Dlaczego oglądamy kryminały?

1 grudnia 2017 


Zmęczeni newsami o wojnach i wypadkach, przełączamy kanał telewizyjny na… serial, w którym nie brak brutalności i przemocy. Karmimy lęk, zamiast go ukoić. Paradoks czy mechanizm obronny? Psychoterapeuta Piotr Pietucha z rozmowie z Martyną Harland tłumaczy, dlaczego tak lubimy kryminały.

Piotr Pietucha: psychoterapeuta, publicysta, autor książek „Stróż obłąkanych“, „Dożywotni kochankowie“, „Miłość klasy średniej“.


Dlaczego oglądamy kryminały? Lubimy się bać?

W ten sposób sprawdzamy siebie. Oswajamy się z lękiem. Musimy sobie jakoś rozumnie z nim radzić, by nas nie paraliżował. Kryminały to, moim zdaniem, literacko-filmowy sposób na „dilowanie” ze złem. Takie współczesne baśnie braci Grimm dla dorosłych. Straszą, koją, spotykają nas z grozą istnienia czy ludzkim okrucieństwem. Są trochę jak szczepionka uodparniająca przeciw realności zła, które może nas dotknąć. Kryminały oczywiście są dużo bardziej skomplikowane niż baśnie. Dotykają najmocniejszych, najciemniejszych ludzkich namiętności: chęci posiadania, potrzeby znaczenia, zazdrości…

Pokazują, że największe namiętności budzą w nas pieniądze, władza i seks. Dlaczego?

Bo tam jest największa przestrzeń dla zbrodni i nieprawości. Najwięcej szatańskich pokus do czynienia zła, chorych ambicji, śmiertelnej rywalizacji. Oprócz szaleństwa – to główne źródła zbrodni. Ta mroczna strona człowieczeństwa, mniej lub bardziej utajona w każdym z nas, przeraża i ekscytuje. Dlatego jej reprezentanci – złoczyńcy – tak nas fascynują. To trochę jak oglądanie paszczy żarłocznego rekina za grubym, bezpiecznym szkłem. Psychopaci potrafią nas hipnotyzować. Pamiętasz ten słynny, więzienny dialog z „Milczenia owiec”?

Kiedy agentka FBI, grana przez Jodie Foster, spotyka Hannibala Lectera i jest niemal sparaliżowana jego charyzmą…

Lecter czyta w niej jak w książce. Ale magia tego spotkania polega też na porozumieniu – trauma spotyka się z traumą.

Są w czymś do siebie podobni?

Tak. Obydwoje są ofiarami przemocy, świadkami zbrodni, mają niezabliźnione rany z dzieciństwa.
To ich zbliża, między nimi jest nić porozumienia, może nawet sympatii. Wtedy, gdy on pyta intymnym szeptem: „Clarice, czy pamiętasz te owieczki?”. Widzi ją pierwszy raz w życiu i przywołuje drastyczne sceny z jej dzieciństwa – prześwietla niczym rentgen. Wiedząc, co ją trapi, od razu łapie ją w swoją pajęczą sieć. To psychopata i jednocześnie geniusz psychologiczny. Dlatego ona, twarda agentka FBI, jest nim zauroczona. Tak jak i my, widzowie.

Dlaczego tacy bohaterzy nas fascynują?

Mam jungowską wiarę w cień – wypartą potęgę mrocznej części naszej jaźni. Uważam, że w każdym z nas siedzi potencjalny przestępca, który może ujawnić się w skrajnych przypadkach: zagrożenia, desperacji, amoku. Wiele kryminałów dotyka właśnie tej subtelnej, nie do końca świadomej części nas. W Ameryce ludzie mają powszechny dostęp do broni. Ktoś, kto przekracza próg czyjegoś domu bez pozwolenia, może zostać tam zastrzelony w majestacie prawa. Niektórzy nie mają wahań ani skrupułów, by w obronie własnej uciekać się do przemocy. Inni po prostu nie czują się bezpieczni i chronieni przez instytucje państwowe.

Osobowość przestępcy u kogoś, kto jest jednocześnie stróżem prawa, to w ogóle interesujący temat…

Występujący w kryminałach detektywi to najczęściej tzw. funkcjonalni socjopaci. Podobnie jak złoczyńcy, są najczęściej ofiarami patologii, psychicznego i fizycznego okrucieństwa, zaniedbań w rodzinie, braku więzi. Myślę, że większość osób z tak dramatyczną przeszłością ma potrzebę odreagowania. Jedni idą drogą powtarzania okrucieństwa, inni chcą z nim obsesyjnie walczyć. To indywidualna kwestia charakteru, wyniesionych norm i poziomu empatii. Niektórzy stróże prawa walczą ze złem, postępując według własnych reguł. I tak w służbie dobra wprzęgnięta zostaje niemoralność. Kryminały często ogrywają ten motyw. Najbardziej skrajnym przykładem takiej postawy jest bohater serialu „Dexter”. Z pozoru przesympatyczny, tak naprawdę urodzony morderca, genetycznie zaprogramowany na zabijanie. Pracuje w policji, a w wolnym czasie daje ujście swoim instynktom, likwidując najgroźniejszych psychopatów.

Praca w policji, tropienie przestępcy jest sposobem na uporanie się z własnymi skrywanymi problemami?

Dokładnie tak. Świetnie ilustruje to genialny serial „Detektyw”, szczególnie jego pierwszy sezon. Mamy w nim dwóch bohaterów tropiących seryjnego zabójcę. Ten, którego gra Matthew McConaughey, po stracie rodziny utracił wiarę i sens życia. Jest naznaczony tragedią, a ściganie zabójcy staje się jego obsesją, rodzajem zemsty i odkupienia. Drugi, grany przez Woody’ego Harrelsona, to zdemoralizowany alkoholik, wykorzystujący swoją władzę. Ukrywa własną destrukcję, zagłusza sumienie wódką, podbojami i sukcesami w policyjnym fachu. Uosabia powszechny męski cynizm ubrany w efektywność: „to dobry glina”, „to sprawny polityk”, „w sumie równy gość”. Ale jego partner, bezlitosny w tropieniu prawdy, nieustannie go konfrontuje z faktami, obnażając żałosną hipokryzję. Ci faceci nie znoszą siebie nawzajem, a jednocześnie potrzebują. Stają się dla siebie lustrem wewnętrznych konfliktów. Bezradni wobec własnej egzystencji, właściwie ścigają swoje demony, chcąc uśmierzyć wewnętrzny ból.

Pijak, idealista – nihilista, melancholijny romantyk, szukający odkupienia, walczący z poczuciem winy, odzyskujący wiarę w sens przez walkę ze złem – taki jest też Harry Hole – bohater serii kryminałów norweskiego pisarza Jo Nesbø – ulubieniec czytelników na całym świecie. A teraz również bohater w filmie „Pierwszy śnieg” z Michaelem Fassbenderem w roli głównej.

Harry to indywidualista i twardziel. Ma swoje zasady i trzyma się ich. Jest genialnym śledczym i nigdy nie odpuszcza. A że sam jest pijakiem i outsiderem? Lubimy ludzi za ich słabości, nie za ich kryształowość. Podziwiamy ich nieugiętość. Dzięki takim osobnikom świat staje się lepszy, czujemy się w nim pewniej. Jest ktoś, kto nas obroni, uchroni. Nie stchórzy przed zbokiem, nie da się omamić, skorumpować. Identyfikując się z takimi bohaterami, odreagowujemy własną bezsilność wobec bandytów. Kiedy nasz idol dopada i likwiduje drania, przeżywamy coś w rodzaju uniesienia. W takim rewanżu jest niewiarygodna moc oczyszczenia. To częsty motyw filmów Quentina Tarantino. „Django”, „Bękarty wojny”, „Death proof” są uwielbiane przez widzów i nic w tym dziwnego. Na podobnej zasadzie karierę zrobiła powieść „Zły” Leopolda Tyrmanda.

Bardzo często w kryminałach ofiarami są kobiety.

Tak, to niemal stały ich motyw. Większość kryminałów zaczyna się od znalezienia kobiecych zwłok, najczęściej w naturze. Jak w serialach „Twin Peaks”, „Detektyw”, filmie „Pierwszy śnieg” czy nawet w naszym rodzimym serialu „Belfer”. Filmowi seryjni mordercy to najczęściej zabójcy kobiet. Zaburzeni seksualnie maniacy, ofiary wykorzystania, impotenci. Nienawidząc kobiet, mszczą się za doznane upokorzenia. „Misyjnie” oczyszczają świat z kurewstwa, upajają się władzą i kontrolą. Choć mizoginia jest stara jak świat i obecna w każdej kulturze, to moim zdaniem wraz z rozwojem cywilizacji przybiera coraz bardziej opresyjno-perwersyjne formy. Może to wściekła reakcja na feminizm? Emancypacja kobiet ma swoją cenę – im bardziej są wyzwolone, niezależne i silne, tym bardziej rośnie męska wrogość i poczucie zagrożenia. Utrata dominacji i lęk przed wyzwoloną kobiecą seksualnością doprowadza niektórych facetów do szału. Poczucie upokorzenia, represjonowana poprawnością polityczną nienawiść mogą eksplodować zbrodnią.

To powracający temat skandynawskich kryminałów.

To również główny wątek najnowszej ekranizacji powieści Nesbø „Pierwszy śnieg”. Feminizm
w Skandynawii jest najbardziej radykalny i ugruntowany. Ale pod tą nowoczesną powierzchnią być może nadal bulgocze, wrze seksistowski patriarchalizm. Mówi o tym głośne „Millenium” Stiega Larssona. Pierwsza część trylogii nosi nawet tytuł: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Objawieniem tej prozy jest jej bohaterka, Lisbeth Salander. Genialna hakerka, która z zimną furią bierze brawurowy odwet za wszystkie okrucieństwa, jakich doznała z rąk męskich oprawców. Nic dziwnego, że stała się feministyczną ikoną. Jest symboliczną figurą krwawej wendetty kobiet za ich wielowiekowe tortury i cierpienia.

Jakimi emocjami operują kryminały? Jaki mają na nas wpływ?

Wiele współczesnych kryminałów to dwuznaczne, przewrotne „niemoralne moralitety”. Przerażają i grają z naszym poczuciem dobra i zła, prowokując do refleksji. Dzisiejszy świat zbyt często gwałci nasze instynktowne poczucie sprawiedliwości. Paląca staje się kwestia winy i adekwatnej kary. Między starotestamentowym „oko za oko” a chrystusowym miłosiernym nadstawianiem drugiego policzka rozciąga się bezmiar możliwych reakcji na zło. Wielu ludzi drażni łagodny system karny, likwidacja kary śmierci, cała ta liberalna ewolucja w stronę rozumienia i wybaczania, oddzielania grubą kreską. Rozjusza też korupcja, bezkarność polityków i celebrytów, układy. Boimy się, a zło bezkarnie się panoszy. Wiele kryminałów żeruje na tej zrozumiałej frustracji. Wtedy nawet bezwzględny socjopata staje się sprawiedliwym sędzią, orędownikiem przywrócenia
naturalnego ładu. Naszym, jak Harry Hole, ukochanym mścicielem.

Źródło: magazyn Sens, listopad 2017r

Komentarze

komentarzy









Zobacz także

Męska filmoterapia
Męska filmoterapia
26 sierpnia 2017 



Czytaj więcej
Grażyna Torbicka: Kino uczy uważności Filmoterapia zachęca nas do tego, żebyśmy żyli wolniej, bardziej świadomie, mieli czas na rozmowy o emocjach – mówi...