w pańskim filmie przydałby się dzisiaj Polsce. Uczciwy Andrzej Kenig z filmu „Prawo i pięść”?

Ja wiem, że kino, a szczególnie telewizja, mają dzisiaj wpływ na myślenie ludzkie. Jednak nie przeceniałbym ich roli. W Polsce ważni są bohaterowie, którzy są aktywni, uczciwi i niestety również sprytni i niewrażliwi. Wrażliwcy w naszych czasach skazani są na przegraną.

A Sienkiewicz na nowo? Tomasz Kozak w filmie „Klasztor inversus” tak przemontowuje ekranizację „Potopu”, że Kmicic, zamiast bronić Częstochowy, dowodzi jej oblężeniem.

Mamy dzisiaj dwa potężne kraje na świecie, Stany Zjednoczone i Rosję. Jakbyśmy nie wymachiwali szabelką, to wobec Rosji, jesteśmy jak piesek obszczekujący słonia. Proszę zwrócić uwagę na to, że w jednym i drugim kraju silnie stawia się na patriotyzm. Oczywiście, w zależności od miejsca występowania, przybiera on różne formy. Jednak ludzie nie wstydzą się tam bycia patriotami. Od dumy z flagi narodowej, poprzez rękę trzymaną na sercu w czasie hymnu, aż do stworzenia całego mitu założycielskiego. Mitu na temat tego, jak powstawała Ameryka. W obu tych krajach tworzy się mity, ponieważ wierzy się, że są potrzebne ludziom. Nie jest ważne to, czy mity są prawdziwe. Ważne, że są in plus. Co z tego, że western nie jest prawdziwy. Mit pozytywny jest po prostu bardzo potrzebny.

Jeżeli weźmie się nasz mały kraj o takiej historii, gdzie przez lata nie mieliśmy państwowości, prześledzi dramaty naszych granic i przesiedleń, to oczywiście można robić „Króla Ubu” rozgrywającego się w Polsce, czyli nigdzie. Tylko to nie może być główny temat tego, czym my żyjemy dzisiaj. Po prostu nie może. Ponieważ dojdziemy do tego, do czego doszło dzisiaj na Ukrainie. Ludzie nie wiedzą tam, kim są. Rozumie pani? Albo są nacjonalistami typu Bandera, albo ludźmi, którzy nie wiedzą, czy są Ukraińcami, a może Rosjanami.

Bardzo chciałbym, żebyśmy w Polsce zaczęli wreszcie cenić prawdziwy sukces. Niezależnie od tego, gdzie i w czym jest odniesiony. W nauce, w pracy społecznej czy w kulturze. Dobrze wiem, że pozytywny bohater jest o wiele gorszym materiałem na bohatera niż Kmicic, który przechodzi wszystkie etapy przemiany.

Ze świętych i dobrych trudno zrobić bohaterów. Pamiętam, jak starałem się na jednym z festiwali wybronić niedobry film o Koperniku. Jeden z moich francuskich kolegów powiedział mi wtedy: wiesz Jerzy, ten Kopernik to naprawdę świetny temat na film pod warunkiem, że to pseudonim gangsterski.
Jak tworzyć ten pozytywny mit o Polsce?

Mamy mnóstwo zdolnych ludzi, świetnych naukowców. Proszę zobaczyć, jakie osiągnięcia mają nasi studenci w różnych dziedzinach badań naukowych czy w elektronice. Polsce dzisiaj potrzebny jest przede wszystkim spokój i autentyczna praworządność, ale cóż…

Co się teraz wyprawia z Lechem Wałęsą. Przyjdzie taki czas, że wielu z naszych polityków, z każdej frakcji, która rządziła teraz Polską, stanie przed Trybunałem Stanu.

Podobno powstało już Muzeum Jerzego Hoffmana?

Jestem ostatnim reliktem kultu jednostki. Mam za życia Muzeum. Stworzył je pan Tadeusz Ładno w Zielonce pod Warszawą, a konkretnie w hotelu „Trylogia”. Każde piętro jest poświęcone innemu filmowi – pierwsze to „Pan Wołodyjowski”, drugie „Potop”, a trzecie to „Ogniem i mieczem”. Osobna sala poświęcona jest pozostałej twórczości.

Na „Titanicu” mieli pieniądze, nie mieli szczęścia. A pan?

To mój przyjaciel Wiktor Zborowski wznosząc toast, odwołuje się do Titanica, życząc fartu. Pieniędzy miałbym więcej, gdybym filmy robił w kapitalizmie, choć i tak narzekać nie mam prawa. A co do fartu, to miałem go przez całe życie. Paradoksalnie wywózka na Syberię uratowała mnie przed Holokaustem. Przewodniczącym komisji na egzaminie do szkoły filmowej, którego nie miałem prawa zdać, był profesor Stanisław Wohl, przyjaciel mojego ojca z frontu. Udało mi się spełnić marzenie mojego życia, przenieść na ekran całą Trylogię Henryka Sienkiewicza. Oczywiście fart nigdy nie jest pełny, bo za wszystko się w życiu płaci. To, że pierwsze moje małżeństwo było nieudane, a córka, która była wychowywana na mojego wroga, dzisiaj jest moim przyjacielem, to jest właśnie fart.

Szczęście osobiste człowieka jest najważniejsze. Kochane zdrowie nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz. I to jest prawda. Dlatego życzę pani, sobie i Polsce, zdrowia.

Rozmawiała: Martyna Harland

Źródło: http://film.onet.pl/artykuly-i-wywiady/jerzy-hoffman-mit-pozytywny-jest-nam-dzisiaj-bardzo-potrzebny-wywiad/jtwe3x

Komentarze

komentarzy









Zobacz także




Czytaj więcej
Filmoterapia na Festiwalu Dwa Brzegi „Filmoterapia z SENSem” odbędzie się 6.08 godz. 12.45 w Black Red White Café podczas 10. Festiwalu Filmu i Sztuki...