Audrey Hepburn włoska kura domowa

20 maja 2016 


Najszczęśliwsza była w swetrze i w dżinsach, w domu, w otoczeniu rodziny, gotująca proste dania ze swojego dzieciństwa – mówi Luca Dotti, syn Audrey Hepburn i autor jej najnowszej kulinarnej biografii „Audrey w domu” w rozmowie z Martyną Harland


Opublikowałeś właśnie książkę o swojej matce Audrey Hepburn. Dlaczego akurat biografia kulinarna? Piszesz o różnych potrawach, szczególnie istotnych w jej życiu, jak curry, hutspot, penne alla vodka

Moja matka dla wielu stała się ikoną mody ale w prawdziwym życiu, szczęśliwa była w swetrach i dżinsach. Tak ją właśnie pamiętam, jako kobietę która odbierała mnie ze szkoły i uwielbiała gotować. Urodziłem się w 1970 roku, czyli właściwie już po filmowej karierze mojej mamy. Ona od wczesnej młodości pracowała bez ustanku. Gdy skończyła czterdzieści lat, uznała, że ma już dość i zamieszkała we Włoszech. Jako dziecko pamiętam curry jako część sekretnej, lecz trwałej więzi, łączącej babcię i mamę. Ja byłem z tego wykluczony. Z kolei hutspot, to mały garnek z ziemniakami, marchwią i cebulą. Pożywne danie wywodzące się z dawnej Holandii, mocno wiązało się z historią kraju i losem mojej matki. Głodem, który przeżyła podczas drugiej wojny światowej, kiedy hutspot było jej jedynym pożywieniem. Matka była pół-Holenderką, pół-Brytyjką. Z kolei penne alla vodka, czyli śmietana i wódka w dużych ilościach, to czas zabawy w jej życiu. Przygotowywała je wspólnie ze swoją przyjaciółką Connie, żadne spotkanie towarzyskie nie mogło się bez tego obejść.

Dotti_Audrey w domu_m

Podobno zawsze w swojej walizce podczas podróży woziła makaron. Mówiła, że do szczęścia wystarczy jej „spaghetti al pomodoro” z odrobiną oliwy. Ten smak dawał jej poczucie bezpieczeństwa, kojarzył się z domem?

Si, bravo, To było ulubione danie matki. Gdyby w mojej książce miały znaleźć się tylko dwa przepisy, byłyby to makaron z sosem pomidorowym i ciasto czekoladowe. Ciasto czekoladowe kojarzyło się mojej mamie z wyzwoleniem. Twierdziła, że wolność ma dla niej szczególny zapach – brytyjskiej benzyny i papierosów. Po drugiej wojnie światowej, kiedy nastąpiło wyzwolenie Holandii w 1954 roku, czyli w dniu jej szesnastych urodzin wybiegła powitać żołnierzy. Wtedy właśnie dostała od nich czekoladę i papierosa.

Życie Audrey, przez lata zmieniło się z wyrafinowanego, w bardzo proste

Zaczęła od wielkiego życia, w tym negatywnym sensie. Od tego, że musiała przetrwać w czasach wojny. Przez to zadawała sobie pytania „Dlaczego to właśnie ja przeżyłam?”. Taki strzał w życiu człowieka powoduje, że zaczyna się zastanawiać, co jest w życiu najważniejsze. Im bardziej moja matka stawała się świadoma siebie i pewna tego, co chce robić, tym bardziej dążyła do prostego życia. Dotyczyło to wszystkiego, od kuchni po modę. W latach 50. i 60. nosiła efektowne stroje, od Givenchy po Valentino. Słynne duże kapelusze, okulary muchy i „mała czarna”. W latach 70. proste, niezobowiązujące ubrania, jak dżinsy czy T-shirty. Nasze życie, to nie było zawsze „Śniadanie u Tiffany’ego”.

Aktorstwo tak naprawdę nie było jej prawdziwą ambicją, to był po prostu zawód. Oczywiście kariera i postaci, które kreowała na ekranie, pomogły jej rozkwitnąć. Mimo to Hollywood jej nie interesowało. Kolejne sukcesy filmowe sprawiały, że dalej szła tą drogą. Najbardziej jednak pragnęła spokojnego życia na wsi. Z życiem wielu gwiazd tamtych czasów, jak Elisabeth Taylor czy Marylin Monroe, wiązało się wiele dramatycznych opowieści. Wielka kariera i wielkie życie. A moja matka ceniła życie proste. Szczęśliwa była z rodziną. Wiele osób oceniało taki tryb życia jako nudny i smutny. Małe życie włoskiej kury domowej. Zupełnie tego nie rozumiała.

Pamiętam, gdy w 1992 roku Brown University przyznał jej doktorat honorowy. Mimo że chciała studiować, nigdy nie miała takiej możliwości, była więc bardzo dumna z tego wyróżnienia. „Wyobrażasz sobie? – powiedziała – doktorat dla mnie, dla kogoś z takimi brakami w wykształceniu?”.

W filmach występowała głównie jako kobieta – dziecko

Jeśli spojrzeć na to głębiej, począwszy od „Rzymskich wakacji”, gdzie jako księżniczka Anna robiła to, co chciała aż po „Śniadanie u Tiffanny’ego, była kobietą – dzieckiem ale też silną, kobiecą indywidualnością. Drugą wojna światowa, odejście jej ojca, utrata domu i poczucia bezpieczeństwa, to wszystko sprawiło, że musiała bardzo szybko dorosnąć. Z drugiej strony, być może wpłynęło to na jej nieustający, dziecięcy podziw nad światem. Każdy nowy dzień był dla niej ważny, każda osoba i chwila z bliskimi szczególna. Tu i teraz. To jest coś co przekazywała innym.

A jaką była kobietą? Ralph Lauren powiedzial: ”Audrey w prawdziwym życiu była taka, jak ta pokazywana w filmach. Taka, jak można było się spodziewać”.

Peter Bogdanovich, opisał moją matkę jako motyl z żelaza. Wolna jak motyl ale stworzona ze stali. Była bardzo silna, zdeterminowana i uparta. Wszystko robiła na sto procent, całą sobą. Gdy pracowała, dawała z siebie wszystko. Jednak gdy zdecydowała, że chce założyć rodzinę, stwierdziła że nie da rady tego pogodzić. Wybrała to, czym chce się zająć bardziej. Podjęła decyzję, gdy była już sławna i mogła wybierać role, w których chciałaby zagrać. Właśnie wtedy powiedziała „basta, fiinito”. Myślę, że dla każdej kobiety, to bardzo trudna decyzja, szczególnie gdy odnosi sukcesy na polu zawodowym.

Wspominasz, że miała bardzo surową matkę

Babcia wyznaczyła sobie rolę „strażniczki moralności” i wykonywała to zadanie bez żadnego pobłażania, do końca życia, karcąc córkę zawsze, gdy uważała to za stosowne. W czasach młodości mojej babki, życie kobiety było bardzo frustrujące. A ona uwielbiała przygody. Jest wiele tajemnic z tym związanych. Podobno chciała zostać aktorką, jednak rodzice na to nie pozwolili. Kobiety nie mogły wtedy pracować. Gdy miała 25 lat wyniosła się więc z Holandii do Indonezji. Wyobraża Pani sobie jak wyglądała w tamtych czasach taka podróż? W Indonezji poznała mojego dziadka, wróciła do Europy i zajęła się wychowaniem dzieci.

Co dał Ci świat Audrey Hepburn? Piszesz, że mocnym zaskoczeniem dla młodego chłopca był, fakt że James Bond czyli Roger Moore nie potrafił jeździć na nartach…

Matka na początku swojej kariery dorabiała jako modelka i przed obiektywem poznała właśnie Rogera Moore’a, z którym się zaprzyjaźniła. Wtedy były jednak zupełnie inne czasy, życie aktorek nie było tak medialne jak teraz. Gdy w 1954 roku moja matka dostała nagrodę jako najlepsza aktorka pierwszoplanowa w filmie „Rzymskie wakacje”, nie miała w co się ubrać na rozdanie Oskarów. Hollywood to były wtedy żywe i prawdziwe relacje między ludźmi. Luis Vitton, Hermes czy Givenchy nie były międzynarodowymi markami, tylko lokalnymi butikami.

Jak fakt posiadania takiej matki, wpłynął na Twoje późniejsze relacje z kobietami?

Trudność w moim życiu polegała głównie na tym, żeby wytłumaczyć mojej dziewczynie czy żonie, że nie występuje w żadnym turnieju i nie rywalizuje z moją matką. Dlatego, że nie szukam mojej matki w kobiecie, z którą się spotykam. Nie mam takiej potrzeby. Moja żona nie musi i nie wygląda jak moja matka. To trudne, wytłumaczyć to innym.

Długo nie wiedziałeś, że Twoja mama jest sławna. W domu nie oglądało się filmów z jej udziałem?

Opowieści mojego ojca psychiatry były dużo ciekawsze. W domu to on był w centrum uwagi. Tak naprawdę w pełni zdałem sobie sprawę ze sławy matki, dopiero po jej śmierci. Wtedy zacząłem się zastanawiać nad tym, jaki jest mój prywatny obraz, a jak postrzegają ją inni. Moja mama była zawsze blisko ludzi. Nie jeździła autem, dużo chodziła i znała wszystkich w okolicy. Nie ukrywała się za ciemnymi okularami i ochroną. To były inne czasy. Dlatego ludzie zawsze chronili ją i jej prywatność.

„Rzymskie wakacje” to Twój ulubiony film, dlaczego?

Z wielu powodów. Rzym to przecież moje miasto. W tamtych czasach ten film miał też znaczenie polityczne. Anna, którą gra wyjeżdża na polityczną misję po stolicach Europy. Poza tym widziałem tam matkę jako młodą dziewczynę, której nie znałem. W 1953 roku, gdy film wszedł do kin, od razu została gwiazdą. Była wtedy grubo przed trzydziestką i trafiła w sam środek cyrku, jakim jest Hollywood.

Ona najbardziej ceniła swoją rolę Susy w filmie „Doczekać zmroku”, do której nauczyła się zachowywać jak osoba niewidoma

Nad żadnym innym filmem nie pracowała tak ciężko, a dodatkowym powodem do dumy było to, że ta kreacja różniła się od większości ról, w jakich ją obsadzano. Zagrała tam niewidomą kobietę, która podejmuje walkę z przestępcami. Była już starsza, bardziej świadoma siebie, nie była tym eleganckim motylem co zawsze. Odwiedzała niewidome osoby, uczyła się od nich i naprawdę weszła w tę rolę. To był moment, gdy poczuła się tak naprawdę aktorką. Bardzo też lubiła swój wcześniejszy film „Historia zakonnicy” i „Na zawsze” Stevena Spielberga, którego podziwiała, od kiedy zobaczyła E.T. To była jej ostatnia rola filmowa, zagrała tam anioła Hap.

Mojej matce zawsze powtarzano – chcemy Ciebie, bo jesteś naturalna i nie potrafisz grać. Nie była wielką aktorką, była po prostu sobą.

Podziw dla Twojej matki jest najsilniejszy w Japonii. Kilka lat temu lat temu znalazła się tam na trzydziestym pierwszym miejscu, w rankingu najbardziej popularnych postaci historycznych. Tuż przed Mahatmą Gandhim.

Tam właśnie narodził się fenomen Audrey Hepburn. W Europie moja matka była znana jako aktorka, a ludzie uważali ją za piękną kobietę. Jednak w Japonii była kimś zupełnie wyjątkowym. Myślę, że wiele Japonek po prostu było się w stanie z nią utożsamić. Z jej wyglądem, drobną sylwetką ale też dyskretnym zachowaniem i determinacją, charakterystycznymi dla Azjatów. Inni aktorzy byli podziwiani ale zawsze należeli do świata Hollywood. Moja matka była postrzegana jako Japonka. Spodobało mi się to, co usłyszałem od jednej z tamtejszych kobiet. Powiedziała mi, że moja matka łączy pokolenia matek, córek i babć. Nie była gwiazdą weekendową.

Film „Rzymskie wakacje” pojawił się w japońskich kinach, w 1956 roku i przez mieszkańców odbierany był przez pryzmat japońskiej cesarzowej. Moja matka grała znużoną życiem księżniczkę, co korespondowało z aktualną sytuacją w państwie. W tamtych czasach, gdy cesarzowa była smutna, wszyscy Japończycy również byli smutni.

Jednak Audrey Hepburn musiała przecież mieć jakieś wady, była kobietą z krwi i kości.

Właśnie ten idealny obraz matki, który tak naprawdę powstał dopiero po jej śmierci, skłonił mnie do poszukiwań. Chciałem porównać dwa punkty widzenia, publiczny i mój własny. Zburzyć mur, który sam sobie stworzyłem. Do końca nie akceptowałem chyba tego, kim była moja matka. Trochę ze strachu przed samym sobą.

Tak jak w gotowaniu, jeśli chcemy zrobić dobrą potrawę, musimy dodać składniki w odpowiednich proporcjach. Jednak dobrze jest poznać i rozróżniać smaki poszczególnych składników. To jest to, co sam starałem się zrobić – skonfrontować z moją matką, ze wszystkimi elementami jej życia. Proces wgłębiania się w temat i pisania książki sprowadzał się do jednego. Do zrozumienia, że moja matka jest postrzegana jako ktoś wyjątkowy. Nie ja. I to jest ok. To jest ta część, z którą do dzisiaj mam czasem problem. Niektórzy nadal mają wobec mnie oczekiwania. Skoro jesteś synem Audrey Hepburn, powinieneś być jakiś. Gdy mama umarła, miałem 23 lata. Mówiły o tym wszystkie media. Wtedy właśnie postanowiłem nie mówić nikomu o tym, kim jest moja matka. W Paryżu gdzie pracowałem, gdy poznawałem nowe osoby, przez długi czas to ukrywałem. Wiele czasu minęło, zanim pogodziłem się z tym, kim jestem.

To kim jest Luca Dotti?

Mężem który kocha swoją żonę, ojcem trójki dzieci, grafikiem. Jestem szczęśliwy, gdy mogę być po prostu Luca Dotti.

Poczucie, że jest się kimś wyjątkowym nie jest miłe?

Nie. Każdy chce być wyjątkowy ale dzięki temu, że sam coś osiągnął. Nie dlatego, że ma znaną matkę czy ojca. Nawet teraz, spotykamy się i rozmawiamy, nie dlatego że jestem Luca Dotti ale ze względu na to, że jestem synem Audrey Hepburn.

Rozmawiała: Martyna Harland

Źródło: magazyn SENS, czerwiec 2016r

13254397_1214578521887942_348826479878329489_n

Komentarze

komentarzy









Zobacz także




Czytaj więcej
Wieczna miłość - jak wytrzymać ze sobą kilkadziesiąt lat? Debata Docs Against Gravity Na festiwalu Millenium Docs Against Gravity zapraszamy na międzypokoleniową debatę "Wieczna miłość - jak wytrzymać...