Filmoterapia z Grażyną Torbicką

20 lipca 2016 


Kino kocha, ale nie szuka w nim relaksu. Woli filmy, które uwierają, elektryzują, otwierają oczy na światy, o których istnieniu nie wiedziała. Grażyna Torbicka w rozmowie z Martyną Harland opowiada, jaką emocjonalną edukację zafundowała jej światowa kinematografia, z czego uleczyła i na co otworzyła


Martyna Harland: Zanim zaczęłyśmy pracować razem przy programie „Kocham Kino”, pierwszy raz spotkałyśmy się cztery lata temu, przy okazji włoskiego filmu „Pinuccio Lovero”. Pinuccio miał niespotykaną pasję, chciał zostać grabarzem. Kiedy odkryłaś swoją pasję do filmu?

Grażyna Torbicka: O tym, że będę studiować na wydziale wiedzy o teatrze w Akademii Teatralnej, zdecydowałam, gdy byłam w trzeciej klasie liceum, przez przypadek. Do ręki wpadła mi ulotka informująca o tym, że teatrologia pierwszy raz otwiera się na maturzystów, nie tylko magistrów. Byłam wtedy w klasie matematyczno-fizycznej. Uwielbiałam fizykę. Moje myślenie o przyszłości związane było z Politechniką. Mój nauczyciel, profesor Mikos, potrafił zrobić z fizyki to, czym ona jest, opowieścią z pogranicza fantasy. Być może już wtedy byłam bliskofilmu. Eksperymenty fizyczne były dla mnie wejściem w świat nienamacalny, który zawsze mnie fascynował. Jednak gdy okazało się, że z teatru można zrobić sposób na życie, natychmiast w to weszłam. Film pojawił się później, również przez przypadek i już w efekcie pracy na Woronicza. Zaczynałam od Teatru Telewizji. Chwilę przedtem miałam jeszcze krótką przygodę z programem sportowym, razem z Włodkiem Szaranowiczem. Wtedy okazało się, że telewizja na żywo jest zgodna z moim temperamentem. Odpowiadały mi emocje, adrenalina i konieczność koncentracji w momencie, gdy zaczyna się transmisja. Później otrzymałam propozycję od Ewy Banaszkiewicz i Jerzego Kapuścińskiego, żeby zająć się filmem pod hasłem „Kocham Kino”. To miał być rodzaj telewizyjnego, dyskusyjnego klubu filmowego. Mieliśmy przedstawiać tam specyficzny repertuar. Dwójka miała wtedy formę długich wieczornych rozmów z twórcami na żywo. Jednymi z pierwszych moich gości był Krzysztof Kieślowski, potem Jerzy Skolimowski. Wieczory „Kocham Kino” były wtedy poświęcone twórczości jednego artysty. Zaczynały się zwykle około godziny 22.00 i trwały do pierwszej w nocy. Obejmowały również pokazy filmów. To był świetny czas. W ten sposób zaczęła się u mnie pasja do kina. W miarę redagowania i trwania programu wchodziłam w to coraz głębiej. Tak, że przez te 20 lat zdążyłam wystudiować w sobie wiedzę filmową.

Jaki jest twoim zdaniem największy potencjał kina?

Gdy zakochałam się w teatrze, wiedziałam, że najbardziej interesuje mnie przekaz artystyczny, w którym jest interakcja pomiędzy widzem a sztuką i artystą. Muzyka czy oglądanie obrazów dają mi relaks, poczucie odprężenia. Teatr i film działają na mnie inaczej. Dają impulsy do głębszej refleksji nad życiem. Przede wszystkim do tego, żeby zastanowić się nad samą sobą. Filmy poruszają we mnie rejony, o których istnieniu nie wiedziałam i których się w sobie nie spodziewam. Mocno wciągają w świat przedstawiony, poprzez działanie na różne zmysły i receptory, wzroku czy słuchu. Dzięki temu mam wrażenie niemalże namacalnej emocji. To mnie najbardziej fascynuje. Nie mogę powiedzieć, że w kinie się relaksuję. Wybieram raczej filmy, które mnie elektryzują. Pobudzają do tego, żeby patrzeć na siebie, na otaczający mnie świat i ludzi, lepiej ich rozumieć. Zabierają mnie w światy, do których nigdy bym nie trafiła, bo nie miałabym takiej szansy.

Czy filmy muszą się nam podobać i być przyjemne? Po co nam te nieprzyjemne? Na przykład film „Sąsiady” Grzegorza Królikiewicza, ukazujący mieszkańców robotniczego łódzkiego osiedla.

Czasami nie chcemy zaakceptować świata przedstawionego w filmie, wydaje się nam kompletnie obcy. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że zostaje gdzieś w środku, w nas. Czeka na moment, gdy będziemy mogli do niego wrócić. Widocznie skoro wraca, musiał uderzyć w coś, co nas zelektryzowało. Królikiewicz robi filmy, które są niepokojące. Nie pokazują pięknej strony świata, tylko tę brzydszą, z którą również musimy się mierzyć w życiu. Sztuka filmowa, która patrzy na świat zerojedynkowo, jest lekka i przyjemna, nie daje nam tego poruszenia.  Dlaczego „Guernica” Pabla Picassa na nas działa? W pierwszym kontakcie patrzymy i niewiele z tego rozumiemy. Jeżeli jednak zatrzymamy się przy tym obrazie na chwilę i spróbujemy odpowiedzieć na energię, która z niego płynie, zaczynamy wchodzić w to głębiej. Ten obraz dla nikogo nie jest „odkryty do końca”. Zależy od nastroju, w jakim jesteśmy, czy momentu naszego życia. Na tym polega sztuka. Kino, które pokazywaliśmy w „Kocham Kino” czy nadal pokazujemy podczas festiwalu Dwa Brzegi, jest kinem niepokojącym dla widza. To nie znaczy, że w finalnym efekcie nie daje uwolnienia, czyli katharsis. Finalnego oczyszczenia. Stało się, przetrawiłaś i w związku z tym czujesz się lepiej. Jesteś silniejsza i bardziej przygotowana na ciosy z zewnątrz, ponieważ twoja wyobraźnia przepracowała pewną traumatyczną sytuację, która zdarzyła się bohaterom filmu.

W dzisiejszym podzielonym świecie głębsze spotkanie z filmem i samym sobą może być otwierające na drugiego człowieka i odmienne spojrzenie na świat.

Filmy przez to, że dają nam możliwość głębokiego przeżycia, wzbudzają w nas poczucie empatii. Jesteśmy w stanie bardziej wczuć się w sytuację drugiego człowieka. Ważne, czy jesteśmy otwarci na to, żeby reagować na świat filmowy bez uprzedzenia. Tak samo w życiu. Jeżeli jesteśmy zamknięci i uprzedzeni, to nie dogadamy się z drugim człowiekiem. Jeśli jednak spróbujemy wczuć się w sytuację innego – co nie znaczy, że musimy go zaakceptować czy przyjąć ten sam punkt widzenia lub działania – możemy po prostu spróbować go zrozumieć. To ułatwia relacje międzyludzkie.

Nie wyobrażam sobie życia bez obcowania ze sztuką. Bez niej bylibyśmy niemalże jak bohater po trepanacji czaszki, jak Alex z filmu Stanleya Kubricka „Mechaniczna pomarańcza”. Nie można się bronić przed własną wyobraźnią i wrażliwością.

Widz i jego wyobraźnia w filmie są ważniejsze niż to, co miał na myśli reżyser? Zygmunt Kałużyński twierdził, że widz w filmie jest najważniejszy, a rolą krytyka filmowego jest przybliżać film do widza.

Po to, żeby porozmawiać o filmie, a nawet się posprzeczać, należy zadać sobie pytanie, co artysta miał na myśli. W takiej dyskusji każdy z nas projektuje siebie, własne doświadczenia, wiedzę oraz emocje na ekran filmu. Nie ma jednej, poprawnej odpowiedzi na to pytanie. Wejście w kulturę wysoką i kino artystyczne, które czyni z filmu sztukę, nigdy nie było przeznaczone dla mas. To wymaga chwili zatrzymania się. Nie każdy ma taką potrzebę. I nie ma w tym niczego złego. Ważne tylko, żeby każdy miał szansę na to spotkanie. Po to, żeby zobaczyć, czy jest tym zainteresowany. Można przejść przez życie, nie wiedząc, że jest się wrażliwym na pewne formy sztuki. Stąd wzięło się moje przekonanie, że warto zrobić festiwal filmowy. Szczególnie dla tych wszystkich, którzy na co dzień nie mają czasu czy szansy spotkać się z dobrym kinem.

Na festiwalu Dwa Brzegi pokazujesz w tym roku znakomity film o kobiecości „Mustang” w reżyserii Deniz Gamze Ergüven. Jaką ty byłaś dziewczynką, zanim stałaś się kobietą?

Jako dziecko byłam bardzo emotywna i wrażliwa. Szybko się rumieniłam czy zawstydzałam. Nie było mi łatwo w kontaktach z innymi ludźmi. Moi rodzice martwili się, co z tego będzie. Stres powodował, że trudno było mi zdawać egzaminy. Dzisiaj rozumiem, dlaczego poszłam w stronę konferansjerki. To było przełamywanie strachu przed publicznym wyjściem. Widocznie to, co robię zawodowo, stało się sposobem na to, żeby przekuć tę ścianę, która mnie blokuje. Są ludzie, którym wystarcza na to siły. Akurat ja do nich należę. Są też tacy, którym się to nie udaje. Pozostają zamknięci w swoich skorupach. Nie idą dalej i nie rozwijają swoich talentów. Być może nie starcza im wewnętrznej siły. Nie każdy jest w stanie przebić sięprzez swoją nieśmiałość. Nigdy nie lubiłam być w tyle, zawsze chciałam biec pierwsza. Kolana miałam w związku z tym potwornie poobijane. Ten dziwny pęd, który pchał mnie do przodu, to chyba ciekawość. Świata, ludzi, tego, co jest za rogiem. Ciekawość silniejsza niż strach. Prawdopodobnie film uwrażliwił mnie i jednocześnie uodpornił na niektóre sytuacje w życiu. Inaczej nie weszłabym w światy tak dalekie od mojego. Światy wcale niełatwe. A film nauczył mnie tolerancji, otwartości na to wszystko. Taka moja filmoterapia.

Małgorzata Szumowska w ostatniej książce Romana Pawłowskiego „Bitwa o kulturę” twierdzi, że przyszłością kina jest właśnie terapia. Twoim zdaniem kino potrafi uleczyć naszą duszę?

Według mnie jak najbardziej można i trzeba mówić o terapii sztuką. Nie tylko film, ale też muzyka, obrazy, teatr czy książka działają na nas uzdrawiająco. Dlatego że nas otwierają. Gdy robiłam spotkanie w ramach cyklu „Kocham Kino” z Wojciechem Smarzowskim po jego filmie „Pod Mocnym Aniołem”, czułam, że to jest właśnie filmoterapia. Na spotkaniach pojawiali się również ludzie uzależnieni i ich bliscy. Film i wspólne spotkanie w ciemnej sali kinowej pozwoliły im się otworzyć. Niektórzy opowiadali ze łzami w oczach o swoich doświadczeniach. Mówili bezpośrednio o sobie albo nie wprost, nawiązując do bohaterów w filmie. To stwarza bezpieczną przestrzeń do dyskusji. Zaczyna się wtedy dostrzegać inne światy i rozmawiać o nich. Takich światów do zobaczenia jest mnóstwo. Sztuka nas na to uwrażliwia. Pokazuje, że są ludzie, którzy żyją obok nas. Nie możemy ich odpychać.

Pamiętam jedno z naszych ostatnich nagrań programu „Kocham Kino”. Twoją rozmowę z Agnieszką Holland w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Nagle okazało się, że na miejsce przyjedzie niezapowiedziana grupa 300 Meksykanów. Wszyscy się zestresowali, ty powiedziałaś: „Dajcie mi ich tutaj, uwielbiam Meksykanów”. Optymizm to twoja silna strona?

Mam teraz bardzo trudny okres w życiu, zmarł mój ukochany tata. Nie byłam na to przygotowana. Oczywiście, jestem w tym wieku, że zdaję sobie sprawę z kolei rzeczy, jednak na to nigdy nie jest się przygotowanym. Teraz staram się z tym żyć. Z tego strasznego bólu, który czuję, czerpać jakąś siłę. Traktuję mój ból jako coś, co da mi impuls do dalszego działania. Mój tata mimo swoich 84 lat był bardzo aktywną osobą. Miał jeszcze wiele planów i marzeń. Za chwilę miał jechać na mistrzostwa świata Euro, był mocno związany z piłką nożną. To się nie stało. Nagle, w ciągu trzech dni, po prostu go nie ma. Śmierć też jest częścią życia. To oznacza, że ja muszę przejąć niektóre rzeczy, które chciał robić tata. To jest teraz mój cel. Zmiany nie są łatwe, ale trzeba zadać sobie w życiu pytanie, co jest dla nas najważniejsze. Dla mnie najważniejsza jest relacja z drugim człowiekiem. Poczucie, że nie zrobiłam nikomu świństwa. Staram się zawsze szanować drugiego człowieka. Liczę też na zrozumienie drugiej strony. Nigdy nie robię czegoś za wszelką cenę. Staram się bardzo ostrożnie patrzeć na to, czy mogę zrealizować swój cel. Jeśli widzę, że to nie jest dobry moment, odpuszczam. Czekam spokojnie i może znajdzie się nowa ścieżka. To bardzo pomaga w życiu. Jestem otwarta na sytuacje, które przynosi mi życie. Bierze się to u mnie z przekonania, że rzeczy dzieją się nie przez przypadek i powinniśmy się z nimi mierzyć. Życie czasem mówi nam: „Masz i zobacz, czy dasz sobie radę”. Kiedyś dostałam pocztówkę z pięknym zimowym pejzażem. Przywołała we mnie wspomnienie niesamowitego widoku w górach, gdzie byłam razem z mężem. Na pocztówce napisane było: „Zatrzymaj się. Ale nie stój”.

Kiedyś powiedziałaś mi, że chciałaś kręcić filmy przyrodnicze. Kochasz naturę, zwierzęta, spokój. Mogłabyś robić w życiu coś innego?

Był taki czas, że pragnęłam niczym Richard Attenborough kręcić filmy przyrodnicze. Dopiero później zorientowałam się, że on je tylko komentował. Czy chciałabym siedzieć w krzakach i czekać, aż kaczka podpłynie do kaczora? Absolutnie tak, mogłabym to filmować godzinami. Zresztą miałam różne pomysły na życie. Planowałam iść na pedagogikę specjalną, ale jeden z profesorów powiedział mi, że się nie nadaję, ze względu na mój stopień wrażliwości. Myślę, że wszystko przede mną, mogę się jeszcze w to rzucić.

Grażyna Torbicka autorka cyklu TVP 2 „Kocham Kino”, prezentującego najważniejsze produkcje kina polskiego i światowego, członkini Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI, odznaczona Srebrnym Medalem Gloria Artis „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi.


Najgłośniejsze filmy 10. edycji Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi poleca jego dyrektor artystyczna, Grażyna Torbicka

10. Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi Kazimierz Dolny – Janowiec nad Wisłą 30 lipca – 7 sierpnia 2016 r., www.dwabrzegi.pl

Ja Daniel Blake, reż. Ken Loach, Złota Palma w Cannes w 2016 r.,
Główny bohater, po ciężkiej chorobie nie może wykonywać swojego zawodu i stara się o zasiłek. Film pokazuje absurdalny świat zasad systemu pomocy społecznej, który w teorii stworzony został przecież po to, by pomagać ludziom dotkniętym przez los, tymczasem w praktyce traktuje ich całkowicie przedmiotowo. Brak empatii ze strony urzędników doprowadza do tragedii.

Fuocoammare. Ogień na morzu reż. Gianfranco Rosi, Złoty Niedźwiedź w Berlinie w 2016 r.
Reżyser spędził kilka miesięcy na włoskiej wyspie Lampedusa, która od lat jest ziemią obiecaną dla imigrantów z Afryki Północnej. Spokojnie obserwuje dramatyczne chwile, gdy do wyspy docierają kolejne barki przepełnione wycieńczonymi uchodźcami, a mieszkańcy wyspy przyjmują ich jak wszystko, co przynosi morze, czyli z błogosławieństwem, bo taka jest natura wyspiarzy – rybaków. Wspaniały film pozwalający poczuć się częścią tamtego, a w istocie naszego świata i odpowiedzieć sobie na pytanie: jak ja bym się zachowała?

Komuna reż. Thomas Vinterberg, Złoty Niedźwiedź dla najlepszej aktorki Trine Dyrnholm
Powrót do lat 70. i czasów, gdy życie w komunie było trendy. Sportretowanie grupy przyjaciół mieszkających razem to studium charakterów, ludzkich relacji, związków, które często wbrew naszej woli wymykają się spod kontroli. Vinterberg jest mistrzem w obnażaniu ludzkich słabości, czego dał najlepszy dowód w znakomitym filmie „Uroczystość rodzinna”.

Zjednoczone stany miłości reż. Tomasz Wasilewski, nagrodzony za najlepszy scenariusz w Berlinie w 2016 r.
Małe miasteczko w Polsce na początku lat 90. Początek transformacji, upadek Muru Berlińskiego i perspektywa innego świata, wolności. Dla czterech bohaterek filmu to szansa na wolność wewnętrzną, prawo do realizacji własnych, skrywanych dotąd marzeń i pragnień. Znakomite aktorstwo: Julii Kijowskiej, Marty Nieradkiewicz, Doroty Kolak i Magdaleny Cieleckiej.

Źródło: magazyn SENS, sierpień 2016 rok

mail.google.com

Komentarze

komentarzy









Zobacz także

Grażyna Torbicka: Ufam ale…
Grażyna Torbicka: Ufam ale…
15 października 2017 
Męska filmoterapia
Męska filmoterapia
26 sierpnia 2017 



Czytaj więcej
Filmy kulinarne to naturalne polepszacze nastroju FOOD FILMS czyi filmy kulinarne to naturalne polepszacze nastroju. Są przyjemne dla widza, bo podnoszą poziom serotoniny....