W jaki sposób filmy mogą pomóc w rozwijaniu seksualności?

31 stycznia 2016 


Puść się. Slow sex

Martyna Harland (artykuł z Gazety Wyborczej – poniżej podkreślony w tekście fragment dotyczący wpływu filmu na rozwój seksualności)

Puścić się w seksie – oj, chciałoby się. Czerpać radość, odczuć go w pełni. Ale ciągle coś przeszkadza: trudne emocje, wkurzający partner, stres, zapracowanie, codzienna lista zadań, która z każdym dniem się wydłuża… Codzienne problemy spychają radosny seks na odległą pozycję. A jakby tego było mało, kultura promuje romantyczną wizję miłości i związku, w których temat seksu sam się załatwi.

Prawda jest taka, że jeżeli chce się mieć udany seks w związku, to trzeba mu poświęcić wiele uwagi. Wiadomo, że należy dbać o zdrowie, wychowanie dzieci, pracę. Ale w tym wszystkim umyka nam troska podstawowa – o siebie i o nasze związki, które przecież, jak pokazują statystyki, stawiamy na równi z rodziną, ceniąc je wyżej niż pracę czy karierę.

Decyzja: dobrze, wreszcie zajmę się życiem seksualnym tak samo serio i z zaangażowaniem co innymi obowiązkami, jest niezbędna. Nie tylko dla samego seksu, również dla dobra związku.

Tylko jak to zrobić, jeżeli tempo życia zabija to, co najcenniejsze? W poprzednich stuleciach szybkość życia więcej nam dawała, niż odbierała. Dzisiaj pośpiech raczej szkodzi, niż cokolwiek ułatwia.

Żółw bierze zająca, czyli spiesz się powoli

Najważniejsze rzeczy to nie te, które możemy zdobyć, ale te, które już mamy: kontakt z naturą czy bliskie relacje z innymi ludźmi – Epikur mówił o tym 300 lat przed Chrystusem. Dzisiaj opór przed przyspieszaniem i konsumowaniem bez końca staje się powszechny. Naukowcy szacują, że każdego dnia nasz umysł musi przetworzyć 34 gigabajty danych. Tymczasem z badań psychologa George’a Millera wynika, że ludzkie możliwości przetwarzania informacji i podejmowania decyzji ogranicza magiczna siódemka: potrafimy myśleć o maksimum siedmiu rzeczach jednocześnie. A to oznacza, że współczesny człowiek nie ma czasu na kontakt z samym sobą.

Na ratunek przychodzą artyści; Zbigniew Libera chce zbudować maszynę do deprywacji sensorycznej, dzięki której człowiek mógłby na chwilę odciąć się od wszystkich bodźców zewnętrznych atakujących go na co dzień. Maszyny deprywacyjne miałyby być ogólnie dostępne – za jedyne 5 złotych każdy z nas mógłby odzyskać w nich kontakt ze sobą. Według Libery naszemu układowi nerwowemu wystarczyłoby na to 45 minut.

Carl Honoré, twórca ruchu slow i autor słynnej książki „Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”, nawołuje, żeby odrzucić megaszybkość, którą narzuca nam cywilizacja. Odpoczywajmy, zajmujmy się dziećmi, nie starajmy się mieć wszystkiego naraz. Chodzi o to, żeby robić mniej, ale wolniej i bardziej świadomie. Szybko jedząc, podróżując, uprawiając seks, pomijamy to, co najważniejsze. Wpadamy w rutynę i działamy na autopilocie. A rutyna jest mordercą przyjemności.

Tylko czy życie na niskim tętnie jest pociągające? I czy może być produktywne? Nie wspominając już o tym, że ciągły bieg, pośpiech dostarczają nam adrenaliny, która działa jak narkotyk.

Otóż – może. Psycholog pozytywny Mihály Cs~kszentmihályi, który na podstawie wieloletnich badań stworzył teorię przepływu, opisuje stan „flow” jako całkowite zanurzenie w konkretnym działaniu. To pozwala nam zapomnieć o wszystkim innym, a czas traci na znaczeniu. Uważne i świadome życie nie zabiera nam intensywnych wrażeń, przeciwnie – dostarcza ich coraz więcej.

Chodzi po prostu o to, żeby biec wtedy, kiedy sytuacja rzeczywiście tego wymaga, a nie ciągle. A może ruch slow wraz z filozofią uważnego i świadomego życia będzie w stanie założyć kaganiec kapitalizmowi?

Slow sex nie znaczy w żółwim tempie

Ruch slow sex narodził się w 2002 roku we Włoszech. To wtedy Alberto – nomen omen – Vitale postanowił pokazać, jak rozwijanie seksualności przekłada się na nasze życie. Nie tylko to w czterech ścianach, również na relacje z innymi ludźmi czy na pracę. I w drugą stronę – jak na naszą seksualność wpływają codzienne sprawy: stres w pracy, choroby, nawet klimat, w którym żyjemy.

Vitale stwierdził krótko: seksualność jest najbardziej delikatną sferą naszej psychiki.

Slow sex nie ma nic wspólnego z dosłowną powolnością. Chodzi o nawiązanie prawdziwego kontaktu z drugą osobą – takiego, który opiera się na samoświadomości i świadomości emocji naszego partnera. To nie gra w napaloną pielęgniarkę czy pilota w opałach. Przebieranki są fajne, ale trudno tam o autentyczność. Tymczasem slow food czy slow sex mają wartość i sens, bo apelują o przywrócenie podstawowym czynnościom życiowym ich zasadniczej wagi.

Według hierarchii potrzeb Maslowa oprócz potrzeby braku napięcia, snu i jedzenia to właśnie seks należy do naszych potrzeb fizjologicznych. Gdy te podstawowe potrzeby nie są zaspokojone, dominują nad potrzebą bezpieczeństwa, miłości, przynależności i wszystkimi innymi potrzebami wyższego rzędu. Wypierają je na dalszy plan i decydują o ludzkim zachowaniu.

Seks przynosi nam przyjemność i bezcenną bliskość. Ale uświadamiamy to sobie z całą jasnością dopiero wtedy, gdy przychodzi kryzys w związku. Gdy brak nam seksu lub uczuć.

Bo seks to znacznie więcej niż penis w waginie. To dotyk, bliski kontakt z drugim człowiekiem, zrozumienie, a także zadowolenie, nawet jeśli nie mieliśmy orgazmu. To przyjemność czerpana wszystkimi zmysłami. To głębokie połączenie emocjonalne lub po prostu dobra zabawa.

Bon mot, że kobieta czy mężczyzna kocha się całą dobę, sam się ciśnie na usta, bo seks przekłada się na jakość całego życia. Tym bardziej warto odpowiedzieć sobie na pytanie: co to dla mnie znaczy być seksualnym mężczyzną, seksualną kobietą? Czy moja seksualność wiąże się jakoś z moją misją życiową? Czy mój seks i moje związki wspierają mój rozwój, dają energię do życia, powodują, że to, co dla mnie w życiu najważniejsze – na przykład kariera czy wychowywanie dzieci – dostaje zastrzyk energii? I jeszcze: czy potrafimy rozmawiać na trudne tematy? Co zrobiliśmy, żeby znaleźć rozwiązania tych najtrudniejszych? Na ile dbamy o to, co dobre?

Jeśli odpowiedź brzmi: nie, nie bardzo, tak sobie, nie wiem – najwyższy czas wziąć się do roboty.

Łatwo powiedzieć. Bo jeżeli ktoś chce się rozwijać intelektualnie, sięga po książki. A jak rozwinąć własną seksualność? Na czym się skoncentrować?

Zabierając się do poprawy relacji seksualnych, często skupiamy się na technikach, pozycjach i gadżetach. Dobrze jest wiedzieć, że waginę należy pieścić, mając w pamięci „wskazówki na godzinie trzynastej”, a mistrzowskie miejsce to fourchette, czyli widelczyk. Ale to za mało, żeby naprawdę rozwijać się w seksie. Bo rozwój – niezależnie od tego, czy ktoś jest singlem, czy żyje w parze – oznacza poszerzanie świadomości, poprawę jakości seksu i kontakt z emocjami.

Momenty były?

Ktoś zapyta: no dobrze, ale co z konkretami? Proszę bardzo. Zacznijmy od rozmowy.

Na początku rządzą nami hormony, dopiero potem zaczynamy rozpoznawać emocje. A to oznacza, że bez rozmowy pozostawiamy seksualność na poziomie biologii.

Ludzie mogą być razem wiele lat i nie znać się nawzajem, bo przez cały czas prześlizgują się po powierzchni. Żyją obok siebie w przekonaniu, że więcej ich dzieli, niż łączy, a okazuje się, że tak naprawdę są jak marchewka z groszkiem. Mają tylko problem z nazywaniem, rozumieniem i komunikowaniem swoich potrzeb i emocji. A z emocjonalną częścią naszej seksualności wyjątkowo trudno sobie poradzić, bo często boimy się z nią skonfrontować. Co może posłużyć jako gadżet, który będzie pełnił funkcję „siłowni emocjonalnej” dla pary?

Dobrym otwieraczem do rozmowy o emocjach i potrzebach jest film. Stwarza bezpieczną przestrzeń do wymiany tego, co myślimy i czujemy, ponieważ mówimy nie o sobie, ale o bohaterze. Jednocześnie odgrywa rolę diagnostyczną: gdy oglądamy film, zachodzi tzw. mechanizm projekcji – rzutujemy na ekran siebie, swoje emocje, doświadczenia i wiedzę, a więc to, na co zwracamy uwagę podczas seansu, mówi dużo o naszych potrzebach.

Rozmawiaj, jedz, kochaj się

Rozmowa to pierwszy krok. Według filozofii slow sex kolejne, które pozwolą zaangażować się w stosunek seksualny całym ciałem, głową i sercem, to praca nad konkretnymi elementami życia intymnego: uważnością, obecnością, kontaktem z własnym ciałem, nieśpiesznym kochaniem się i rytuałami. Piszą o tym Marta Niedźwiecka i Hanna Rydlewska w „Slow sex. Uwolnij miłość”. To świetna książka dla każdego, kto uważa psychologię za mętne, niekonkretne dywagacje. Pierwsza polska publikacja na ten temat jest bardzo rzeczowa. Oto garść przykładowych haseł.

* CZAS:

Minęły już czasy prehistoryczne, gdy sprawę należało załatwić szybko, bo w każdej chwili groził atak dzikiego zwierzęcia lub rywala. Warto poszukać w seksie własnego tempa i rytmu. Tak zwane tempo giusto przenosi nas z automatycznego, rutynowego seksu w miejsce, gdzie my dyktujemy warunki. Decydujemy, co ma się wydarzyć i w jakim momencie. Raz szybciej, raz wolniej. Kobiety rozgrzewają się wolniej, a osiągnięcie stanu pełnego podniecenia zajmuje im średnio 20 minut wobec męskich 10 lub mniej.

* DOTYK:

Dobrego dotyku brakuje nam dzisiaj nawet bardziej niż seksu. Kojący, emocjonalny dotyk jest najbardziej pierwotną potrzebą człowieka, ważniejszą nawet od jedzenia. Potwierdza to eksperyment przeprowadzony przez Harry’ego Harlowa. Słynny psycholog zastąpił młodym rezusom prawdziwe matki sztucznymi: jedna była miękka i ciepła, druga druciana, sztywna, niemiła w dotyku, za to miała pojemnik pełen jedzenia. Młode małpy, choć głodne, w ogromnej większości spędzały czas wtulone w miękką matkę zastępczą.

To znany eksperyment, jeszcze z lat 50. i 60. A całkiem niedawno, bo cztery lata temu, psycholog z Berkeley Matthew J. Hertenstein udowodnił, że dzięki dotykowi można przekazać drugiej osobie konkretne uczucia: gniew, strach, wstręt, miłość, wdzięczność, współczucie, szczęście i smutek. Uczestnicy eksperymentu nie widzieli twarzy osoby dotykanej, nie mogli z nią rozmawiać, a mimo to z 78-procentową skutecznością odczytywali przekazywane im emocje.

Istnieją też badania pokazujące, jaka porcja dotyku dziennie zapewnia zdrowie psychiczne i fizyczne. Minimum plasuje się w okolicy 20 „głasków” albo czterech przytuleń, które powinny trwać dłużej niż 20 sekund. Dopiero wtedy wydziela się wystarczająca ilość oksytocyny – hormonu miłości, który jeszcze niedawno kojarzył się tylko ze skurczami porodowymi – żeby utrzymać nas w dobrym samopoczuciu.

* CIAŁO:

Dbając o nie, powinniśmy znaleźć jedną dobrą, ożywiającą ciało aktywność na każdy dzień. Spacer, rower, jogging, taniec, masaż – ale też jakościowe jedzenie spożyte z uwagą i spokojem.

To wskazówka niemal filozoficzna, ale jest też konkret – receptywność, czyli zdolność odbierania bodźców przez nasze ciało. Spróbujmy ją zwiększyć, dbając o powięź i propriocepcję. Ta pierwsza to tkanka łączna, która okrywa nasze mięśnie i organy. Ma bezpośredni związek z jakością życia seksualnego; jej pasma w obszarze miednicy są często usztywnione i napięte, co przekłada się na osłabienie bodźców odbieranych w tym obszarze. Ta druga to zmysł tego, jak układa się ciało w przestrzeni, swoista wewnętrzna nawigacja w trójwymiarowej przestrzeni; dzięki sieci proprioreceptorów organizm dostaje informacje o pozycji, ruchu, sile dotyku. Propriocepcja sprawia, że wiemy na przykład, gdzie znajduje się nasza ręka czy noga, nawet gdy na nią nie patrzymy. Za każdym razem, kiedy przećwiczymy coś nowego w seksie, nauczy się tego nie tylko nasz umysł, ale również ciało – i podsunie nam tę wiedzę następnym razem.

* UWAŻNOŚĆ:

To skupienie całej uwagi – czuciowej, emocjonalnej i intelektualnej – na aktualnie wykonywanej czynności. Kiedy jakaś sytuacja wytrąca nas z codziennej rutyny i wywołuje ciekawość czy zachwyt, dzięki uważności możemy skupić świadomość i przeżyć konkretne wydarzenie na głębszym poziomie.

Dlatego w seksie ważne jest zaangażowanie emocjonalne. Obecność jest jakością, za którą najbardziej tęsknią kobiety i mężczyźni, którzy przeżywają kryzys w związku. Mówią wtedy, że druga osoba jest obok, ale jakby jej nie było. Wszyscy chcą być zakochani, bo zakochanie „robi” za nas uważność i obecność, ale w codziennym życiu dajemy się ciągle rozpraszać. Przywracanie obecności to przywracanie zdolności widzenia drugiego człowieka.

* ŚWIADOMOŚĆ:

Dzięki świadomości rozumiemy świat i siebie samych. Aktywne korzystanie z niej oznacza ciągłe sprawdzanie, czy nie jesteśmy w niewoli własnych nawyków, czy ostatnio spróbowaliśmy czegoś nowego.

Ludzie są „skąpcami poznawczymi”: nie jesteśmy w stanie przetwarzać wszystkich bodźców docierających do nas na co dzień i gdyby nie czynności nawykowe, nie moglibyśmy skoncentrować się na działaniu i wykonywaniu wielu czynności jednocześnie. Ale nawyk, który jest naszym sługą, gdy prowadzimy auto, zmienia się w pana, kiedy nieustannie sprawdzamy wiadomości na Facebooku. A przecież Arystoteles powiedział, że jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy – i niewiele się mylił; psychologowie twierdzą, że nawet 95 proc. naszych codziennych zachowań to nawyki.

Jakby tego było mało, nawykowe myślenie ma olbrzymi wpływ na nasze zachowanie, a to, jak człowiek postrzega świat, silnie determinuje jego działania. Olga Tokarczuk, która jest nie tylko pisarką, ale też psycholożką, w książce „Moment niedźwiedzia” zauważa: „kiedy wierzono, że świat jest płaski, był on płaski: nie podróżowało się za morza, nie wykraczało się poza krańce”.

Dlatego dobrze jest wyrobić w sobie nawyk ciągłego i codziennego buntowania się przeciwko niepodważalności swoich racji. Budować świadomość – i w ten sposób poszerzać własną strefę komfortu. Również w seksie, bo pewność siebie w tej dziedzinie wiąże się właśnie z samowiedzą. Do satysfakcjonującego seksu potrzebujemy świadomie wybrać to, co dla nas najlepsze.

Praktykowanie uważności i świadomej uwagi nie zawsze jest łatwe. Może w nim pomóc trening mindfulness. Trzeba tylko pamiętać, że tzw. uważna obecność i samowiedza stawiają pewne wymagania: chodzi w nich nie tylko o to, żeby w życiu było przyjemnie, ale też o to, żeby konfrontować się z tym, co się dzieje tu i teraz. Nie uciekać przed tym.

* RYTUAŁY:

Rutyna jest w stanie zabić każdy związek. To nie znaczy, że powtarzalność w życiu seksualnym nie jest potrzebna. Tak naprawdę rytuały to jedyna możliwość uniknięcia rutyny. Tylko jak odróżnić rytuał od rutyny?

Rytuał musi zawierać gesty i symbole wprawiające nas w określony stan. Można też stworzyć specjalną przestrzeń przeznaczoną na seks, taki „pokój schadzek”. Ale uwaga: najlepszy rytuał to taki, który porusza wszystkie zmysły, same słowa albo gadżety to za mało. W rytuałach Zachodu często używa się przedmiotów, żeby w nie wejść: kobieta zakłada seksowną bieliznę i szpilki. Ale gadżety i akcesoria zbyt często rozpraszają i nie pozwalają na utrzymanie kontaktu emocjonalnego. Może, wzorem rytuałów Wschodu, najpierw warto zejść głębiej i skupić się na partnerze?

Zastosowanie rytuałów w seksie wywodzi się właśnie ze Wschodu, z tantry. Nazwa tego systemu filozoficznego, który narodził się w drawidyjskich Indiach około 7 tysięcy lat temu, oznacza „rozciąganie świadomości”. Całej świadomości – dlatego zanim w tantrze dojdzie się do seksu, spędza się czas na zwiększaniu samoświadomości ciała i emocji. W ten sposób ludzie uczą się postrzegać świat i siebie bez osądów. Obowiązuje zasada „obserwuj, ale nie oceniaj”.

Tylko czy tantra nadaje się dla nas, ludzi kultury europejskiej, w której głęboki relaks i medytacja nie przychodzą łatwo? Owszem. Do potrzeb zachodniego człowieka tantrę dostosował Osho, słynny guru i propagator osobistych poszukiwań duchowych, już w latach 60., a seks tantryczny w wydaniu chrześcijańskim przedstawił jeszcze wcześniej, bo w pierwszej dekadzie XX wieku, George Washington Savory w książce „Hell on Earth Made Heaven: The Marriage Secrets of a Chicago Contractor”. Można podejrzewać, że było mu o tyle łatwo, że duża część praktyki tantrycznej jest bliska temu, co głosi dzisiejsza psychologia: polega na systematycznym przepracowywaniu i rozwiązywaniu problemów osobistych oraz zwiększaniu samoświadomości.

Slow sex tantrą nie jest – bo stawia sobie za cel nasz rozwój seksualny, a ta duchowa dyscyplina traktuje ciało jako instrument modlitwy – ale się nią inspiruje.

Tak czy inaczej, większość z nas nie oddaje się namiętnie rytuałom. Przeszkadza przekonanie, że miłość i seks realizowane w ten sposób przestają być spontaniczne. Tylko czy muzyk może zostać wirtuozem bez setek godzin spędzonych na improwizacji?

Z relacjami, szczególnie tymi długoletnimi, jest jak z cyklami przyrody. W związku też następują po sobie pory roku. Początek to wiosna i motyle w brzuchu, ale prędzej czy później przychodzi czas jesieni i zimy. Od nas zależy, czy wiosna wróci.

Z jakim problemem seksualnym polskie pary najczęściej zgłaszają się do gabinetu terapeuty? Z nudą. Dlatego warto się dowiedzieć, co się pod nią kryje. Nuda na plaży różni się przecież od tej w kolejce u dentysty. Często pod „nudą” w związku schowane są smutek czy żal. Nie można zamknąć się tylko na niektóre emocje, na przykład te, które są niewygodne i trudne. Blokując w sobie odczuwanie złości, gniewu, żalu, lęku czy smutku, zamykamy się także na wszystkie dobre i radosne rzeczy, które moglibyśmy przeżywać. W seksie i w ogóle.

Dlatego warto mieć oczy szeroko otwarte na nagromadzone przez lata emocje i doświadczenia. Jedynym wyjątkiem jest orgazm. Na tę chwilę możemy mieć oczy szeroko zamknięte.

Jak znaleźć swoje idealne tempo? Jak nie kończyć przed czasem? Jak czytać ciało i reakcje drugiej strony? No i co zrobić, kiedy przestaje się chcieć? Odpowiedzi dostarczają Marta Niedźwiecka i Hanna Rydlewska w książce „Slow sex. Uwolnij miłość”.
Źródło: Gazeta Wyborcza, Magazyn Świąteczny 30-31 stycznia 2016r  http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,132749,19555265,pusc-sie-slow-sex.html

z19556237EN

Komentarze

komentarzy









Zobacz także




Czytaj więcej
Nauka wolności czyli filmy "Pokój" i "Fusi" Według podejścia filmoterapeutycznego każdy może znaleźć indywidualny klucz do filmu, w zależności od tego, w jakim...