Jan P. Matuszyński: Film to owoc miłości

23 września 2016 


Bohaterem jest rodzina. Pokazana na jednej przestrzeni. Każda z osób ostatecznie odchodzi. W wyniku choroby, samobójstwa, zabójstwa. A jednak każda z nich w nas zostaje. O swoim filmie „Ostatnia Rodzina” opowiada reżyser Jan P. Matuszyński. Rozmawia Martyna Harland


Zdzisław Beksiński, autor jednych z najbardziej mrocznych wizji w polskim malarstwie. Syn, Tomasz Beksiński, znany dziennikarz muzyczny, tłumacz filmów Monty Pythona, znany ze swojej fascynacji horrorami i wampirami. I Zofia Beksińska, żona, matka. Jedna rodzina we wspólnym mieszkaniu w bloku. Co swojego znalazłeś w tej historii?

Bardzo dużo rzeczy. Podstawowa orbita jest taka, że sam jestem ojcem. Mam trzyletniego syna Mikołaja. Gdy się urodził, a nawet jeszcze wcześniej, gdy dopiero spodziewaliśmy się dziecka, w naturalny sposób zacząłem się interesować tematami rodziny czy relacji ojcowskich. Film „Ostatnia Rodzina” przyszedł do mnie w ciekawym życiowo momencie. Z  rodziną Beksińskich łączy mnie też zamiłowanie do muzyki. Mój pierwszy film dokumentalny „Deep Love” dał mi ogromną bazę do pracy nad tym filmem, jeżeli chodzi o rozmowę z drugim człowiekiem.

W „Ostatniej Rodzinie” matka, syn i ojciec rozmawiają, ale nie mogą się porozumieć. W „Deep Love” kobieta i mężczyzna, który jest po udarze i ma problemy w mową – dogadują się bez słów. W obu filmach ważne są bariery komunikacyjne z drugim człowiekiem. Chciałem się przyjrzeć takim sytuacjom. W „Deep Love” te ograniczenia są widoczne na pierwszy rzut oka. Janusz Solarz, bardzo aktywny człowiek, zapalony nurek z wybitnymi osiągnięciami, doznaje udaru, w wyniku którego zostaje sparaliżowany i nie komunikuje się w zrozumiały sposób. Jednak on wcale się tym nie przejmuje. Z kolei u Beksińskich komunikacja wygląda przecież bardzo dobrze. Właśnie na tym polega ironia, że oni o wszystkim potrafili powiedzieć sobie wprost. Tyle że w ich przypadku to chyba nie było do końca dobre rozwiązanie. Przygotowując ten film, słuchaliśmy mnóstwo autorskich nagrań Zdzisława Beksińskiego. Mocno utkwiła mi jego rozmowa z synem Tomkiem i Piotrem Dmochowskim, zaraz po drugiej próbie samobójczej Tomka. Dmochowski przyjechał do ich domu po obrazy i wiedząc, co się wydarzyło, przywołał w rozmowie książkę o tym, jak skutecznie popełniać samobójstwo. Tomek powiedział wtedy: „Wie pan, ja mam trochę inny punkt widzenia, ja mogę się wypowiedzieć jako praktyk”. Chciałem się do tego zbliżyć, zrozumieć to. Za to właśnie kocham tę robotę. Wyjątkowym momentem w pracy nad „Ostatnią rodziną” była dla mnie środkowa scena nr. 86.

Chodzi o scenę, gdy matka pyta: „Synku, kiedy wszedłeś w to zamknięte pudło”? Tomek Beksiński miał depresję. Jak sam twierdził, odsunął się od świata. Chciał, żeby było tak, jak sobie wyobraził, nie inaczej. Miał ideał swojego życia, który czerpał z piosenek i filmów.

To jest oryginał godzinnej rozmowy spisanej ze stenogramu. Usiedliśmy wszyscy w piątkę z aktorami i w całości weszliśmy w tę scenę. To stworzyło niebywałą sytuację. Zależało mi na tym, żeby Zdzisława grał aktor z dużym doświadczeniem, które jest w stanie na moment odłożyć. Wyczyścić, zresetować się, żeby zbudować coś nowego. Andrzej Seweryn, mimo swoich 70 lat, wszedł w tę postać zupełnie inaczej. Sam powiedział, że dla niego praca przy tym filmie to też w pewnym sensie debiut. Udało nam się wypracować wyjątkową relację, w której wiek nie ma żadnego znaczenia. To mi daje poczucie szczęścia, żeby robić coś więcej niż film. Film to jest owoc miłości. Chodzi o to, żeby tej miłości było dookoła jak najwięcej. Kiedyś bardzo interesowałem się szukaniem mądrości u najstarszych. Chciałem się spotkać z Manoelem de Oliveira, który robił filmy, mając lat 106. Ciekawe jak to jest?

Masz syna. Jak z tej perspektywy widzisz filmową relację ojciec – syn?

Jedna i druga strona chłoną od siebie. W relacji Zdzisława Beksińskiego z synem tak było, a mimo to coś nie pracowało. Film wytrzymuje dwie godziny skupienia dlatego, że ta relacja była tak niejednoznaczna. Tak naprawdę bardziej kontrowersyjną postacią był Zdzisław. W filmie mówi: „Każdy ma swoje preferencje i marzenia. A co ważniejsze, ma do nich takie samo prawo, jak i ja do moich”. Gdy na początku zastanawiałem się nad tym, po co miałbym w ogóle wchodzić w ten film, stwierdziłem, że chciałbym zrozumieć, co Zdzisław mógł czuć, gdy stał pod drzwiami syna w Wigilię 1999 roku. Nie wiedząc jeszcze, że syn popełnił samobójstwo, i tym razem mu się udało. To, co wtedy robi, to dla mnie dowód miłości i szacunku wobec syna.

Tomek szukał miłości, ale nie potrafił jej znaleźć. Miał dwie twarze, niczym dr Jekyll i Mr Hyde. Jego kobiety twierdziły, że prywatnie pokazywał się z gorszej strony.

Tomek z bardzo ekspansywnego, rozbuchanego, momentami histerycznego chłopaka powoli zamykał się w swojej krypcie. To był rys postaci, który chcieliśmy pokazać. Według mnie to postać szalenie współczesna. Odbija rzeczy, które się aktualnie pojawiają w życiu młodych ludzi. Kiedy wszystko masz podane na tacy, nie musisz o nic walczyć. Zauważyłem to dopiero pod koniec robienia filmu. Jego dramat polegał na zderzeniu jego wyobrażeń z rzeczywistością. Co dotyczy nie tylko Tomka, ale tak naprawdę każdego z rodziny Beksińskich.

Niektórym krytykom i widzom trudno było poradzić sobie z sadomasochistycznym nurtem twórczości Zdzisława Beksińskiego. Swój wewnętrzny mrok przelewał na płótno, gdy malował, odwiedzał swoje „piwnice”. W psychologii to sublimacja własnych popędów – przesunięcie potrzeb z celu, którego nie można zrealizować, na inny zastępczy. Tomek tego nie potrafił, był zamknięty.

U nich to wszystko nawarstwiało się z pokolenia na pokolenie. W filmie pomijamy genezę rodu Beksińskich. Całą rodziną wyprowadzili się do Warszawy z domu w Sanoku, w którym mieszkało pięć pokoleń Beksińskich. To nie była taka po prostu przeprowadzka, tylko wyrwanie z korzeniami. Wychowanie Zdzisława przełożyło się na to, jak wychowywany był Tomek, i zmultiplikowało. Dlatego powstała w filmie scena z babciami, które dokładnie wiedzą, jak ta rodzina funkcjonuje. Długo się zastanawiałem nad tym, czy ją umieścić. Tomek nie miał tak skutecznego wentyla bezpieczeństwa jak jego ojciec w postaci sztuki, która pozwalała mu wypluwać z siebie ten cały mrok, mimo że miał muzykę, był uznanym dziennikarzem muzycznym, prowadził fantastyczne audycje muzyczne w Trójce.

Powołując się na psychologiczną teorię Adlera, dla Zdzisława malowanie było aktem kompensacyjnym. Miał niskie poczucie własnej wartości, dlatego zaczął rysować. W szkole najlepiej malował nagie kobiety. Później obrazował emocje, głównie strach i lęk.

Wszyscy kojarzą Beksińskiego jako malarza, a on eksperymentował też z dźwiękiem, robił wspaniałe fotografie, pisał opowiadania. Warto przeczytać jego „Opowiadania” które wyszły w 10. rocznicę śmierci. Rewelacyjne teksty, dużo rozmawialiśmy o nich z Andrzejem Sewerynem. Zdzisław tworzył do końca życia, poszukiwał. W latach 90. wszedł dodatkowo w dziedzinę komputerów, ale też w grafiki.

Dla kogo „Ostatnia rodzina”  może być filmoterapeutyczna?

Dla tych, którzy chcą się trochę skupić. Jestem zwolennikiem tego, żeby kino i inne formy sztuk komunikowały się w sposób nieszablonowy, dawały dowolność interpretacji. Rodzina Beksińskich jest na tyle intrygująca, że każdy może wyjąć z niej co innego. Inny element czy osobę. Zosię, Tomka, Zdzisława. Chciałem obsadzić w tym filmie rodzinę, nie pojedynczego aktora i postać. Bohaterem jest tutaj rodzina. W jednym mieszkaniu, na jednej przestrzeni, każda z tych osób w efekcie odchodzi. W wyniku choroby, samobójstwa ale i zabójstwa. O wszystkich tych postaciach można rozmawiać równorzędnie. Jeżeli chodzi o kreacje, ale też postawy życiowe. Słyszę tak różne opinie o tym, co ludzie widzą w tym filmie, co oznacza, że było warto go zrobić, bo ludzie o nim rozmawiają. Film jest oparty na faktach, dlatego wszystko dzieje się bardzo blisko rzeczywistego życia Beksińskich. Prawdziwi Beksińscy musieli się gdzieś pojawić. Długo zastanawialiśmy się nad tym, jak to pokazać. Finalnie widzowie mogą zobaczyć efekt, który wyszedł nam na festiwalu w Locarno. Czarny ekran, tak że nie wiadomo, czy film już się skończył. W tle leci ulubiony kawałek Tomka i Zdzisława „Song To The Siren”. Ludzie zaczynają bić brawo. A Zofia, Tomek i Zdzisław się  kłaniają.

Źródło: magazyn SENS październik 2016r

14432941_1305542042791589_7849239920600674931_n

Komentarze

komentarzy











Czytaj więcej
Terapia na ekranie Czy można na potrzeby filmu odtworzyć prawdziwą sesję terapeutyczną? W jaki sposób aktorzy sięgają do skrajnych emocji,...